wtorek, 15 września 2026

Od Noel — „Promocja na dzieci! Jedno w cenie zera!!!”

15 LAT TEMU

— Spotkamy się jeszcze?
— Spodziewaj się — kobieta uśmiechnęła się tajemniczo i wyszła z hotelowego pokoju.
— Zaczekaj! Zapomniałaś…
Na korytarzu nie było po niej śladu. Louis mógłby przysiąc, że rozpłynęła się w powietrzu.

Drugi, a jednocześnie ostatni raz zobaczył ją niespełna rok później. W rzucanym przez krzesło cieniu dojrzał zarys kobiecej sylwetki. Widział jej twarz. Piękne oczy, dokładnie takie, jak zapamiętał, wpatrzone były w niego. Nie odezwała się słowem. To było jak sen.
Świtem obudził go płacz dziecka. Na początku myślał, że śni. Krzyk stawał się jednak na tyle denerwujący, że w końcu zdał sobie sprawę z brutalnej prawdy. W jego pokoju leżało dziecko. Prawdziwe dziecko. Żywe dziecko. Krzyczące wniebogłosy dziecko, które za moment postawi na nogi cały dom! Przecież nawet nie był u siebie!
— Cholera jasna… świetny moment sobie wybrałaś — mruknął, wstając z łóżka. Niechętnie podszedł do niemowlaka, przyglądając mu się bezradnie. Na jego widok dziecko przestało płakać. Wybałuszyło swoje wielkie oczy i wlepiło je w Louisa, szukając w mężczyźnie ojca.
— Dzięki — uśmiechnął się. — I co ja mam z tobą zrobić, co?
Za oknem wschodziło słońce, dochodziła szósta rano. Wiedział, że musi działać szybko. Że też musiała odnaleźć go w dzień, który razem z rodzeństwem spędzał w domu rodzinnym. Przepraszam, mamo, za zepsutą rocznicę — pomyślał rozbawiony, biorąc do ręki kartkę papieru. Zawód? Dla rodziców! Nie pierwszy, nie ostatni.
Złożył kartkę w pół i przywiązał do ciemnego becika, w którym, na całe szczęście, zostało dostarczone niemowlę. Ostrożnie wziął dziecko na ręce i otworzył okno na oścież. Uważając, aby nie zdeptać maminych kwiatów, wyszedł na ogródek i powolnym krokiem doszedł na ganek.
— Przepraszam… — wyszeptał, kładąc dziecko na jednej z ławek. Tej naprzeciwko drzwi wejściowych. Wytrzepał koc, którym przykryte było siedzisko i owinął nim bobasa. Zbliżała się jesień, a poranki były zimne. Mimo nieprzyjemnej sytuacji nie chciał, aby dzieciak umarł z zimna. — Za moment ktoś cię znajdzie…

Nie musiał długo czekać. To znaczy, obiektywnie. Dla niego każda sekunda była jak minuta, a minuta jak godzina. Nie pamiętał, kiedy ostatnio tak się stresował. Może kiedy rzucił studia? Albo wywrócił szafkę z kolekcją porcelanowych słoników ojca? Tak, to mogło być to.
Było może koło siódmej, gdy w korytarzu usłyszał lekkie kroki młodszej siostry. Charlotte idzie pobiegać, będzie ciekawie. Skrzypnięcie drzwi do przedsionka, ubieranie butów… noż pospiesz się z tymi sznurówkami! W końcu dźwięk przekręcania zamka. Kolejne skrzypnięcie. Krzyk. Wstrzymał oddech, czekając na rozwój sytuacji.
— CO SIĘ STAŁO?! — usłyszał spanikowany krzyk drugiej siostry, tym razem starszej. Kobieta wybiegła z pokoju, dobiegła do drzwi i do jego uszu doszło głośne przekleństwo.
Wziął głęboki oddech i postanowił dołączyć do przedstawienia. Powolnym krokiem, udając zaspanego, wyszedł na korytarz. Przeciągnął się i skierował w stronę, z której dobiegała ożywiona dyskusja.
— Co się dzieje? — wysapał, pocierając oczy. — Dajcie ludziom pospać, a nie jak zwierzęta…
— Louis — odezwała się Charlotte. Głos dwudziestolatki brzmiał nadzwyczaj poważnie. — Ktoś podrzucił nam dziecko.
— Wiesz coś o tym? — wypaliła Juliette, odwijając gruby koc.
— Co? Czemu akurat ja?
Siostry wymieniły rozbawione spojrzenia. Charlotte wzruszyła ramionami, a Juliette bez słowa wniosła niemowlaka do środka. Ostrożnie położyła dziecko na kanapie w salonie.
— Co się robi w takiej sytuacji? — zainteresował się Louis. — Dzwoni gdzieś? Nie wiem, na policję? Do okna życia?
— Do łosia Teofila — zaśmiała się Charlotte.
— Ale zabawne…
— Jest jakiś list — Juliette wyciągnęła wsuniętą pod materiał kartkę. Przyjrzała się jej uważnie.
Louis ziewnął przeciągle, ze wszystkich sił powstrzymując wybuch śmiechu. Młodsza z sióstr wyrwała papier z ręki starszej i przeczytała na głos.
— „Ja swoje zrobiłam, teraz twoja kolej. Nie próbuj mnie szukać. Weź odpowiedzialność. Idioto. Wiesz kto”. Wiesz? — zwróciła się do Louisa, który właśnie doszedł do wniosku, że musi popracować nad składnią. Zdążył zapomnieć o „idiocie”, dodanym dla podbicia wiarygodności.
— Ale dlaczego ja? — udał zaskoczonego.
— Kto wie, kogo tam sprowadzasz do tego swojego kampera.
— Nikogo, komu podałbym adres rodziców! Szanujmy się! — obruszył się. Po chwili doszedł do wniosku, że może wybrał złą opcję dialogową. Musi to odkręcić. — Chyba.
— Moja przyjaciółka jest położną, może będzie wiedziała, co zrobić… — mówiła do siebie Juliette, trzymając niemowlę na rękach. — Cholera, nie mamy tu nawet mleka…
— To dzwoń, na co czekasz?
— Lottie, przyniesiesz mój telefon? — poprosiła cicho. — Tylko nie obudź Matthewa…
Charlotte przytaknęła i opuściła salon, wyraźnie niezadowolona wizją spotkania z ledwo obudzonym, nielubianym szwagrem. Polecenie „nie obudź go” wzięła bardzo poważnie.
— A teraz szczerze — spojrzała na Louisa poważnym wzrokiem. — To twoje?
— A bo ja wiem? — mężczyzna wzruszył ramionami. — Nawet jeśli, to co?
— Chcę wiedzieć, na czym stoimy. Po prostu — westchnęła. — Znam cię, oceniam, wiem, że byłbyś w stanie. Ale pomyślałeś kiedyś, co potem?
— Jeśli mówisz o alimentach… — Louis zaśmiał się nerwowo. — Jestem spłukany.
— W dupie mam twoje alimenty — wypaliła Juliette. Momentalnie tego pożałowała, widząc, jak trzymane przez nią dziecko otwiera oczy. Ściszyła głos. — To twoje, czy jakaś wybrała ten dom tak o, na oślep?
Louis zastanowił się na moment. Rozważał wszystkie potencjalne konsekwencje przyznania się oraz nieprzyznania. W końcu wziął głęboki oddech i odpowiedział siostrze.
— Może i moje. Prawdopodobnie. I co? Co mam z nim zrobić? — spytał zrezygnowany.
— Wziąć odpowiedzialność, tak jak napisała twoja lafirynda! — chciała krzyczeć, ale szeptała. — Jesteś, do cholery, dorosły.
— Zaraz dorosły, jakbym dalej studiował, nadal miałbym zniżki studenckie — zaśmiał się. — Z resztą, ja się nie nadaje do dzieci! Nie mam kasy, nie mam miejsca, gdzie ja go wezmę?
— Na pewno nie do twoich kolegów ćpunów.
— Hippisów — poprawił siostrę, urażony.
— Jeden pies. Trzeba było myśleć, zanim…
Urwali rozmowę, gdy w drzwiach stanął zaspany Matthew. Obok niego przecisnęła się speszona Charlotte i wręczyła telefon właścicielce.
— Powiedz twojemu mężowi, żeby ubierał do spania skarpetki. Błagam… — wyszeptała.
— Czemu nie śpicie? — mężczyzna zignorował skargi dziewczyny. — Co wy… Skąd wzięliście to dziecko?
— Magiczna wróżka z lasu przyniosła, wiesz? — rzuciła ironicznie Charlotte. Wtedy jeszcze nie wiedziała, jak blisko prawdy jest.


────
[931 słów: Noel otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz