JESIEŃ, ROK TEMU
— Lepsze — świst — niż… mmmpgh — urywany, szybki oddech — si-aaaaa-łownia!
Z ostatnim krzykiem wypluł z ust błoto, poderwane tam wcześniej przez energiczny wymach stopą. Nie ma chyba już miejsca na Rickiego ciele i wewnątrz dostępnych otoczeniu otworów, gdzie nie znajdowałby się pot, kurz i brud.
Kiedy ołowianej trumnie nudziło się grzęźnięcie w ściółce (co robiła większość czasu), wyskakiwała z niej z głośnym klaśnięciem. Zachowywała swoją pozycję ponad powierzchnią błota niezbyt długo; każdy kolejny ruch w przód oznaczał również ruch w dół. A wtedy, żeby przemieścić ją w górę, czasem trzeba było zastosować ruch w tył — transport odbywał się więc pod hasłem „krok w przód, dwa kroki do tyłu”.
— Potrzebujemy bardzo daleko odejść? — spytał się Ricky tonem dziecka powtarzające tysięczny raz „daleko jeszcze?” w drodze do domu.
— Tak, daleko — odpowiadała wkurzona Kuźma początkowo, a potem zaczęła go zupełnie ignorować.
Apollo pędzący po niebie swoim słonecznym rydwanem chyba uznał, że trzeba dwójkę półbogów zmotywować do przyspieszenia, bo wieczór zaczął zapadać coraz szybciej. Coraz trudniej było odróżnić w zmroku korzeń drzewa i stopę Kuźmy. Rickiego dało się przynajmniej namierzyć po głosie — nieustannie komentującym otoczenie (to drzewo wygląda, jakby miało szalik), a także brzęczących po kieszeniach mniej lub bardziej niebezpiecznych drobiazgach. Przecież breloczek z Pokemonów był jak talizman siły, kluczowy do dźwigania po ciemku ołowianej trumny w lesie. Albo coraz bardziej mokre papierowe słomki w paski. I tasiemka ozdobna w dżdżownice (przynajmniej dopasowała się do otoczenia). To, że jego amulety mogły go obciążać, jakoś nie przechodziło przez głowę herosa. To, że milion szklanych kulek osobno ważyło prawie nic, było powszechnym faktem, a to, że zebrane w jednym miejscu próbowały się wyrwać na wolność przez dół jego kieszeni, było zaledwie teorią, w którą Ricky nie wierzył. Żel w kształcie arbuza, który dawno już stracił swoją antybakteryjną zawartość na rzecz jak najbardziej bakteryjnej brudnej mazi — mógł rozmazywać się po jego udzie, a heros radośnie to ignorował.
Więc robiło się coraz ciemniej, cienie się zagęszczały. Leśne duchy kładły się spać, i nie przyjmowały z radością dwóch sapiących półbogów obijających się o siebie na ich terenie.
— Idioto, uważaj na drzewa! — krzyczała co jakiś czas Kuźma.
— Na wszystkie pierwiastki, taki głupi nie jestem! — coś w tym stylu odkrzykiwał Ricky.
I ruszali dalej.
— Może już się zatrzymamy? — zaproponował młody chemik, po czym nie czekając na odpowiedź, upuścił ołowianego kolosa na korzeń.
Trudno było określić, kto wrzasnął pierwszy — córka Pavora, Ricky, czy drzewo.
Pokryte korą dłonie zacisnęły się dookoła trumny i szybciej, niż herosi mogli mrugnąć, odrzuciły ołów na bok.
────
[409 słów: Ricky otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz