ZIMA IV
— Czemu w ogóle mnie pytasz o kabanosy?
— Bo kabanosy z koniem to realny, martwy koń. — zapierało się Arnar.
Dahlia westchnęła. Poddała się, ale było to jednoznaczne z akceptacją. Za długo znała Arnar, żeby się zdziwić jeno tokiem myślenia.
Lucien mrużył oczy zirytowany, blady jak ściana. Czy mu się dziwiła? No, nie. To było całkowicie normalne. Aż się poczuła głupio, że śmierć jakiegoś półboga jej nie ruszyła, ale przynajmniej była w stanie z Arnar wspierać Luciena w tym stanie rzeczy.
— Lucien, chcesz może czegoś się napić? — zasugerowała.
Przytaknął zrezygnowany.
Przez całą drogę rozmawiali o przyziemnych rzeczach, co jakiś czas zerkając na Luciena. Gdy weszli do mieszkania, pierwsze co zrobił, to ruszył na tapczan. Arnar i Dahlia popatrzyli na siebie, po czym gestykulowali plan działania. Nie było to w żaden sposób efektywne, ale żadne z nich nie śmiało naruszać strefy zmęczonego Luciena.
Kobieta wślizgnęła się cicho do pokoju i zapaliła lampkę, która dała ciepłe światło, wręcz otulające. Zastała go leżącego na tapczanie, ze wzrokiem wbitym w sufit, oraz rękami skrzyżowanymi na piersi. Bardzo nie chciał pokazywać, że najchętniej to by się rozpłakał. Chciał wstać, doprowadzić siebie do porządku, może wygładzić wgniecenia na koszuli. Za to Dahlia uniemożliwiła mu to, podnosząc tapczan i przekręcając Luciena jak parówkę na grillu. Kiedy rozłożyła całość, rzuciła w jego kierunku poduszki oraz koc.
— Co ty robisz? — zaprotestował Lucien.
— Przecież nie pójdziesz tak spać.
— Ale ja jeszcze nie idę spać.
— Nie szkodzi. — obwinęła go znienacka w koc.
Lucien przez chwilę wyglądał jak burrito, i to nieco przypalone, ze względu na czarno-pomarańczowy kolory motywu tygrysa. Oparła go o dwie poduszki, robiąc mu wygodne siedzisko i rozczochrała mu głowę.
— Przestań! — żachnął się, chociaż na jego twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.
— Rodzeństwo ci nigdy tak nie robiło?
— Że zawijali w wrapa i wsadzali w poduszki? To chyba mój pierwszy raz.
— Jedynak. — prychnęła, jednak bez cienia sarkazmu czy ironii.
Niedługo po tym przyszło Arnar, z dużym kubkiem pełnym aromatycznej herbaty. Lucienowi udało się wyjąć ręce z koca i z wdzięcznością przyjął od partnera napój. Wpatrywał się, jak na powierzchni pływał plasterek cytryny, odbijając się od ścianek kubka. Cząstki tego plasterka uciekały na dno, rozpierzchając się na boki. Tak, jak te buty…
Westchnął ciężko i przetarł skroń. Podniósł głowę. Nikt się w niego nie wpatrywał, z przesadną troską, czy też z oczekiwaniem na jakąkolwiek reakcję. Dahlia wodziła wzrokiem po komiksie, ciężko było to nazwać czytaniem. Arnar wyjęło jedną ze swoich talii i kręciło machinalnie kartami, co jakiś czas obserwując z niezadowoleniem wyłamane rogi czy wyszczerbione krawędzie. Zachowywali się tak, jakby wrócili z męczącej wycieczki. Co nie było zaskoczeniem, ale zachowywali się… normalnie. Chyba tego najbardziej w tym momencie oczekiwał.
Z zamyśleń Dahlii wyrwał ją dźwięk pociągnięć nosa. Gdy podniosła głowę, zobaczyła, jak Arnar przytula swojego partnera i głaszcze go po włosach. Lucien schował twarz w odmętach koca, szlochając. Dalej nikt się nie odzywał, a jak już wymieniali spojrzenia, to z pewną dozą współczucia. Jako półbogowie nigdy się nie oszukiwali, czy to w Obozie, czy później szerokim świecie, że większość przetrwa. Człowiek przygotowywał się do pojęcia śmierci współtowarzyszy, czy też rodzeństwa, już na poziomie przygotowywania całunu dla tych, co wyruszali na misje. Nie był to ostatni raz, kiedy znowu zostaną przemieleni przez machiny Tkaczek Losu, a zwisało tylko pytanie, kto będzie kolejny. I każde z nich miało nadzieję, że byle nie ktoś z ich trójki.
— Ja po prostu chciałem mieć normalne w-wakacje. — wydusił z siebie Lucien po dłuższej chwili. Arnar przytuliło go mocniej. — Takie, żebym poczuł się normalny. Bez tych zasranych duchów. I rżenia koni. I czegokolwiek innego. Potrzebuję wina, dajcie mi wina. — ochrypł.
— Obiecuję, zrobię ci normalne wakacje. — odparło cierpliwie Arnar.
— Nie obiecuj, dobrze wiemy, jak to się skończy! Wyskoczy jakieś chujstwo zza krzaka, kiedy będziemy akurat podziwiać, nie wiem co, największą rzeźbę ziemniaka na świecie. A co, jak cię zrani? Co, jak umrzesz i jedyne co będę miał po tobie, to cholernego buta?! — wrzasnął, wyraźnie podenerwowany.
Na to też nie wiedzieli, jak zareagować. Po części dlatego, że miał jakąś rację. To było irytujące. To było wpisane w boskie DNA.
— To będziesz miał tego cholernego buta. — ucięło Arnar. Lucien, wyraźnie zaskoczony, otworzył usta. — Lucien, wiem, że jest beznadziejnie. Ale zanim taki potwór mnie zje, wolałobym przynajmniej spędzić z tobą czas jak najlepiej, najfajniej. Będziemy oglądać przecież największego ziemniaka na świecie, to już coś.
Ich towarzyszka milczała, podsuwając chusteczki. Rozległo się smarkanie. Arnar stukało palcem w czoło Luciena, jak gdyby chcąc podkreślić każdą kropkę kończącą zdanie.
— Zrobisz super wino. Rozwiniesz swój pomysł na biznes, jaki zawsze chciałeś mieć. Ja odhaczę rzeczy z listy. Nie rozklejaj się tak, przecież mamy wziąć ślub. Jak już umrę, to chociaż jako, eee. No. Umrzemy chociaż jako małżeństwo, tak?
— Jesteś idiotą. — Lucien wydawał z siebie dźwięki szlochu wymieszanego ze śmiechem. Trudno powiedzieć, co przeważało.
— Będę ci robił super sztuczki w łóżku. — Lucien zerknął ukradkiem na twarz Dahlii, która nawet nie drgnęła. Bardzo szybko wysunął wniosek, że albo ona wie, albo jest przyzwyczajona bardziej niż on. Arnar kontynuował. — Znowu rzucę śmierdzącą szmatą w potwora, żeby ciebie chronić.
Ostatnie zdanie było wypowiedziane z taką ilością powagi, że oboje spojrzeli na nieno.
— Musicie mi kiedyś opowiedzieć o tej szmacie. — odezwała się w końcu.
— Tak, to była ta najbardziej romantyczna część, doceniam. — Lucien dalej siąpał nosem, jednak częściej ukradkiem się uśmiechał.
— Chodzi o to, że. — Arnar niewzruszone, dalej z całkowitą powagą ciągnęło. — Nie jesteś sam. Jak już walczymy, to razem, bo o to chyba chodzi, tak? Życie półboga to nie rurki z kremem, ale jak już jestem z tobą, to jakby tego kremu jest więcej, co nie?
Dahlia odchrząknęła.
— Może na tym zakończymy przemowy motywacyjne. Wyśpij się, Lucien. Płacz, ile chcesz, nikt cię tu nie będzie oceniał. Zrobić ci kolejną herbatę?
Nie, żeby miała coś przeciwko tej naiwnej atmosferze romantycznej. To było nawet urocze, ale i ona sama miała jedną, wielką gulę w gardle i żołądku. Każdy kolejny heros skreślony z życia dobijał, do tego się nie dało przyzwyczaić. Czuła się z tym mizernie i ostatnimi czasy wpatrywała się zaskakująco za często w toń zatoki. To była kusząca perspektywa, odejść na własnych zasadach. Ale nie teraz. Wciąż była jakaś nadzieja, że będzie lepiej.
Przynajmniej atmosfera już nie była taka ciężka. Wszyscy byli zmęczeni i zmizerniali, ale na swój sposób. Lucien widocznie odczuwał jakąś ulgę, Arnar potrafiło w kryzysowych sytuacjach być wyjątkowo odporne. Wielokrotnie się zastanawiała, czy to właśnie bycie głupkowatym to nie było wymuszone radzenie sobie z tym światem. Nie do końca wierzyła, że nie myśli. Miała coraz więcej powodów, żeby twierdzić, że tworzy przekonujące pozory.
Jednocześnie jakaś część jej cieszyła się, że siedzą tu razem i nie są na tyle beznadziejnymi przypadkami, że przeżyli. Tak, jakby ktoś zdjął paręnaście kilogramów z jej bagażu.
— Możemy jutro pójść na stary tramwaj. Żeby uratować chociaż te wakacje. — zaproponowała.
— A potem obejrzymy jakieś bajki? — Lucien już nawet się nie silił na zachowanie fasady dorosłego człowieka.
— Tak, obejrzymy jakieś bajki.
— Ja tam nie rozumiem, co się w tych bajkach dzieje. — Arnar zmarszczyło brwi.
Reszta prychnęła na niego.
────
[1152 słowa: Dahlia otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz