ZIMA, rok temu
Lucien w ostatnim momencie próbował chwycić Khai za skrawek materiału jej koszulki, ale dziewczyna wyślizgnęła mu się i poleciała razem z czerwonym dywanem prosto w paszczę… potwora? Syn Dionizosa patrzył jak ich nowa koleżanka koziołkuje, przewraca się i uderza o poszczególne elementy wystroju holu, a później z krzykiem znika.
Lucien w milczeniu spojrzał na Arnar, a Arnar odwzajemnił od razu ten sam, skonfudowany wyraz twarzy. W całej ich karierze półboskiej nie wydarzyło im się coś podobnego — żeby dywan, albo hotel, zjadł innego półboga.
— Co z nią? — Lucien zapytał bardziej siebie samego, niż Arnar. Podświadomie znał odpowiedź na to pytanie, ale wolał, żeby odpowiedział mu na to ktoś inny. Albo żeby najlepiej nikt nie odpowiadał, tak, by mógł żyć w jakiejś deluzji.
— Nie zawracajmy sobie teraz tym głowy. — Arnar trochę nerwowo, jak na siebie, się uśmiechnęło. — Może teraz uda nam się wyjść? Może w taki sposób ten hotel został właśnie… no, wiesz… jak to się mówi…
— Udomowiony? Udobruchany?
— No, coś takiego. — Kiwnęło zgodnie głową. — Nieważne, chodźmy stąd!
Arnar szeptało jeszcze do siebie coś o rżeniu koni, o samych koniach mówiąc szczerze, i o tym jak bardzo nienawidzi hotelów. Wyjść udało im się zadziwiająco prosto i Lucien przez dłuższy czas wątpił w ich powodzenie; bo jak to przez dwie godziny (albo dłużej?) biegali po hotelu, nie mogąc z niego wyjść, a kiedy potwór, odpowiedzialny za to wszystko się najadł, wypuścił ich nie zważając już na nic?
Lucien zatrzymał się przed wejściem i obejrzał na drzwi wyjściowe. Nic nie wskazywało na to, żeby znowu trafili do labiryntu stworzonego przez potwora. Ani żeby doświadczali omamów wzrokowych.
Arnar z zadowoleniem stanął obok Luciena i się wyprostował jak struna. Dumnie wypiął pierś do przodu, a ręce podparł na biodrach.
— Widzisz? Mówiłem, że się uda. — Zadarł podbródek, uśmiechając się, jak skończony kretyn.
Lucien uniósł kącik ust do góry. Wciąż był przerażony, oczy piekły go niesamowicie, ale myśl, że udało im się wydostać go nijako pocieszała. Jeśli tylko nie przypomni sobie Khai, to będzie dobrze. Będzie dobre.
Znów zakręciło mu się w głowie. Podparł się o Arnar i nachylił do przodu, by pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, zwiastującego ewentualne omdlenie. Gdyby teraz poleciał plackiem na ziemię, to byłoby to co najmniej żenujące.
— Widzieliście moją wiadomość?
Dahlia pojawiła się znikąd. Kiedy Lucien otworzył oczy, zobaczył przed swoją twarzą jej długie nogi. Nie miał nawet siły, żeby podnieść głowę i spojrzeć na twarz przyjaciółki.
— Oczywiście! — odpowiedział z dumą Arnar. — Dzięki temu udało nam się udomowić ten hotel! Wystarczyło go nakarmić.
— Nakarmić? — zdziwiła się Dahlia. — Czym?
— No… jakby to powiedzieć — zaciął się. Lucien dalej opierał się o jego nogi. — Jedzeniem.
Dahlia milczała. Lucienowi w tym momencie zebrało się na wymioty.
— A co było tym jedzeniem? — dopytywała dalej.
Arnar zacisnęło usta. Nie chciał odpowiadać na to pytanie, bo czemu miałby opowiadać o tragicznej śmierci ich nowej koleżanki Khai, na którą przyjaciele wołają Khai i której rozwiązały się sznurówki w najbardziej kluczowym momencie ucieczki?
W tym momencie przez okno wyleciał najpierw jeden, a później drugi but. Rzeczy Khai. Skarpetek już brakowało, więc najwidoczniej były smaczniejsze od obuwia.
— Och. — Dahlia od razu zrozumiała, co było tym jedzeniem i chyba przestała chcieć się dopytywać bardziej. Zaakceptowała ten stan rzeczy bardziej niż roztrzęsiony Lucien, któremu hotel wyrzucił jednego buta pod jego nogi. I na którego musiał się patrzeć z rozpaczą.
Jeszcze chwilę wcześniej ten but pięknie wyglądał na nogach nowej koleżanki. Leżał pewnie idealnie i był bardzo wygodny, bo inaczej by tak szybko w nich nie biegała. Teraz but leżał pod jego nogami i całe szczęście, że nie był cały we krwi, bo inaczej zemdlałby już na sto procent i nie obudziłby się przez następne dwa dni.
— Możemy stąd już iść? — zapytał słabo, zaciskając palce na koszulce Arnar.
Z jakiegoś powodu trafili do restauracji w innym hotelu, która wyglądała jak rodem wyjęta z Kevina samego w Nowym Jorku. Lucien czuł się przytłoczony nagłą śmiercią Khai, a restauracyjne ostre oświetlenie, pozłacane ściany oraz sufity z diamentowymi abażurami przytłaczały go jeszcze bardziej. Czuł, że za chwilę wyjdzie z siebie, a był to pomysł nikogo innego, jak właśnie Arnar.
— Tutaj Kevin mieszkał.
— To nie ten hotel — odpowiedział słabo Lucien.
— Jak to? — Zdziwienie od razu namalowało się na twarzy Arnar. — Nawet choinkę postawili taką samą.
— Tak, bo mamy zimę i zaraz są święta… — westchnął. — Na dodatek jesteśmy w San Francisco, a nie w Nowym Jorku. Zapomniałeś o tym?
Arnar udawało, że nie słyszało tej odpowiedzi i dalej zachwycało się hotelem, do którego według niego trafił główny bohater kultowego filmu z lat dziewięćdziesiątych. Lucien natomiast z bolącą głową próbował przeżyć to gadanie, a siedząca obok Dahlia piła gorącą czekoladę. Jako jedyna z ich trójki zdecydowała się coś zamówić.
— Gdzie będziecie dzisiaj spać? — podjęła Dahlia. — Chyba nie w hotelu?
— Nie — od razu odpowiedział Lucien. Nie było nawet mowy, że tam wrócą. Szczególnie nie z Arnar, który obsesyjnie wszędzie widział konie i na dodatek słyszał ich rżenie.
— Możemy u ciebie? — wtrącił się Hermesiątko. — U ciebie na pewno nie ma koni!
Dahlia mogła się spodziewać takiego obrotu spraw. Mogła. Patrząc na to, z kim się zadawała i z kim się zaprzyjaźniła, to mogła się spodziewać dosłownie wszystkiego.
— To prawda. — Przytaknęła głową. — U mnie nie ma koni. Żywych.
— A to masz martwe? — przeraził się Arnar nie na żarty. — To chyba jeszcze gorzej. Lucien, co my zrobimy? Martwych koni też się boję.
— Może zaniesiemy je do tego potwora z hotelu, żeby się nimi najadł? — Wzruszył ramionami. Wciąż strasznie bolała go głowa. Próbował to ignorować, ale z każdym kolejnym słowem ból przybierał na sile. Dawno nie miał takiej migreny. — Zresztą co może ci zrobić martwy koń? Nawet nie będzie mógł rżeć, bo nie żyje.
— W sumie racja — przyznało Lucienowi rację.
— Wiecie, że nie o to mi chodziło? — Dahlia wtrąciła się po wypiciu czekolady. Cierpliwie czekała, aż przestaną gadać, ale skoro się tak nie stało, to musiała naprostować swoje słowa. — Mam na myśli na przykład koce albo poduszki. Może też jakieś obrazy, na których są konie. Nie o dosłownie martwe zwierzęta.
— A kabanosy jakie jesz?
— Nie wiem, z kurczaka?
— Okej. — Arnar na chwilę się uspokoiło. — To śpimy dzisiaj u ciebie.
dahlia???
────
[1001 słów: Lucien otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz