LATO
Artem rzadko kiedy wyglądał na spłoszonego. A gdy już to robił, przyjmował pozycję obronną, której nie było widać po nim na pierwszy rzut oka. Nie wyglądał do końca na wystraszonego, ale również nie na pewnego siebie, uciekając wzrokiem w bok, gotowy w każdej sekundzie, aby się ulotnić i zdystansować. Chcąc coś powiedzieć, wydobyłom z siebie niezrozumiały bełkot, na który mężczyzna spojrzał na mnie wyczekująco. Nie podnosząc się, wetknęłom palce pod szkła okularów i przycisnęłom je mocno do powiek, aż rozbolały mnie gałki oczne, a gdy z powrotem odzyskałom widok na świat, przez moment był on zmroczony.
Nie wiedząc, czy oczekiwanie Artema na moją odpowiedź odbywa się w cierpliwości, usiadłom w spięciu na brzegu kanapy, nerwowo przebierając palcami u rąk. Nie chciałom nawet spoglądać mu na twarz, ale on zbliżył się do mnie znowu, na tyle blisko, że nasze uda się dotknęły. Spięłom się znowu, mając nadzieję (co musiałoby być trudne), że nie widać po mnie aż tak, że czuję się w tej sytuacji zagubione. I przytłoczone. W sposób, który mnie pociągał i nalegał do padnięcia w przegranej.
— N-Nie — wyszeptałom. — Nie.
— A co innego z tym zrobisz? — spytał.
Pochylił się do przodu, chcąc spojrzeć mi w twarz. Podejrzewałom, że rzeczywiście obawia się, iż mam zamiar od niego odejść i nie chciałom sprawiać takiego wrażenia, dlatego wyprostowałom się i przestałom go unikać, zażenowane tym, że jako dwudziesto-sześciolatek zawstydzam się w takiej chwili i tracę głowę, choć nie było to dla mnie nic nowego. Czułom się jak na swojej pierwszej randce.
— Nie wiem.
— Może razem coś z tym zrobimy?
Pokręciłem głową, modląc się o to, aby ktoś odebrał mi głos, bym nie musiał się już zmuszać do mówienia. Mężczyzna złapał moją brodę, odwracając twarz w jego stronę. Zmrużyłom powieki, gryząc się w policzki.
— Co z tym zrobimy, Edgar?
— Nie wiem — powtórzyłom beznamiętnie. — Masz na myśli to, co stało się przed chwilą, czy wszystko?
— Pocałowałem cię. To się stało. Nazywaj rzeczy po imieniu.
Zniżył dłoń i delikatnie zacisnął ją wokół mojej szyi, głaszcząc kciukiem pompującą pod jego dotykiem tętnice. Przełknęłom ślinę, co wyczuł pod palcami i odetchnął cicho. Ręka mężczyzny powędrowała niżej, zatrzymując się powyżej mojego mostka, gdy zahaczył o kołnierz koszulki. Z każdą chwilą, z coraz większą gwałtownością, rosła we mnie temperatura. Mogłem wybuchnąć i wątpiłem, że skończyłoby się to dobrze, choć dla nas i tak już nie było ratunku. Tyle zdążyliśmy zepsuć rzeczy i ich żałować, że kolejny błąd nic by nie znaczył. Chciał zabrać rękę, ale odpowiednio szybko ją złapałem, unosząc do swoich warg. Pocałowałem go w wierzch dłoni, spotykając się w odpowiedzi z zaabsorbowanymi na mnie oczami i momentalnie poczułem się jeszcze bardziej głupio. Speszony, nie wiedząc, czy powinienem pozostać przy nim, czy odejść, niespokojnie się poruszyłem, a Artem zażyle objął mnie ramionami i znowu pocałował. Jego wargi poruszały się w tempo moich z niewyobrażalną harmonią, z powodu której nawet na chwilę nie chciałem się odsuwać, aby nie wyprowadzić nas z rytmu, przez co zaczęliśmy drażnić się dotykiem po wszystkich zakamarkach ciała. Wszystkich.
Mój telefon na stoliku zaczął wibrować. Niczym poparzony, ze zdenerwowaniem odsunąłem się od Artema, jakby ktoś wylał mi na głowę wiadro wrzącej wody. Wziąłem telefon do ręki i widząc, kto do mnie dzwoni, od razu się rozłączyłem, po czym rzuciłem z hukiem urządzenie z powrotem na stolik. Pchnąłem Artema na bok kanapy, opierając ręce po obu stronach jego głowy. Wciśnięty w oparcie pozwalał na to, abym palcami wodził mu po wargach.
— Kim jest…
— Nikim ważnym.
Nie pozwoliłem mu spytać o nic więcej. Artem się nie opierał, gdy nagle przejąłem inicjatywę, a ten fakt rozpalał mnie od środka. Zapomniałem o otaczającej nas rzeczywistości, o rzeczach, które miały miejsce dzisiaj, wczoraj, przedwczoraj i dawniej, zapomniałem o zdrowym rozsądku, o tym, jak powinno to wyglądać i o tym, że jutro będziemy tego żałować, a mój stan był bliski upojeniu. Wszystkie te rzeczy pozostały w tyle mojej głowy, będąc jedynie tłem dla naszych ciężkich westchnień, nie mając nawet najmniejszej szansy, by przedrzeć się do mojej świadomości. Nic z tego nie było wtedy ważne, gdy zamotaliśmy się w sobie wzajemnie, wspierając wzajemnie swoje własne impulsy, wspólnie wprowadzając się w gęstą zamieć. Przez długie parę sekund patrzyliśmy sobie w oczy, jakbyśmy chcieli to przerwać, ale nic nie powiedzieliśmy i powróciliśmy bez dalszego wahania do bezmyślnego, nęcącego dotyku.
Bezmyślnego. Bo tak jednym słowem można było opisać ten moment. Był bezmyślny. Rządziły mną emocje, nieposkromione pragnienie, którego nie opisałbym jako żądze, a coś stęsknionego, długo wyczekującego, na skraju wyczerpania, bliskie temu, aby się poddać. A gdy już zyskało to, czego chciało przez te parę lat, zupełnie się w tym zatraciło, sabotując tym nawet moją pamięć. Byłem obecny ciałem, ale nie duchem, a tym bardziej nie umysłem. Nie pamiętam dokładnej chronologii wydarzeń, ale mogę wszystko to ponownie poczuć, z tą samą intensywnością. Mogę przywołać to uczucie bycia pod nim, kompletnie pod jego kontrolą, jakbym sam nie musiał nic już nigdy nie robić, bo to on będzie tym, który będzie mną kierował. Możliwe, że zawładnął mną tak bardzo, że oprócz mego ciała, przejął też moje wspomnienia. Nigdy nie doświadczyłem czegoś takiego, po żadnym narkotyku.
Spośród wszystkiego, gdzieś w tle odzywał się letni wiatr za oknem oraz dzwoniący znowu telefon, ale skupione byłom tylko na oddechu Artema. Wstrząsały mną drgawki za każdym razem, gdy zmieniał miejsce ucisku. Gdy dłonie z talii uciekały do bioder, uciskając je z taką siłą, nie dawały mi żadnej wolności. Całował mnie w brodę, szyję i ramię, a ja odwzajemniałem się, podgryzając mu uszy, obojczyki i skórę na podbrzuszu. Odgarniał przy tym włosy z mojego czoła i łapczywie się we mnie wpatrywał, co starałem się z całej siły ignorować, by nie wybuchnąć wstydem. Ze sposobu, w jaki na mnie patrzył, mogłom jedynie się domyślić, że cieszy go ten widok. W pewnym momencie powróciła do mnie ta zawiść, która często rodziła się we mnie w jego towarzystwie i pragnienie, by obrócić wszystko w konkurencję, odwrócić nasze role, ale mój obraz był zbytnio znęcony i po prostu słuchałem niemych poleceń mężczyzny. Mógł zrobić wszystko, co by zechciał dla własnej przyjemności i nieszczególnie bym oponował, nawet gdyby mi się to nie podobało, o ile jest to możliwe — ta jego srogość i bestialstwo były wszystkim, co w nim uwielbiałem od momentu, gdy się poznaliśmy. Nic a nic się nie zmienił.
Artem? ────
[1107 słów: Edgar otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Nie sądziłem, że coś może sprawiać wrażenie, jakby trwało w nieskończoność i jednocześnie, jakby zajęło parę niezliczonych chwil, ale jedno było pewne — mógłbym to powtarzać bez przerwy i tak samo się gubić, w złotych oczach i natarczywych pocałunkach. W rozpalonej skórze, silnych dłoniach, ocierając się o świeży zarost, odurzając się jego cytrynowym zapachem i nie mając go nigdy dość. Będzie mnie to nawiedzać w snach i dopiero się okaże, czy będą one koszmarami.
[1107 słów: Edgar otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz