sobota, 29 sierpnia 2026

Od Arnar CD Dahlii — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Arnar wpatruje się w okno autobusu ze zdesperowanym rozbawieniem, próbując przejrzeć własne maziaje i dostrzec to, co chcą mu przekazać Dahlia i Pęcisław, jedno bardziej chaotycznymi i spanikowanymi gestami niż drugie. Idzie mu to wybornie, a w swoich notatkach mentalnych zapisuje, że gdy wreszcie znowu się spotkają, to będzie musiało zaproponować wspólną naukę języka migowego na wypadek, gdyby taka kuriozalna sytuacja się powtórzyła (plus byłby to wspaniały bonding moment, idealny dla ich motywu found family (powinni też wciągnąć w to Luciena)). Oczywiście, miganie do siebie z jednego autobusu do drugiego jest odrobinkę mniej prawdopodobne niż spotkanie kolejnej gorgony albo koniodemonów, ale patrząc na ich ogółem mało prawdopodobne istnienie/egzystencję i dożycie do dorosłości i, jak mają szczęście, do wieku średniego… W każdym razie momentów wymagających płynnego posługiwania się językiem migowym będzie więcej niż tych, w których muszą porozumieć się chińskim. Arnar ma taką nadzieję. Chiński brzmi na bardzo trudny język. I wygląda na jeszcze trudniejszy.
Pasek ładowania się korka samochodowego postanowił osiągnąć sto procent i autobusy ruszają jak z kopyta (to znaczy toczą się szybciej niż ćwierć kilometra na godzinę), przez co Arnar zmuszone jest smutno pomachać Dahlii i Pęcisławowi w tym momencie rozpaczliwego pożegnania. Trochę żałuje, że nie zabrało ze sobą jakiejś serwetki z budy z kiełbasami, bo nawet jeśli byłaby cała przesiąknięta tłuszczem, to i tak byłaby całkiem niezłą chusteczką pożegnalną, taką, jaką machają żony mężczyzn wypływających w dalekie rejsy we wszystkich ckliwych serialach skierowanych do młodych kobiet zainteresowanych historią.
Przez chwilę Arnar myśli nad swoimi opcjami, aż wreszcie postanawia wydostać się z wygodnego kącika, w którym ułożyło się już dobre dwadzieścia minut temu. Pomyślało, że przecież dzięki wymazanej szybie szybko je odnajdzie, choć pewnie za pięć minut nie będzie tam już aż tak wygodnie.
Tuż po zrobieniu dwóch bardzo pewnych kroków, zatacza się w przejściu między siedzeniami i prawie myli czyjeś ramię z uchwytem, na którym chciało się oprzeć. W ostatnim momencie lekko skręca, obraca się na końcówkach palców u stóp i desperacko próbuje nie wywinąć saltofikołka. W przypływie adrenaliny, tak trochę na oślep, łapie czyjś fotel, który miękko ugina się pod jego palcami i niewiele brakuje, żeby je sobie połamało. Arnar dumnie się prostuje, uśmiecha się i idzie przed siebie tak, jakby nic się nie wydarzyło. Inni podróżni tylko wzruszają ramionami i się odwracają, jedynie ten, którego fotel został brutalnie ściśnięty, posyła Arnar poirytowane spojrzenie.
– Przepraszam pana – heros zwraca się do kierowcy – kiedy będzie najbliższy przystanek?
Facet wzdycha niemiłosiernie długo i niemiłosiernie głęboko. Rzuca okiem na zegarek, drapie swojego ogromnego, gęstego wąsa, przez którego Arnar nie jest w stanie dostrzec jego warg, po czym wreszcie dochodzi do jakiejś konkluzji. Zezuje na półboga, choć tak naprawdę mógłby w pełni na niego spojrzeć, bo teraz poruszają się z prędkością może jednej ósmej kilometra na godzinę, o ile w ogóle suną przed siebie w jakiejkolwiek prędkości odchylonej od zera.
– W Newark – odpowiada wreszcie, widocznie bardzo niezadowolony, że musiał to zrobić. Może myślał, że w tym czasie, gdy milczał, Arnar zrezygnuje z szukania odpowiedzi na dręczące go pytania, odwróci się i kulturalnie usiądzie w fotelu.
– …W Newark? – powtarza i przez chwilę studiuje swoją mentalną mapę Nowego Jorku, żeby znaleźć jakiekolwiek miejsce, w którym przystanek autobusowy nazywałby się Newark. – W sensie że w New Jersey?
Kierowca stoicko kiwa głową.
– Żadnych innych przerw?
Kierowca równie stoicko kręci głową.
Arnar chwilę myśli, rozważa swoje opcje. W Newark może być fajnie. Może znalazłoby tam Nirwanę. Może właśnie tam się ukrywa. W New Jersey. To tak ekskluzywnie brzmi. Mają tam chyba największą populację Hindusów wśród wszystkich stanów. Bez bycia rasistą, Nirwana trochę brzmi jak jakaś Hinduska, ale to trochę nie brzmi, jak typ Luciena, co Arnar stwierdza, biorąc pod uwagę wyłącznie to, kim jest ono i jak ono wygląda. Gdyby Nirwana nosiła kolorowe koszule i krawaty, miała bielactwo i blond włosy, to rzeczywiście mogłaby stanowić dla Arnar rzeczywiste zagrożenie, ale znacznie gorzej byłoby, gdyby była mężczyzną. Może jest mężczyzną. Arnar za mało wie o Nirwanie. Może to rzeczywiście jego szansa na poznanie jej lepiej.
Newark. New Jersey. Zaczynają się na tę samą literę, co Nirwana. TO rzeczywiście może być powiązane.
Szkoda tylko, że zostawiłoby Dahlię bez słowa. Niby mogłoby jej wysłać pocztówkę z Newark albo poczekać na jakąś fajniejszą tęczę niż MineralnaDIY™. To może potrwać dzień czy dwa, może tydzień. Z Dahlią nie byłoby takiego problemu, zrozumiałaby. Kiedyś znowu by się spotkali, tym razem znowu w San Francisco, z takiego czy innego powodu i może nawet by mu niczego nie wyrzuciła. Większym problemem będzie Lucien. Przecież on sobie nie poradzi. Znaczy, poradzić może sobie poradzi, ale Arnar nie ma pewności, ile ze wszystkich rzeczy, które chłopak spożyje, będzie alkoholem. Albo ile czasu spędzi na zamartwianiu się do momentu, w którym zacząłby rozwieszać plakaty ze zdjęciem Arnar i wielkim napisem „ZAGINIONE”, zadzwoniłby na policję zgłosić porwanie i na wszystkich mlekach w Nowym Jorku widniałoby smutne, czarno-białe zdjęcie Arnar. I to wszystko, zanim ono w ogóle znalazłoby jakąś ładną pocztówkę w Newark i się wytłumaczyło. Będzie musiało porozmawiać z Lucienem na temat poczucia bycia ograniczanym i pozwalaniem sobie na trochę większą wolność, ogólnie porobieniem jakichś ćwiczeń na zaufanie czy coś. Albo dla świętego spokoju mogliby kupić sobie jakieś walkie-talkie.
Lucien przeważa szalę i Arnar, przynajmniej na razie, porzuca śledztwo w sprawie Nirwany. Pojedzie do Newark innym razem.
– …Ale nie zatrzymamy się nawet na papieroska? – pyta, uśmiechając się głupkowato i trochę żałując, że nie ma przy sobie niczego, co by choć papierosa przypominało. Wtedy mogłoby go pokazać kierowcy i uśmiechnąć się jeszcze bardziej głupkowato, żeby zasugerować ewentualne uczynienie z busa komory gazowej.
– Pół godziny pan nie wytrzyma?
– Takie piętnaście minut, to może jeszcze. Ale pół godziny, no, wie pan, to już byłby wyczyn.
Arnar troszeczkę, tak minimalnie, czuje się, jakby rozmawiało z leniwcem. Albo kimś, kto nie rozumie pojęcia czasu i w jego głowie sekundy rozciągają się jak guma. Pasuje to do ogólnej scenerii całkowicie zakorkowanej ulicy, przez którą Arnar naprawdę zaczyna podejrzewać, że to jakieś półboskie umiejętności bycia szybszym niż cały świat.
Zaczyna na poważnie rozważać prawdopodobne problemy prawne po wyważeniu drzwi autobusu firmy Peter Pan Bus Lines na trasie Nowy Jork–Filadelfia. Po szybkich kalkulacjach najbardziej żal mu pieniędzy, które już wydało na bilet, który kosztował dwadzieścia dolarów bez jednego centa (absolutne zdzierstwo).
– Ech – mamrocze kierowca i naciska jeden z wielu czarnych przycisków obok deski rozdzielczej. – I tak stoimy, niech pan pali.
Arnar, dumne z siebie, wydostaje się z dusznego autobusu na paradoksalnie jeszcze bardziej duszną ulicę. Zamiast spokojnie wypalić papierosa, rusza z kopyta w stronę, w którą odjechał autobus Dahlii, na wszelki wypadek wspomagając się swoją mocą szybkonożności, tak jakby kierowcy w ogóle przyszło na myśl go gonić. Busiarz ogranicza się do śledzenia go w lusterku, wzruszenia ramionami i zamknięcia drzwi.
Heros zwalnia dopiero wtedy, gdy, nie znalazłszy autobusu Dahlii i Pęcisława (znajduje się bowiem po drugiej stronie jezdni), odkrywa przyczynę masywnego korka.
Jest nią ogromna parada radykalnych feministek. Arnar nie wie, co to radykalne feministki, ale przemawiają do niego kolory flagi, więc z wesołym uśmiechem postanawia do nich dołączyć.
Uśmiech bardzo szybko znika z jego twarzy, gdy próbuje wtopić się w tłum hyperfeminine kobiet. Z początku tylko zerkają na niego, spojrzeniami wyrażającymi zdegustowanie i irytację, aż wreszcie jakaś z nich postanawia zaczepić Arnar.
– Co ty tu robisz? – pyta ostro, celując swoją małą różowo-zieloną flagą w klatkę piersiową Hermesiaka.
– Przyłączam się do rozprzestrzeniania miłości w tej wspaniałej paradzie – odpowiada szarmancko, nie dostrzegając żadnej groźby w byciu dźganym plastikowym trzonkiem flagi.
– To nie jest miejsce dla, tfu, mężczyzn. – Razem z kobietą rozmawiającą z Arnar, odzywa się parę innych. Wszystkie mówią coś w stylu „fu, mężczyzna” albo po prostu spluwają na chodnik.
– Eee, tak właściwie, to jestem osobą niebinarną? – Arnar nieporadnie próbuje negocjować, ale czuje się trochę niepewnie otoczone gęstym tłumem wyraźnie wrogo nastawionych kobiet. Które, tak poza tym, ciągle poruszają się w swoją definicję „przodu”, przez co Hermesiak już pół minuty temu totalnie straciło jakąkolwiek orientację w terenie.
– Aha, no tak, to w ten sposób spoko – sarkastycznie prycha kobieta z małą flagą, którą macha niebezpiecznie blisko oczu Arnar. – Słuchaj, to jest przestrzeń tylko dla prawdziwych kobiet. Połączonych przez womanhood i tak dalej.
– Fajnie, fajnie, że macie dla siebie taką, przestrzeń. Żeby wyrażać siebie i swoją, kobiecość – mówi Arnar, kiwając głową z uznaniem. Z jakiegoś powodu te wszystkie kobiety na kilkunastocentymetrowych szpilkach wydają się dla niego bardziej niebezpieczne niż pełnowymiarowa gorgona. – To ja, sobie, pójdę. Papatki.
Jednak zanim udaje mu się odwrócić i przepchać przez gęsty tłum kobiet, ta z flagą łapie go za ramię i boleśnie wbija w nie paznokcie przypominające kły wampira, bo te u palców wskazującego, małego i kciuka są przedłużone, a środkowy i serdeczny zostawione są krótkie.
– Żeby to był ostatni raz, gdy chociaż myślisz o zakłócaniu kobiecej przestrzeni – syczy mu do ucha. – To nie jest miejsce dla ciebie.
Odpycha go i Arnar nagle znajduje się w tłumie szydzących z niego kobiet, z którego desperacko próbuje uciec. Nagle ktoś chwyta go za przedramię i ono już spodziewa się dostrzec tam kolejne wampirze szpony, ale tym razem przeceniło swoją zdolność budzenia sobą zainteresowania kobiet. Palce, które go ściskają, należą bowiem do niskiego facecika w obciachowej czapeczce z logiem jakiegoś piwa.
– Pęcisław?! – wykrzykuje Arnar, nie wie, czy bardziej z ulgą, czy z zaskoczeniem.
– Młode, musimy stąd spierdalać, tamta w spódnicy moro prawie mnie rozszarpała – bełkocze satyr i ciągnie Arnar w jakąś stronę, która niestety wygląda na taką prowadzącą tylko w głąb parady.
– A gdzie Dahlia???
– Uznali, że jest za bardzo, jak one to, bitch? Nie, bardziej, ee… byk? Nie wiem, że jest za bardzo coś. Chyba jej robią makijaż albo próbują robić makijaż, ale dla nas nie będą takie miłe. Patrzyły na mnie jak na śmiecia bardziej, niż cywilizowani obywatele Nowego Jorku, gdy widzą, jak jem puszkę – tłumaczy Pęcisław, próbując zorientować się w terenie, którego zbyt dużą część zajmowały sukienki i obcasy. – TAM! – wrzeszczy i wskazuje jakiś punkt, niewielką wyrwę między kobietami, gdzie rzeczywiście widać jakieś szare budynki.
Ruszają tam, ciągle popychani i szturchani przez wściekłe radykalne lesbijki. Arnar nie ma wątpliwości, że jutro obudzi się z niezłym zestawem siniaków i zadrapań na każdej możliwej części ciała oraz będzie musiało zmierzyć się z podejrzeniami Luciena. Zadyszani i spoceni, wreszcie wychodzą z tej parady i prawie padają na chodnik z wycieńczenia. Pęcisław chwyta jedną z leżących w pobliżu puszek, żeby w bardzo dramatyczny sposób rozszarpać ją i połknąć w tak dużych kawałkach, że Arnar nieprzyjemnie zaczyna drapać gardło.
– Teraz jeszcze uratować Dahlię – stwierdza Hermesiak, niepewnie wpatrując się w gęstą paradę.
– Wiesz co, ona potrafi się sobą zająć. Zazwyczaj – mądrze mówi Pęcisław. – My se znajdziemy ławeczkę i spokojnie na nią poczekamy.
– A co, jeśli wyjdzie po drugiej stronie parady?
– Nie wiem, młode, ty prawie wylądowałoś w Filadelfii, więc się nie odzywaj.
Arnar w milczeniu przyznaje rację Pęcisławowi, choć myślało, że to miało być tylko Newark. Satyr chyba jest od niego starszy, więc czysto teoretycznie to on powinien być mądrzejszy, a ono nie powinno się kłócić, dlatego razem siadają na ławeczce i grzecznie czekają na Dahlię, choć Arnar nie sądzi, że te kobiety tak łatwo wypuszczą ją ze swoich szponów.


Dahlia?
────
[1825 słów: Arnar otrzymuje 18 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz