LATO
Oblepiona brokatem, czując, jak mokre od potu kosmyki włosów przyklejają jej się do czoła, Cherry czuła, że już wszystko jej jedno. Dla zdrowia psychicznego i Cherry i Arisu (oraz w zasadzie wszystkich w towarzystwie dziewczyn, bo prawdopodobnie na nich także miało się to odbić), pułapka z brokatem mogła otworzyć się wcześniej, na przykład od razu po ich wejściu do magazynu. Przynajmniej wtedy nie zmarnowałyby tyle czasu na przetrząsanie i wyrzucanie badziewnych dekoracji, skoro teraz i tak miały zamiar wziąć pierwsze lepsze pudło, które nie oberwało szczególnie mocno brokatem. Nie podobała jej się ta opcja. Nie lubiła marnować swojego czasu. Teraz ich cała wcześniejsza praca poszła na marne. Mogłaby ponownie zrobić selekcję rzeczy w nienaruszonych pudłach, ale wszyscy byli poirytowani i zmęczeni, a nie chciała w ten sposób fatygować dalej Arisu. Robiło się już późno, ślęczenie samemu nad tymi dekoracjami doprowadziłoby ją już do szewskiej pasji, nie mówiąc o tym, że czuła, że strasznie kusi los i gdzieś tu czaiła się na nią kolejna pułapka. Nie, trzeba wiedzieć, kiedy odpuścić. Nawet najobrzydliwsze dekoracje mogły stać się piękną aranżacją, jeśli ktoś miał odpowiedni gust estetyczny i kreatywność. Tej myśli musiała kurczowo się trzymać, licząc, że odziedziczyła coś nie tylko po lekarskiej stronie ojca Apollina, ale także po stronie artystycznej jego i matki.
Poza tym czuła cholernie silną potrzebę umycia się. I rozpłakania pod prysznicem.
Westchnęła. Opuściła miotełkę i wpatrzyła się w świecącego brokatem Atlasa, zastanawiając, czy powinna zaufać jakkolwiek dziecku Merkurego, czy powinna jakkolwiek zaufać jemu.
— Atlas — zaczęła, powoli artykułując jego imię i udając, że nie słyszał propozycji Arisu — czy możesz, proszę, zanieść te trzy pudła do koloseum?
Trzy pudła na całe koloseum. Musiały być naprawdę kreatywne i mieć naprawdę odpowiedni gust estetyczny, żeby to rozłożyć. Musiały też być naprawdę przekonujące, żeby namówić dzieci Ceres do sekretnego przygotowania większej ilości bukietów, niż była taka potrzeba. Resztkami swojego optymizmu wykrzesała z siebie grzeczne pytanie, zdolna nawet do powiedzenia proszę. Atlas nie mógł jej odmówić w tym stanie. W zasadzie nawet nie próbował się wymigać, przestępując tylko z nogi na nogę i opierając się o miotłę.
— …mogę — mruknął słabo, nieprzyzwyczajony do bezdyskusyjnych odpowiedzi.
— Dziękuję. — Uśmiechnęła się do niego bez przekonania.
Wymamrotał coś, co brzmiało jak „drobiazg” i schylił się po zamknięte pudełka. Uznał, że weźmie wszystkie na raz, więc Cherry musiała pomóc mu z wpakowaniem ostatniego kartonu na stos układający się w jego ramionach. Pakunki nie były ciężkie, ale ułożone w ten sposób stały się wieżą zasłaniającą widok Atlasowi. Musiał przytrzymywać kolubrynę czołem, żeby żadne pudełko nie zsunęło się na podłogę, a nawet w ten sposób miał problem, żeby wyjść z magazynu. Cherry przytrzymała mu drzwi, a on wybył chwiejnym krokiem.
Dziewczyna zamknęła za nim wejście i oparła się o ścianę. Jeśli Atlas miał zamiar wyglebić się z tymi pudłami po drodze do koloseum, ona na szczęście miała już tego nie zobaczyć, a w związku z tym — dopóki dekoracje prędzej czy później trafią na miejsce — nie będzie to jej problem.
Teraz jej problemem znowu był brokat na podłodze. Arisu wyciągnęła skądś worki na śmieci i zaczęła zmiotką wrzucać do nich drobinki świecącego plastiku. Jedna z nich musiała jeszcze przynieść z kuźni odkurzacz. Cherry nie była fanką tego… urządzenia. Wszyscy półbogowie zgodnie odmówili kupna prawowitego odkurzacza w sklepie z elektroniką, w związku z tym dzieci Wulkana musiały sklecić własny. Nigdy nie wiedziała, który przycisk odpowiada za sprzątanie, który jest odkurzaczem do liści, a który maszyną do lodów.
— Koniec na dzisiaj po sprzątaniu? — podsunęła Cherry. Sama nie była do końca zadowolona z tej propozycji, próbując zdusić w sobie uczucie, że naprawdę nic tego dnia nie zrobiły, a wręcz przeciwnie, tylko dołożyły sobie pracy. Kiedy jednak zawiesiła wzrok w szybie niewielkiego okienka magazynu, zauważyła, że słońce już prawie zaszło i powoli robiło się ciemno.
Arisu podążyła za nią wzrokiem i westchnęła.
— Tak. Tak, chyba tak.
— Jutro po porannym rozdaniu obowiązków możemy pójść do koloseum i podjąć drugą próbę. Zagadam dzieci Ceres, czy będą chciały nam pomóc.
Kiedy zaczęły odkurzać, idiotycznie łudziła się, że szybko im pójdzie. Źle. Bardzo źle. Głośny alarm nieprawidłowej odpowiedzi. Odkurzenie podłogi zajęło im kolejną godzinę, a nawet po wyłączeniu odkurzacza co chwilę znajdowały zagubione kupki brokatu ukryte w rogach, pod kartonami i pod proporcami. Cherry wróciła do baraku, popatrzyła na swoją nieskazitelnie białą pościel i resztkami sił powłóczyła nogami w stronę pryszniców. Rano na poduszce i tak znalazła pozostałości brokatu.
Następnego dnia dziwnie było widzieć Arisu niebłyszczącą. Miała (a w zasadzie to obie miały) podkrążone oczy z niewyspania. Cherry, z szacunku do siebie, nie nałożyła na twarz ani krztyny makijażu, obawiając się, że któryś z cieni okaże się brokatowy. Taki niecodzienny w jej wykonaniu image przynajmniej odstraszał wszystkich obozowiczów, którzy tego dnia planowali ją wkurzać.
Wchodząc na arenę, nagle poczuła, że koloseum jest dwa razy większe, niż je zapamiętała, a przecież widziała je już wielokrotnie w ciągu jej siedmioletniej męczarni na wzgórzach Oakland. Marne trzy pudła, które Atlas dostarczył — jakimś cudem — w jednym kawałku, nie pokryją w pełni pewnie nawet najbliższych toalet. Nawet jeśli więcej kartonów z dekoracjami przetrwało, Cherry nie miała zamiaru wracać do magazynu. Pomieszczenie za zamkniętymi drzwiami czekało na kolejnego naiwniaka, który wpadnie w jakąś pułapkę albo znajdzie pominięte resztki po brokacie.
Arisu kucnęła przy jednym z kartonów i odetchnęła z ulgą, kiedy okazało się, że zamknięty karton skutecznie uchronił dekoracje przed oberwaniem od brokatu. Materiały w środku były nieskazitelnie czyste… i cholernie różowe. Fuksja, magenta, amarant, barwy raczej kontrastujące z królewskim fioletem Obozu Jupiter. Cherry uklęknęła przy kolejnym pudle i zaczęła wyjmować różowe szarfy i papierowe serduszka.
— Dekoracje na walentynki? — zapytała retorycznie, ważąc w dłoni rekwizyt strzały Amora i pluszową atrapę dziecka w tetrowej pieluszce, za którą bóg pożądania miał pełne prawo się obrazić. — My w Obozie w ogóle obchodzimy walentynki?
Walentynki zawsze były raczej świętem na własną rękę. Okej, w kawiarni Bombilo w lutym zawsze można było kupić przesłodzone ciastka w kształcie serduszek, na rynku sprzedawali więcej kwiatów, a legioniści częściej podawali między sobą niezidentyfikowane liściki. Czasem zdarzało się, że ktoś otrzymywał zaproszenie na absurdalną walentynkową misję od któregoś z Erotes. Jako centurionka obserwowała zamieszania w relacjach między legionistami. Ale poza tym to był… dzień jak co dzień. Z pewnością nie taki, żeby gromadzić na niego specjalne dekoracje, bo centurionka dałaby sobie uciąć rękę, że nie organizowali nigdy żadnych walentynkowych imprez, do których takie materiały byłyby przydatne.
Wcześniej uparcie powtarzała sobie, że „nawet najobrzydliwsze dekoracje mogły stać się piękną aranżacją, jeśli ktoś miał odpowiedni gust estetyczny i kreatywność”. Teraz pomyślała, że walentynkowych dekoracji za nic w świecie nie dało się obronić. Mogły udawać, że nikt nie zorientuje się, jakie święto obchodzą we wrześniu, wmówić ludziom, że to także celebracja miłości, przygotować nowe dekoracje (co przeczyłoby ich pierwotnym założeniom) albo zostawić koloseum całkowicie łyse i uciec na Bahamy.
────
[1109 słów: Cherry otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz