Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ver Fellowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ver Fellowe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 sierpnia 2025

Clara i Ver umierają

zdjecieClara E. BumblebeeONA/JEJ — 23 LATA — PÓŁBOGINI — AMERYKANKA — 18 PD — 0 PU — 100 PZPostać NPC



zdjecieKatharina Veronica „Ver” FelloweONA/JEJ — 24 LATA — PÓŁBOGINI — ANGIELKA — 280 PD — 4 PU — 100 PZPostać NPC



Clara to tylko kolejna ofiara swojego pochodzenia. I ofiara Nowego Jorku, bo ostatnimi czasy półbogowie umierają w tym mieście, jak mrówki, a wymiana drzwi z zamkami najwidoczniej nie uchroniły kobiety przed podobnym losem. Cóż, Anastazy się starał.
Ver za to, cóż, nie trzeba dużo opowiadać. Walka z potworem nie poszła po jej myśli i postanowiła pozwiedzać podziemia, żeby więcej już się nie męczyć na tym świecie. Typowy Nowy Jork

piątek, 27 września 2024

Od Ver — „Witaj w Nowym Jorku”

12 LAT TEMU

– I jak się z tym czujesz? – zapytał starszy pan, podnosząc wzrok znad notesu.
– Dziwnie. – odparła bez zastanowienia Veronica, bawiąc się rękawami bluzy.
– Czy chcesz to rozwinąć?
– To brzmi fajnie. Będę mieszkać na drugim końcu ziemi. Ale też nie chcę wyjeżdżać, bo mam tutaj Lizzy i moją szkołę i mój plac zabaw…
– Czyli czujesz przywiązanie?
Dziewczynka z zapałem pokręciła głową, co zapisał w swoim zeszycie terapeuta.
– Czuję się też tu dobrze. – Poklepała głęboki bordowy fotel, na którego skraju siedziała.
– Przeprowadzka tak daleko to bardzo duże wyzwanie, nawet dla dorosłego. Ale rodzice często chcą dla swoich dzieci jak najlepiej i może to jest właśnie takie rozwiązanie…
Dziewczynka zmarszczyła nos, jak zawsze, kiedy się mocno nad czymś zastanawiała. Pomyślała o Jimmim, który na nich czekał w Nowym Jorku. Przypomniała sobie też słowa mamy, że tam są lepsi terapeuci, którzy wiedzą więcej o autyzmie i ADHD.
„Może faktycznie tak będzie lepiej, niż gdybym została tutaj?” – pomyślała. Musiała mieć nieprzekonaną minę, ponieważ z zamyślenia oderwał ją starszy mężczyzna:
– Co, jeśli potwory tutaj zostaną?
Veronica podniosła głowę. Kilka razy wspominała terapeucie o momentach w ciągu dnia, podczas których czuła się obserwowana. Nigdy nie potrafiła znaleźć tego, kto to był, ale wiedziała, że to nie był człowiek. Jej serce cały czas powtarzało, że to było coś złego i coś okropnego, czego nie potrafiła określić, więc zaczęła używać słowa potwory. Terapeuta przeważnie nie odzywał się, kiedy o nich wspominała. Kiwał tylko głową z lekko zmarszczonymi brwiami i zapisywał coś w swoim notesie. Veronica była przekonana, że to kolejna rzecz, która sprawiała, że było z nią coś nie tak. Nikt z dorosłych nie lubił, kiedy tak o sobie mówiła. Tyle razy słyszała, że autyzm i ADHD jej nie definiują i nie są złymi rzeczami, że to dobrze, że została zdiagnozowana, ponieważ dzięki temu może lepiej zrozumieć siebie i inni będą ją lepiej traktować, ale dalej w to wątpiła. Widziała, że to nie była prawda w minach nauczycieli, i to samo słyszała w głosach kolegów z klasy. Bała się, że to będzie kolejna dziwna nazwa zapisywana obok jej nazwiska. Nie powiedziała tego na głos.
Zdała sobie sprawę z tego, że marszczy nos i terapeuta obserwuje ją uważnie. Jego twarz jak zwykle nie wyrażała żadnych emocji. Dziewczynka poprawiła się w fotelu i spojrzała na tęczowe sznurówki w czarnych trampkach. Potrząsnęła delikatnie głową. Czy ten gest był stwierdzeniem, że nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie, czy też odpowiedzią samą w sobie – to musiał stwierdzić terapeuta.
– To jest już nasze ostatnie spotkanie przed twoim wylotem Veronico. Życzę ci udanego lotu i żebyś szybko odnalazła swoje miejsce w Nowym Jorku. Jesteś bystrą dziewczynką i mam nadzieję, że będziesz się tam dobrze czuła.

***

Nowy Jork był dziwnym miejscem. Niby był tak podobny do Birmingham – wieżowce, tłum ludzi, głośne samochody… Ale jednak nie było to samo miasto. Asfalt był w ciemniejszym odcieniu szarości i wieżowce miały inny kształt niż te brytyjskie. Przytulała mocno swojego pluszowego niedźwiadka polarnego, kiedy siedziała w taksówce i uparcie wlepiała wzrok w swoje buty. Nie odezwała się też ani słowem, od kiedy weszła na pokład samolotu.
– Już prawie jesteśmy na miejscu… – powiedziała cicho Joanne, głaszcząc córkę po głowie. Veronica tylko machnęła głową i ścisnęła mocniej niedźwiadka.
Po kilku minutach stała przed ciemnymi drzwiami w przeciętnej klatce schodowej.
– Joanne – Jimmy pocałował swoją nową żonę. – I Veronica. Jak minęła podróż, mała?
Veronica zasłoniła twarz pluszakiem.
– Spokojnie. – dodała szybko matka.
– Pan Zmarzlinek powiedział mi, że minął dobrze. Chcesz zobaczyć swój nowy pokój?

Jimmie odprowadził dziewczynkę wzrokiem, po czym zwrócił się do Joanne:
– Chcesz kawy? Mam bezkofeinową.
– Wiesz, że dobrego flat white napiję się zawsze, skarbie.
Mężczyzna włączył ekspres do kawy i dolał mleka do filiżanki.
– Więc, jak się trzyma mała? – zapytał, podając Joanne napój.
To pytanie musiało w końcu paść.
– Lepiej. Potrafi kontrolować swoje emocje i lepiej jej idzie komunikowanie się. Dostałam też informację od wychowawczyni, że przez cały rok bawiła się z jedną dziewczynką z klasy. Cieszę się, że wychodzi do ludzi. Bardzo ci dziękuję za pieniądze na terapię.
– Ależ proszę. Cieszę się, że teraz będę mógł lepiej pomagać. Jesteśmy rodziną, najdroższa. Podjęłaś dobrą decyzję.
Joanne uśmiechnęła się do męża.
„Co sobie pomyśli, kiedy dowie się prawdy?”.

Mieszkanie było przestronne i miało więcej światła. Taki również był nowy pokój Veronici.
Dziewczynka nigdy w swoim życiu nie widziała okna składającego się z trzech szyb. Miała widok na park i popołudniowe promienie słońca rzucały złote światło do jej pokoju, dodając magicznego blasku błękitnym ścianom. Łóżko było proste, z pościelą przedstawiającą niedźwiedzia polarnego razem z młodym na tle zorzy polarnej. Na niewielkim stoliczku nocnym dziewczynka zobaczyła lampkę w kształcie ukochanego zwierzaczka, który zmieniał kolory co jakiś czas. Za drzwiami stała wąska szafa, natomiast po drugiej stronie pokoju, pod oknem, stało niewielkie biurko, obok którego leżało drewniane pudełko na zabawki. Dywan był okrągły i ciemnofioletowy, z gwiazdkami. Dziewczynka przez chwilę przyglądała się wszystkim elementom, po czym skierowała się do kuchni.
Veronica podeszła do mamy i uczepiła się jej ramienia.
– I jak ci się podoba pokój?
– Jest fajny. – Uśmiechnęła się szeroko.


────
[822 słowa: Ver otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 24 czerwca 2024

Od Ver do Yasmin — „Przyjaciółki na zawsze?”

6 lat temu

Pomimo że kalendarz dalej pokazywał lato, powietrze było chłodniejsze. Słońce grzało nieco słabiej, dodatkowo, drzewami potrząsał nieprzyjemny wiatr. Veronica czuła się podobnie. Niby wszystko było w porządku, ale jednak ciężar z tyłu głowy nigdy nie znikał i czasami, kiedy nikt nie patrzył, wyciskał łzy z jej oczu.
Powoli zbliżał się koniec wakacji, po których dziewczyna miała siedemnaste urodziny. Oznaczało to, że jej czas w Obozie Herosów się kończył. Musiała zostawić swoje łóżko i zabawki w domku dziewiątym. Czego bardzo nie chciała robić. Pomimo że przyjeżdżała tylko na wakacje, przywiązała się do tego miejsca. Przywiązała się do swojego młodszego rodzeństwa oraz rutyny. Zdecydowanie była typem osoby, który nie lubił zmian.
Delektowała się ostatnimi obiadami w pawilonie jadalnym i czerpała garściami ze wszystkich lekcji, które mogłyby jej pomóc w przetrwaniu w tym wielkim i niebezpiecznym świecie.
„Przecież to jeszcze miesiąc, masa czasu! Czemu więc czuję, jak mi przecieka przez dłonie?” – powtarzała sobie, patrząc na herosów grających w siatkówkę i pływających w kajach.
W wolnej chwili zadbała o Rozpruwacza. Wyciągnęła wszystkie rysunki techniczne, jakie kiedykolwiek rozrysowała i spędzała każdą wolną chwilę na rozmyślaniu, co by jeszcze mogła poprawić. W ten sposób powstał Rozpruwacz Siódmy, którego mechanizm nie opiera się na pasku klinowym, ale na łożyskach magnetycznych. Dzięki temu będzie mniejsze ryzyko zacięcia się w kluczowym momencie, ponieważ jest o kilka części ścierających się mniej.
Pozostały dwa tygodnie do jej wyjazdu. Jak zwykle ze spuszczoną głową, wychodziła właśnie z pawilonu jadalnego. Myślała jeszcze o tym, co mogłaby po raz ostatni zrobić w obozie, tak, żeby nie żałowała ani jednej sekundy w tym miejscu. Pożegnała się z młodszą siostrą oraz braćmi, po czym ruszyła na pomost nad jeziorem. Poprawiła bluzę przy mocniejszym podmuchu chłodnego wiatru i usiadła na ciemnych belkach.
Szare chmury przesuwały się powoli nad horyzontem, odpychane boską siłą od terenów obozu. Veronica zdjęła czarne trampki i skarpetki i zanurzyła stopy w zimnej wodzie. Czy pożałuje tej decyzji? Najprawdopodobniej. Nieprzyjemny chłód był jednak czymś, czego potrzebowała. Potrzebowała oderwać się od nieustających myśli, od przytłaczających emocji, od… Siebie.
– Hej, mogę się przysiąść?
– Cześć Yasmin. Oczywiście, że możesz. – Veronica przesunęła się nieco w lewo.
Córka Nemezis usiadła, nie spiesząc się i spojrzała na zachodzące słońce, prześwitujące przez ciemne chmury.
– Butelkujesz. – powiedziała cicho, nie spuszczając wzroku z czerwonej kuli.
– To są moje ostatnie wakacje tutaj.
Veronica miała szczerą nadzieję, że tyle wystarczy dziewczynie, że nie będzie musiała się więcej tłumaczyć.
Wróciła myślami do dnia, w którym się spotkały. Ich domki współpracowały ze sobą podczas bitwy o sztandar. Jakoś tak się złożyło, że walczyły u swoim boku. A kiedy nie walczyły, rozmawiały o różnych rzeczach i zaczęły spotykać się regularnie między zajęciami.


WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG (BRAK AKTYWNOŚCI).
────
[434 słowa: Ver otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

Od Ver CD Cherry — „Przerwa na kawę”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Obóz Jupiter – Veronica o nim tylko tyle wiedziała, że był to rygorystyczny obóz dla dzieci rzymskich bogów, czyli kogoś pomiędzy kuzynostwem a rodzeństwem. Niczym małolat w wieczór wigilijny, czuła podekscytowanie, kiedy chaotyczny umysł zaczął znów pracować na najwyższych obrotach, tworząc coraz to kolejne pytania i domysły na temat kalifornijskiej społeczności herosów. Zanim zdołała ochłonąć i ułożyć wszystkie myśli w szereg, usłyszała pytanie od Cherry:
– A więc… Jesteś córką Wulkana?
– Hefajstosa – Pomimo poprawienia dziewczyny, skinęła jej głową.
„Imiona to zwykłe nalepki, które nic nie znaczą, chodzi o samą myśl…” – pomyślała, po czym cmoknęła z niezadowoleniem.
– Cholera – Wymsknęło jej się – Wiecie, co zrobić z tym popcornem? Chyba tego nie naprawię bez pozbycia się go.
Zignorowała tekst emo goryla i przygryzła wargę, zastanawiając się, co mogłaby zrobić.
Całą maszynę, krótko mówiąc, szlag trafił. Popcorn dostał się pomiędzy sprężyny, blokując je, i na pewno też znalazł się w naczyniach z płynami. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby zablokowały się rurki z płynem chłodniczym albo nasiona podczas prażenia wsiąkły cały olej w silniku.
– Friedrich może go wydmuchać.
Tego się nie spodziewała. Wysunęła się spod samochodu z uniesioną brwią.
– To znaczy?
Lecz zamiast wyczerpującej odpowiedzi zobaczyła tylko uśmieszek trzeciego półboga. Nie siedziała jednak długo, pozwoliła Friedrichowi działać i, otrzepując ubranie, usłyszała wyjaśnienia Cherry.
Trudno było się nie zaśmiać na widok miny córki Apollina po ataku ziarnka kukurydzy na jej czoło.
Czy Veronica może odrobinę zwlekała z naprawą samochodu, żeby tylko dłużej porozmawiać z tą ciekawą trójką? Może. Dobra, tak. Nawet bardzo.
Pozwalała swojej wyobraźni szybko mknąć, kiedy pluła kolejnymi pytaniami niczym karabin maszynowy. Sama też oferowała nowym przyjaciołom wylewne odpowiedzi.
„Wow, jeszcze przy nikim tak szybko się nie otworzyłam… Mają w sobie to coś” – pomyślała, tylko szerzej się uśmiechając.

Ale w końcu musiała wygrzebać się spod tego samochodu, żeby w końcu nie zaczęli podejrzewać, że jednak udaje córkę Hefajstosa.
– Dobra, to wygląda na koniec. Spróbuj odpalić.
Pomruk wdzięczności wydobył się spod maski samochodu i dziewczyna nie potrafiła powstrzymać się przed rzuceniem lekkiego uśmiechu.
Zanim jeszcze trójka półbogów zniknęła w samochodzie i stała się tylko wspomnieniem, wyciągnęła z kieszeni wizytówkę i długopis. Podała kartonik dziewczynie przez uchylone okno.
– Gdyby karpoi znowu was zaatakowały – wyjaśniła, choć zbędnie. Zaraz potem sobie przypomniała, że w ich przypadku telefon może nie być najbezpieczniejszym rozwiązaniem. – Ale zawsze możecie, no wiecie, po prostu użyć iryfonu.
– Iryfonu? – dopytał ten trzeci.
– Och? Nie macie czegoś takiego w Obozie Jupiter?
– Raczej używamy orłów.
„No dobra, kto, co woli”.
– To w takim razie korzystajcie z tego, co wam wygodniejsze, orły czy telefon.
Skinęła głową na pożegnanie i już zaczęła się powoli wycofywać w stronę skrzynki z narzędziami, którą zostawiła przy krawężniku, kiedy wywołała ją raz jeszcze flamastroworóżowa czupryna.
– Masz jeszcze więcej wizytówek?
– Tak, gdzieś tutaj… O!
– To gdyby ciebie karpoi dopadły w najbliższym czasie, oczywiście. Miło się gadało, serio.
– Z wzajemnością. – Veronica po raz ostatni skinęła głową i spojrzała na wizytówkę z zapisanym dodatkowym numerem telefonu.
„Ciekawe, czy się jeszcze zobaczymy…” – pomyślała, znów uśmiechając się pod nosem. Kiedy wzięła pod pachę skrzynkę z narzędziami, samochodu już nie było. Całe to wydarzenie, jak każde inne zetknięcie się z mitologicznymi istotami, przypominało sen. Karteczka z ciągiem cyfr i uśmiechniętą buźką dowodziła jednak inaczej.


Koniec wątku Ver i Cherry. (przynajmniej na razie xoxo)
────
[523 słowa: Ver otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 13 lutego 2024

Od Ver CD Avery — „Pomoc w potrzebie”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Po chwili przyglądania się dziecku od stóp po czubek głowy, kobieta skinęła podbródkiem i ruszyła przed siebie, zachowując luźny dystans pomiędzy nią i Avery. Przypięła do paska parasolkę i jej dłonie powędrowały do kieszeni bojówek. Palce zgrabnie rozpinały i zapinały kieszenie, podczas gdy jej brązowe oczy skanowały ulicę w poszukiwaniu kolejnych meneli do przegonienia.
– Nie ma sprawy, młody. – Veronica uśmiechnęła się lekko, znów patrząc na Avery. Jeno dłonie dalej się trzęsły, nic dziwnego, to musiał być efekt adrenaliny i ucieczki przed menelem przez dobre kilka ulic.
Szybko jednak jej myśli przestały oscylować wokół dziecka Ateny, ponieważ wróciły do zostawionych zakupów. Co, jeśli ktoś je ukradł? Dzięki przecenom Veronica zaoszczędziła całkiem sporo pieniędzy, jednak zawsze wolała być o te kilkaset dolarów do przodu i nie wydawać ich znowu na to samo. Wzięła głęboki wdech przez nos i powoli wypuściła powietrze ustami, które uniosło się przed jej nosem w postaci białej mgiełki, ale zdążyło się już rozwiać na wysokości oczu. Powtórzyła tę czynność jeszcze kilka razy, aż w końcu plecy się rozluźniły, a niepokój stał się tylko wspomnieniem.
W ciszy szli pośpiesznie chodnikiem. Jej wzrok jak zwykle był skierowany w dół, dokładniej dwie i jedna czwarta kwadratowej kostki brukowej przed jej stopami. Kiedy zdawała sobie z tego sprawę, podnosiła na chwilę spojrzenie, rozglądała się, patrzyła na jasnowłose dziecię u boku i z powrotem zanurzała się w świat rozmyślań. Próbowała unikać tematu zostawionych zakupów, czepiała się w zasadzie każdej myśli, żeby tylko nie stresować się: od wspominania czasów w Anglii i Obozie Herosów, poprzez myślenie o postanowieniach noworocznych, kończąc na tajemniczym towarzyszu i tym, co zrobiło, że było gonione przez menela.
– Och, jakie szczęście! – rzuciła trochę sztucznie, na widok nienaruszonych zakupów.
To był prawdziwy cud świąteczny. Torby zostały tylko przesunięte na skraj chodnika, żeby nie przeszkadzały przechodniom, ale żaden artykuł z torby nie zniknął, przynajmniej tak się wydawało Veronice po krótkim przeglądnięciu produktów. Ile ludzi kręciło się przecież w okolicy i mogło zauważyć bezpańskie zakupy? Miło było jednak widzieć, że mają trochę oleju w głowie i fakt, że zakupy chwilowo są bez opiekuna, nie oznacza, że takie zostaną na wieki wieków. Z ulgą wrzuciła torby do bagażnika i spojrzała na galerię handlową, na której świąteczne lampki mrugały epileptycznie.
– Co powiesz, że tam się wybierzemy? – zagadała do Avery, które nie wyglądało na dużo młodsze od niej. – Jestem Veronica, a jak mam się do ciebie zwracać?
Ruszyli razem przez samochodowy labirynt i po kilku minutach znaleźli się w budynku. Kolory, wymieszane z białym i żółtym światłem bijącym z różnych wystaw, sprawiły, że Veronice lekko zakręciło się w głowie, na dodatek z piosenkami świątecznymi i klaskaniem: gdzieś niedaleko musiały się odbywać typowe zabawy dla dzieci. Instynktownie złapała za parasolkę, jak zawsze, kiedy jej zmysły były ogłuszone i była najbardziej narażona na atak stwora z mitologii. Kiedy przyzwyczaiła się do otoczenia, z powrotem zawiesiła ją sobie na pasku.
– Z tego, co kojarzę rozplanowanie, większość jedzeniowatych rzeczy będzie na trzecim piętrze. Wolisz coś porządnego czy luźniejszego?
Rozejrzała się po korytarzu, w poszukiwaniu jakiegokolwiek transportu na górne piętro.
– Widzisz gdzieś windę?


WĄTEK ZAMKNIĘTY PRZEZ MG (BRAK AKTYWNOŚCI)
◇──◆──◇──◆
[502 słowa: Ver otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

środa, 29 listopada 2023

Od Ver do Avery — „Pomoc w potrzebie”

Światełka, bałwanki, choinki, reniferki, krótko mówiąc – święta już zawitały, razem z pierwszym śniegiem. I choć jeszcze było trochę czasu do świąt, trudno było ignorować ich obecność.
Zainspirowana promocjami, Veronica postanowiła wybrać się na zakupy i kupić coś dla siebie, jak i najbliższych. Jadąc ostrożnie samochodem, zastanawiała się nad tym, jaki prezent byłby dla kogo najlepszy.
“Nie mogę pójść przecież w kosmetyki dla wszystkich!” – myślała, stukając palcami o kierownicę, czekając w korku. – “Na pewno dla mamy mogę kupić sól albo i kule do kąpieli, ale dla taty perfumy? On w ogóle się nie psika!”
Koralik samochodów ruszył, wraz z nimi Veronica. Przecięła skrzyżowanie i znów się zatrzymała.
“Można by było kupić jakąś książkę. Oczywiście tata nie czyta zbyt dużo, ale od czasu do czasu spróbuje jakąś pozycję. Co on ostatnio czytał… Chyba jakieś dokumenty, na temat carskiej Rosji. Europa… Jak tam się żyje? Pewnie nie jakoś inaczej… O matko, prawie bym zapomniała o Lizzy!”
Jeśli chodzi o jej dawną przyjaciółkę z Anglii, nie sądziła, żeby coś się zmieniło w prezencie. Paczka wypchana słodkościami i innymi popularnymi przekąskami zawsze była mile widziana za oceanem, nawet sama Veronica spodziewała się tego, że lada dzień kurier może jej przynieść paczkę z Birmingham, w której środku znajdzie liścik i smaki dzieciństwa.
Została więc kwestia ojczyma.
– Naprawdę, najgorzej jest wybrać prezent dla osoby, którą się zna najlepiej. – mruknęła pod nosem, zajeżdżając na parking do galerii handlowej. – Jakie szczęście, że tobie nic nie muszę kupować, co Rozpruwaczu?
Po kilkunastu minutach bezowocnego krążenia zatrzymała się kilkanaście minut pieszo od centrum, na stacji paliw. Zdeterminowanym krokiem, pospieszana chłodnymi podmuchami wiatru, ruszyła na podbój idealnego prezentu.

***

Oczywiście, że kupiła znacznie więcej, niż zamierzała. Całą jedną torbę wypełniały zimowe przysmaki, zarówno edycje limitowane słodkości, jak i wieloletnie specjały goszczące pod dachem Veronici. Druga torba była zajęta kosmetykami różnego sortu: od kremów, mydeł i szamponów, poprzez płyn do płukania tkanin oraz proszek do prania, kończąc na higienicznych akcesoriach. Przeceny to przeceny, prawda? Jednak dla ojczyma nic nie znalazła. Poszła do księgarni, patrzyła na kalendarze adwentowe z kawą i herbatą, przeglądała kubki i koszulki świąteczne i nic nie wydawało jej się wystarczająco dobrym prezentem.
Nowy mężczyzna w rodzinie trochę zamącił jej w okresie dojrzewania, jednak potrafił zachować dystans i, w porównaniu z niektórymi, wolał nie wchodzić z buciorami w życie obcej osoby. Trudne początki, jak zawsze, opierały się na niezręcznych komentarzach w kuchni, kiedy oboje sobie przygotowywali jakieś jedzenie.
Jednak miło było czuć zainteresowanie w jej stronę. Nie było to zainteresowanie tą “śmiertelniczą” stroną życia, ale tą drugą. Veronica zaryzykowała, mówiąc mu raz o zainteresowaniu mitologią grecką i przez kilka tygodni opowiadała o różnych mitach. Innym razem, kiedy padło pytanie na temat obozów, na które jeździła, odparła dosyć zwięźle, że jest to pewnego rodzaju sportowy obóz, w którym ćwiczy wiele różnych sportów: od wspinaczki, przez walkę wręcz i mieczem, łucznictwo, siatkówkę, kończąc na pływaniu kajakami… Jimmie był zachwycony a Veronica, znajdując jakiś komfort, zaczęła opowiadać o znajomych i zabawnych przygodach.

Z zamyśleń oderwał ją dopiero jasnowłosy dzieciak. Miał uniesione wysoko nad głową ramiona, jakby był wyciągnięty prosto z kreskówki, i krzyczał głośne “AAAAAAAAA!!!”. Biegł tak szybko, że dopiero po chwili Veronica zdała sobie sprawę, że to nie był żaden motorower na sterydach a prawdziwy człowiek.
Wzruszyła ramionami i podjęła znów mozolny krok do swojego samochodu, kiedy usłyszała wiązankę przekleństw.
– Przesuń się! – usłyszała donośny męski głos tuż obok swojego ucha. Niemal natychmiast dotarł do niej zapach niemytego ciała i alkoholu.
“Zaraz… Czemu ten żul goni jakiegoś dzieciaka?”
I od razu odłożyła torby na chodnik i pobiegła za bezdomnym. Odpięła Rozpruwacza od paska i machając nim niczym stara wariatka, biegła za wydzierającym się dzieckiem i bluzgającym mężczyzną.
Pierwsze z nich zaprowadziło ją, jak i żula w ślepą alejkę z kontenerami na śmieci. Bez namysłu rzuciła się na bezdomnego, okładając go parasolką, bez wysuniętych ostrzy. Dopiero kiedy zaczął pełznąć w stronę głównej ulicy, przeklinając ją, tego dzieciaka, jak i ich rodziny i następne pokolenia, odpuściła.
Podeszła do jasnowłosego, nie tak młodego chłopaka, skulonego za ostatnim kontenerem i wyciągnęła dłoń.
– Chodź, pomogę ci wstać. Co się stało? Albo nie, nieważne, muszę najpierw wrócić po zakupy, które zostawiłam na chodniku, ale potem możemy się przejść do jakiejś kawiarni i opowiesz, co i jak. Pasuje ci?



Avery?
◇──◆──◇──◆
[697 słów: Ver Fellowe otrzymuje 6 punktów doświadczenia]

niedziela, 5 listopada 2023

Od Ver — „Prokrustes”

Remont pokoju. Wielkie wydarzenie, podczas którego przetrząsa się każdy milimetr swojej przestrzeni osobistej, wyrzuca się wszelkie niepotrzebne przedmioty, w wyniku czego pojawia się miejsce na nowe niepotrzebne przedmioty. I to miało się zaraz odbyć w życiu Veronici. 
Pokój wydawał się kobiecie po prostu… nudny. Żadnych lampek, zdjęć czy innych ozdób, gładkie ściany o niemrawym szarozielonym odcieniu, nawet przy oknie nie wisiała żadna zasłona. Z jednej strony co się dziwić, skoro większość roku szkolnego dziewczyna spędzała w internacie, za to całe wakacje szkoliła się w Obozie Herosów… Teraz jednak, kiedy miała mieszkać w swoim pokoju dłużej niż tydzień, wypadałoby się nim zająć. 
Zaczęła od kupienia farb. Postanowiła zabawić się, dlatego ściany zostały pomalowane nieregularnie w różne odcienie koloru pomarańczowego — od pastelowego aż po intensywny kolor przypominający barwę płomieni. Zmieniło się też ułożenie mebli. Wąska szafa została przeniesiona na drugi koniec pokoju, obok której Veronica postawiła proste biurko z trzema szufladami z boku. Kupiła też wygodne krzesło konferencyjne, podczas gdy poprzednie trafiło z powrotem do jadalni. 
Na ścianach pojawiły się haczyki, na których Veronica zawiesiła świecące gwiazdki. Pozostało jeszcze kilka wolnych, które posłużą obrazom. Zostało jeszcze zrobić coś z łóżkiem, z czego „zrobić coś” bezdyskusyjnie oznaczało wyrzucić i kupić nowe. Zwykła rama i stary materac, choć jeszcze nadawały się do użytku, to kompletnie psuły wizję nowego pokoju. 
Poszukując więc idealnego łóżka, kobieta wybrała się w podróż po salonach z meblami. Pomimo dużego wyboru w każdym punkcie sprzedaży, Veronica chciała zajrzeć do przynajmniej kilku sklepów. 
Nazwa „Kraina Morfeusza” brzmiała dość niepokojąco, jednak heroska odrzuciła jakiekolwiek obawy, tłumacząc sobie, że wiele sklepów nawiązuje do antycznej mitologii. 
„Może ten salon prowadzi dziecko Morfeusza? Nie musi to być od razu potwór…” — pomyślała, wchodząc do środka. Od razu zmaterializował się przed nią wysoki i dużo starszy mężczyzna w garniturze z lat osiemdziesiątych. Srebrne łańcuchy lśniły na jego torsie. 
— Witam serdecznie nową klientkę! Dzień dobry, w czym mogę doradzić? Nazywam się Prot Kruczek, swoją drogą, i z chęcią pomogę pani w wyborze idealnego dla pani rozmiaru łóżka! 
— Dzień dobry. Jest mi bardzo miło, ale ja się tylko rozglądam. Jeszcze nic nie chcę kupować. 
— Ależ nonsens, moja pani! Ostatnio miałem dostawę i teraz mam nową kolekcję łóżek wodnych, moja pani! Zachwyci się pani! 
Mężczyzna złapał ją za ramiona i zaczął pchać w stronę najbliższego z nich, zachwalając wygodę i korzyści zdrowotne wynikające z posiadania owego modelu. Niewielkie rozmiary Veronici pozwoliły jej zrobić unik i wyrwać się z mocnego uścisku Prota Kruczka. 
— Wolę oglądać. Wzrokiem. 
— Ale jak pani w ten sposób doświadczy piękności i wygody takiego łóżka wodnego? 
Znów do niej podszedł i wyciągnął ramiona, ale Veronica była szybsza. Cofnęła się w podskoku, w dłoni trzymała parasolkę, gotowa do cięcia. 
— Nie zbliżaj się do mnie. Sama będę oglądać łóżka. Sama też się położę, jeśli będę chciała. 
Uparcie w jej jasnobrązowych oczach musiało dać panu Protowi do zrozumienia, że zbliżenie się do niej chociażby na metr skończy się agresywnym spotkaniem z parasolką. 
— Ależ moja droga pani! Po co takie nerwy! Proszę spróbować któregoś z moich wodnych łóżek i zapomnieć o tym nieporozumieniu! No dalej, proszę się nie krępować! — Mężczyzna uśmiechnął się wymuszenie, mrużąc przy tym oczy. 
„Wygląda jak złowieszcza ropucha z zębami…” — pomyślała Veronica, ale posłusznie ruszyła wśród łóżka wodne. Przyglądała się im rozmiarom i choć myśl ułożenia się na nich była tak kusząca, kobieta dzielnie się jej powstrzymywała. 
„Tutaj jest haczyk. Tutaj musi być haczyk. Inaczej aż tak bardzo nie zależałoby mu na tym, żebym się położyła.” 
— A skąd pan pochodzi? Nie wygląda pan jak rasowy Amerykanin, że tak to ujmę — rzuciła niby od niechcenia, dalej przyglądając się łóżkom. 
— Och, nie. Nie jestem Amerykaninem. Chociaż bardzo długo już tu mieszkam. 
— Rozumiem. 
„Szlag, nie chce nic powiedzieć, skąd pochodzi. Muszę go zagadać!” 
— A te łóżka... — Veronica uklękła przy jednym z nich i przyjrzała się materacowi. — Gdzie są produkowane? 
— Ach, niestety nie mogę pani powiedzieć… Tajemnica zawodowa… I te sprawy… 
— Rozumiem. Czasami tak bywa, żeby interes się kręcił. — Posłała mu nieśmiały uśmiech. 
Pomiędzy nimi dwoma znowu zapadła cisza. Veronica dalej zastanawiała się nad tym, jakie pytanie zadań, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o sprzedawcy łóżek wodnych, równocześnie wyglądając na zainteresowaną kupnem jednego. Widziała to w jego spojrzeniu i niecierpliwym przebieraniu palcami — była smacznym kąskiem dla sprzedawcy. Nawet nie wiedziała, jak blisko była prawdy. 
— Pan jest fizjoterapeutą? Wygląda pan na obeznanego w temacie łóżek. 
— Tak, tak! Widzi pani, jestem dosyć wiekowym człowiekiem, miałem dużo czasu na dokształcanie się. Fizjoterapia jest tylko jednym z wielu moich zainteresowań. 
— Naprawdę? Nie wygląda pan na takiego starego. Dałabym panu co najmniej czterdzieści lat. 
— Ach, proszę nie żartować! Jestem stary niczym świat! Widzi pani, nie widać po mnie tego, ponieważ pochodzę z Grecji, gdzie się nauczyłem rytuału z oliwą, dzięki której mogę zachować tak długo swoją młodość! I choć nie mam, jak to pani ujęła, czterdziestu lat, dalej mogę przynajmniej na takiego wyglądać! 
Mężczyzna pogładził się po pomarszczonych policzkach. 
Veronica za to intensywnie myślała o tym, kim ten mężczyzna mógł być. 
„Prot Kruczek, łóżko, łóżko wodne, Grecja, Prot Kruczek, łóżko wodne, Grecja, Prot Kruczek… Grecja, Prot, łóżka… Kruczek, właśnie, gdzie tutaj we wszystkim jest jakiś kruczek? Prot Kruczek, Prot Kruczek, Protkruczek, Protkrusek. Protkrusek? Prot… Nie, nie… Proktus? To też nie to…” — rozmyślała, przyglądając się kolejnym materacom, w dłoni zaś obracała parasolkę. Kiedy wypuściła ją z jednej ręki i przekręciła ostrza, ukazując drugie oblicze Rozpruwacza, powiedziała cicho: 
— Wiem, kim jesteś. Nie jesteś zwykłym sprzedawcą łóżek. Jesteś Proskutes. Chcesz, żebym się położyła na jednym z łóżek, żeby potem mnie rozciągnąć na śmierć. 
Mężczyzna uniósł wysoko brwi, a jego usta zamieniły się w literkę „o”. 
— Masz rację w jednej z dwóch rzeczy. Nazywam się Prokrustes, ale to z łóżkiem to kompletna racja. Więc, skoro już rozgryzłaś mój plan… 
W kilku susach rzucił się na nią i popchnął do tyłu. Kobieta zachwiała się, lecz na szczęście się nie przewróciła. Zaszarżowała na potwora. On akurat zrobił zgrabny unik i przeskoczył ponad wąskim łóżkiem jednoosobowym. Przez chwilę ganiali się pomiędzy ramami łóżek, każde z nich starało się zrzucić tego drugiego na materac, lecz bezskutecznie. 
 Prokrustes wytrącił z ręki Veronici Rozpruwacza, który poszybował daleko i zniknął za jednym z łóżek, ale dzięki temu odsłonił swój tors kobiecie. Córka Hefajstosa wykorzystała swoją szansę i popchnęła z całej siły potwora z Aten na łóżko wodne. Materac, czując ciężar pod sobą, zaszumiał i wyciągnął mechaniczne ramiona, które przytrzymały Prokrustesa w miejscu. Idealnie jego głowa wystawała ponad kraniec łóżka. 
Veronica przeczesała włosy i przeszukała sklep w poszukiwaniu Rozpruwacza. 
 — Widzę, że jesteś za wysoki na to łóżko… — powiedziała cicho ze słodkim uśmiechem i prostym ruchem cięła w dół.

◇──◆──◇──◆
[1078 słów: Ver Fellowe otrzymuje 10 punktów doświadczenia + 10 za event]

poniedziałek, 16 października 2023

Od Ver — drabble „Pocałować”

Veronica uśmiechała się, serce jej biło jak szalone. Tyle razy już próbowała to zrobić, ale tym razem się uda! Zadał kolejne pytanie, o książkę. 
— Nie, pierwszy raz słyszę ten tytuł. — Spojrzała na telefon. — O rany, jak późno! Wybacz, muszę się zbierać… 
Stanęła na palcach, obejmując swoją pierwszą miłość wokół szyi. Dopiero zaczęli się spotykać, zaś Ver marzyła o tym momencie od chwili, kiedy go ujrzała. Zamknęła powieki i nachyliła się delikatnie do przodu. Poczuła szorstki materiał płaszcza na nosie i mocny uścisk. 
— Jasne, na razie. — Czarne loczki odsunęły się i odeszły chodnikiem pełnym pomarańczowych liści. 
Pierwszy pocałunek był tak blisko...
 
◇──◆──◇──◆
[Ver otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 15 października 2023

Od Ver CD Cherry — „Przerwa na kawę”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chociaż przeciągająca się cisza stawała się dla Veronici coraz trudniejsza do zniesienia, zgrabnie nie pokazywała tego, dalej zajmując się swoją pomidorową i frytkami. Kiedy podniosła wzrok znad swojej miski, zauważyła, że nowo poznali wpatrują się w nią, jakby miała zaraz pokazać kły i rozwinąć skrzydła. Już chciała dokończyć w dwóch łykach zupę i pożegnać się, kiedy dziewczyna odezwała się.
Oakland – pomimo zapewnienia, że młodzież siedząca przy niej tam „tylko studiuje”, wiedziała, że za tymi słowami kryło się coś innego.
Nie musiała znać, czego akronimem był „SPQR”, ani funkcji tajemniczych kresek na ich przedramionach, ale wystarczyło to połączyć z ich pełnymi podejrzliwości spojrzeniami i geografią Oakland. Veronicę olśniło – miała do czynienia z ludźmi podobnymi do niej.
Chciała im powiedzieć o swojej przynależności do Obozu Herosów, ale niestety nie dano jej szansy. Ta sama dziewczyna, która zaprosiła ją do stolika i na plażę, teraz rzuciła pospieszne pożegnanie i razem ze swoimi znajomymi opuściła stolik. Veronicę zatkało.
Nie wiedząc czemu, poczuła cierpkie ukłucie za mostkiem. Wymyślając kolejne powody, dlaczego takie spotkanie mogło nie wypalić, wróciła do popijania zupy.
– Boże – usłyszała znajomy głos, który przed chwilą rzucił jej pożegnanie. – ale wtopa. Zaproponowaliśmy ci spotkanie na plaży, ale się nie przedstawiliśmy. Cherry jestem. Ten wysoki i wredny to Friedrich, a nasz kumpel to Caid.
– Jestem Veronica. – odpowiedziała jej uśmiechem.
Chociaż tyle się dowiedziała.
Żar lejący się z nieba i asfaltu, jak i oślepiające słońce przywitały ją razem z zapachem popcornu. Przeraźliwy wrzask dochodzący z samochodu dziwnie przypominał słowa „Rzymianie” oraz „Ceres”. Instynktownie rzuciła się w stronę Cherry i jej dwóch przyjaciół, dobyła też Rozpruwacza, chociaż dalej nie wysunęła ostrzy. Lawirowała pomiędzy przechodniami. Uniosła brwi, widząc samochód plujący spod maski popcornem.
Tłum powoli się rozrzedzał, ale ona dalej stała, patrząc na maskę samochodu. Widać było po niej już o wiele większy spokój.
– Dzięki bogom, że to tylko karpoi. – powiedziała w końcu, kiedy ludzie powrócili do swoich zajęć i mogli porozmawiać prywatnie. – Skoczę tylko po skrzynkę z bagażnika i pomogę wam z samochodem.
Pomachała im krótko na pożegnanie i szybkim krokiem ruszyła do swojego auta.
„Skrzynia, narzędzia. Skrzynka, narzędzia. Skrzynka…” – myślała, zbierając większość najważniejszych narzędzi.
– Już jestem! – krzyknęła, podbiegając do półbogów. Zaglądnęła wgłąb maski samochodu i cmoknęła z niezadowoleniem. – Wypadałoby jakoś wydmuchać ten popcorn… Może się uda od dołu?...
Kucnęła i ostrożnie wsunęła się pod samochód, pociągając za sobą skrzynkę z narzędziami.
– A więc nie jesteście zwykłymi śmiertelnikami? – zagadała, starając się mówić głośno i wyraźnie, kiedy oglądała spód samochodu.


◇──◆──◇──◆
[402 słowa: Ver otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

piątek, 6 października 2023

Od Ver — drabble „Labrys”

Muzea były pełne potworów, nie tylko na muzealnych wystawach. Wystarczyło, że dwunastolatka odłączyła się na chwilę, żeby przyjrzeć się labrysowi. W ostrzu topora zauważyła odbicie czyhającej na nią wielkiej świni. Dziewczynka czekała na odpowiedni moment i kiedy prosiak skoczył do przodu, Veronica uciekła w bok. Potwór roztrzaskał szkło, wysyłając labrys na drugi koniec sali. Dziewczynka rzuciła się za nim i złapała w obie dłonie. Świnia zastukała kopytem o linoleum i zaczęła biec w jej stronę. Ver uniosła labrys ponad głowę i cięła nim w dół z całej siły. Była cała upaprana w złotym pyle. 
— Rany… — mruknęła cicho i uniosła brwi.
 
◇──◆──◇──◆
[Ver otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia]

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

Od Ver CD Ricky'ego — „Podróżowanie stylem holandzkiego przemytnika”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Wydawało się, że to będzie kolejny normalny dzień, taki jak każdy inny. Tyche miała jednak inne plany dla Veronici, i to od samego rana. Rozpoczynając od niedziałającego czajnika, przez który Ver nie mogła się cieszyć swoją poranną herbatą (dodatkowe punkty dla niezadowolenia, ponieważ była to herbata, której Ver dawno nie piła, a bardzo miała na nią ochotę tego ranka). Później, kiedy pracowała w warsztacie, odtwarzacz muzyki nie chciał współpracować.
Veronica wsunęła płytę CD i odwróciła się, czekając na pojawienie się instrumentów muzycznych. Zanim jednak zdążyła podejść do samochodu, nad którym miała pracować, odtwarzacz wydał cichy pomruk i z równie cichym kliknięciem wyrzucił z siebie dyskietkę. Ver z uniesioną brwią podeszła do urządzenia i przyjrzała mu się przez chwilę. Zielona diodka w lewym górnym rogu dała miejsce czerwonej, która migała nieregularnie, udowadniając, że urządzenie działa. Nawet więcej, że napęd jest otwarty i czeka na włożenie płyty i zamknięcie. Kobieta szturchnęła palcem płytkę, żeby na nowo została zaakceptowana przez odtwarzacz.
„Dziwne, to się jeszcze, nigdy nie działo…” — pomyślała Ver, wracając do samochodu. Jednak znowu, zanim zdążyła przejść, chociażby trzy metry, odtwarzacz zamruczał i wypluł płytę.
— Co jest? — Ver z powrotem powróciła do urządzenia i przyjrzała mu się uważnie ze zmrużonymi oczami. Wyciągnęła płytkę i przyjrzała się jej dokładnie. — Jest bez skaz, więc wsuwaj ją, maluszku.
„Maluszek” posłusznie przyjął płytkę. Diodka zmieniła się na zieloną, ale nic się nie działo. Veronica przez chwilę czekała na decyzję odtwarzacza.
„Dobra, chyba powinien działać…” – Po czym wstała i zwróciła się w stronę samochodu. Znowu, kiedy dzieliło ją kilka kroków od pojazdu, odtwarzacz zawarczał i otworzył napęd.
— Hej, maluszku! — odkrzyknęła Veronica i pomachała ostrzegawczo palcem wskazującym. Czerwona diodka mrugała jednak uparcie, rzucając wyzwanie kobiecie.
No podejdź, no. Tylko spróbuj mnie zmusić do odtworzenia tej muzyki!
— Jesteś odtwarzaczem. Do tego zostałeś stworzony!
Bezczelna diodka dalej mrugała. Veronica sapnęła i podeszła do odtwarzacza. Tym razem ostrożnie, popchnęła kciukami napęd. Ver wpatrywała się ze zmrużonymi oczami w zieloną diodę.
Konkurs na to, kto pierwszy mrugnie, został jednak przerwany przez pukanie do drzwi garażowych (nie tych dużych, przez które przejeżdżają samochody, a takie zwykłe dla ludzi, znajdujące się obok tych dla samochodów). Po otwarciu drzwi zauważyła mężczyznę w koszulce polo z logo firmy dostawczej. Trzymał w dłoni podkładkę i długopis.
— Pani Katharina Fellowe?
— Tak, tak, to ja. Co takiego się dzieje?
Z wnętrza pomieszczenia dobiegł koszmarny jazgot. Veronica podskoczyła i zniknęła szybko za drzwiami. W czterech susach pokonała dużych rozmiarów garaż i wysunęła płytkę z odtwarzacza muzyki.
— Pójdziesz na szrot za chwilę! — warknęła, po czym wróciła do młodego mężczyzny. Wydawał się być przeciętnym dostawcą, z kilkudniowym zarostem i znudzonym wyrazem twarzy.
— A więc? W czym mogę pomóc? — zagaiła Ver, pragnąc jak najszybciej wrócić do swojej pracy.
— Tylko pokwitowanie odbioru przesyłki. O, tutaj, przy iksie.
— Ale ja… Nic nie... zama... wiałam? — Ver z niedowierzaniem wpatrywała się w samochód dostawczy. Nawet nie zauważyła, kiedy mężczyzna wcisnął jej w dłonie podkładkę z dokumentem i długopis.
— Nie, nie. To przesyłka do pani. Opłacona przez nadawcę. Pani lubi sok bananowy, co?
— Co takiego? — Veronica była przekonana, że to był jakiś durnowaty żart.
Dostawca wskazał na samochód stojący na podjeździe.
— Nie. Cały jest zapakowany sokiem bananowym. A to pokwitowanie wyraźnie mówi, że jest skierowane do Pani. Proszę podpisać, na dole po prawej, przy iksie.
Kobieta zamrugała kilka razy jak ryba wyciągnięta z wody. Chociaż to była popularna firma przesyłkowa, nie tylko w Ameryce, niby nie powinna się przejmować żadnymi haczykami. Jednak jeśli jest się dzieckiem starogreckiego boga, podejrzliwości nigdy za wiele. Raz dokładnie przeczytała cały dokument i kilka razy jeszcze szybko przeleciała wzrokiem, w poszukiwaniu jakichś słówek, które mogły jej uciec wcześniej. Wszystko jednak wyglądało jak najnormalniej, więc Ver parafką potwierdziła, że dostała właśnie cały samochód dostawczy wypchany sokiem bananowym.
„Tak naprawdę nigdy nawet nie piłam soku z bananów. Ciekawy prezent… od wujostwa?”
Wzruszyła ramionami i oddała podkładkę wraz z długopisem i dokumentem.
— Otworzę panu garaż, żeby musiał pan mniej nosić. Mogę też panu pomóc w rozładunku.
— Jasne, z przyjemnością. — Na chwilę się rozstali, ona do środka, on do samochodu.
Na początku wszystko szło zgodnie z planem, dopóki nie dotarli może do połowy bagażnika. Dostawca zaklął głośno, tak, że w samochodzie poniosło się echo.
— Tu jest jakiś dzieciak!


Ricky?
◇──◆──◇──◆
[691 słów: Ver otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 11 czerwca 2023

Od Ver CD Cherry — „Przerwa na kawę”

Poprzednie opowiadanie

Ver zaciskała mocno tackę z jedzeniem, jakby przygotowywała się, by tłuknąć nią w głowę dziewczyny. Przez kilka sekund obie czekały w napięciu na jakiś niepokojący gest, pretekst do walki, ale nic takiego się nie wydarzyło. Flamastrowa tylko się uśmiechnęła nieśmiało. Mimo to, coś w Ver nie pozwalało jej zapomnieć o nieznajomej. Może to kwestia tych wściekle różowych włosów.
Tak szybko, jak na siebie wpadły, tak szybko też się rozstały. Ver próbowała znaleźć miejsce z dala od dziewczyny, na wypadek, gdyby miała wobec niej niezbyt przyjazne plany, ale nie mogła znaleźć żadnego miejsca, a ta Flamastrowa ją wołała i zachęcała do zabrania miejsca obok.
„Nie no, nie może być tak źle” – pomyślała, zbliżając się do nich. Dziewczyna uśmiechała się, pokazując zadbane zęby i machała, dwóch chłopaków nie wyglądało na zadowolonych z tego pomysłu. Na pewno nie spodziewali się, że ktoś by się do nich dosiadł. Do głowy wpadł jej pomysł zażartowania, że nie jest potworem z greckiej mitologii, ale ugryzła się w język. – „To zbyt ryzykowne”.
– Dziękuję.
Zanim usiadła, odpięła parasolkę od paska i oparła ją o blat stołu. Usiadła tak, by zajmować najmniej miejsca, nie mogła się rozpychać, została przecież zaproszona. Skinęła głową, słysząc odpowiedź dziewczyny i zabrała się do jedzenia.
Atmosfera była tak mętna, że gdyby podrzucić Rozpruwacza, na pewno zawisłby w powietrzu, ale córce Hefajstosa to nie przeszkadzało. Próbowała jeść jak najwolniej, równocześnie tak, by nie wyglądało to dziwnie. Pomimo że jej myśli odpłynęły w stronę odpoczynku i ucieczki z miasta, to i tak obsłuchiwała rozmowę znajomych obok. Raz na jakiś czas odchylała głowę do tyłu. Chociaż jej dłońmi poprawiała wtedy włosy, jej jasnobrązowe oczy prześlizgiwały się po obecnych w poszukiwaniu potencjalnego niebezpieczeństwa. Bycie półbogiem nauczyło ją niepozornie rozglądać się wokół siebie.
Walczyła właśnie z oliwką niechcącą nabić się na widelec, kiedy usłyszała pytanie od dziewczyny. Nie chciała zdradzać swojego prawdziwego celu podróży, więc na szybko wymyśliła podróż nad morze.
– Nie, nie – powiedziała i mimowolnie dotknęła parasolki. – Właśnie jadę na plażę.
Uniosła brwi, po czym skinęła głowa i uśmiechnęła się blado, chociaż ten gest był bardziej wymuszony niż naturalny. Trudno jej było odgadnąć, czy nieznajoma dzieliła się z jej planami, czy też była potworem w przebraniu i zamierzała ją zabić. Mimo to odpowiedziała lekko:
– Jeśli tylko was znajdę, to z chęcią się przyłączę.
„Jest tak gorąco, że na pewno będą tłumy i choćby chcieli, nie zobaczą mnie. Inna sprawa, że będę w domku nad jeziorem”. – Udało jej się nabić na widelec kapryśną oliwkę i zjadła ją. Była bliżej zakończenia jedzenia, podobnie jak oni, co średnio jej się podobało. Z chęcią odeszłaby bez słowa już w chwili, kiedy skończy, ale czuła, że Flamastrowa nie dałaby jej spokoju.
Nie potrafiła powstrzymać się od kaszlnięcia, kiedy wzięła pierwszego łyka zupy.
– Słona. I to bardzo. – wyjaśniła krótko, widząc podejrzliwe spojrzenia ze strony chłopaków.
„Chyba wypadałoby coś powiedzieć…” – pomyślała, biorąc jedną z ostatnik frytek. Zanurzyła ją w zupie i zjadła. – „Ale to dobre połączenie, że też zostawiłam ich tak mało”.
– Skąd jedziecie?


Cherry?
◇──◆──◇──◆
[489 słów: Ver otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

niedziela, 9 kwietnia 2023

Od Ver do Cherry — „Przerwa na kawę”

Stacje benzynowe w Ameryce mają to do siebie, że są dosyć rzadko porozrzucane na autostradach. Wykorzystują to firmy z jedzeniem, które budują wielkie imperia z jedną główną jadłodajnią, przyłączając do koncernu jakieś kawiarnie czy cukiernie.
Ver zajechała właśnie do jednego z takich miejsc. Po kilku godzinach podróży była zmęczona, głodna i miała dość prowadzenia samochodu, a jeszcze trochę drogi przed nią było. Według planów powinna dopiero koło dwudziestej pierwszej trzydzieści zajechać do miasteczka pomiędzy lasem a jeziorem, w którym miała spędzić ostatnie dni lata. Miało malowniczą, choć tajemniczą nazwę Waterfall Cascade, opinie w Internecie były pozytywne, nawet bardzo pozytywne. Ojczym bez problemu zgodził się, była przecież pełnoletnia i miała przy sobie Rozpruwacza, jednak z Joanną było dużo trudniej. W końcu udało się ją przekonać do trzydniowego wyjazdu, lecz Ver miała szczerą nadzieję, że jeśli przez cały czas będzie cicho, spokojnie i nie spotka żadnego potwora, może uzyska zgodę na przedłużenie wyjazdu do pięciu dni a może i nawet tygodnia. Szła teraz w stronę wejścia do sklepu przy stacji benzynowej, żeby coś zjeść i nabrać sił przed dalszą podróżą.
Chłodzone powietrze sprawiło, że jej jasna skóra na przedramionach pokryła się gęsią skórką.
„Tak już niestety bywa, gorąco na zewnątrz, lodowato w środku, i system immunologiczny wariuje. Obym tylko nie była chora”. – pomyślała gorzko. Nie wzięła żadnej kurtki czy bluzy, stała tylko w białej falbaniastej koszulce na ramiączkach, odsłaniającej jej płaski brzuch, w bawełnianych krótkich spodenkach i sandałach z frędzlami, szukając wzrokiem początku kolejki do lady z daniami. Tym razem zostawiła włosy rozpuszczone, które falowały się bardziej niż zazwyczaj. Stroju dopełniały okulary przeciwsłoneczne w czarnej oprawce.
Po lewej stronie zobaczyła stoliki pełne dorosłych i dzieci. Powiodła wzrokiem w drugą stronę, gdzie zauważyła o wiele mniej ludzi. Stali oni przed ladą, na której wyłożone były tace z jedzeniem. Można było samemu nałożyć sobie tyle, ile się chciało. Ver podeszła i zaczęła oglądać propozycje oferowane przez jadłodajnię. Widziała ciasta, soki, sałatki, makarony w sosach, ziemniaki, różne mięsa, kasze i zupy.
Po krótkim zastanowieniu zdecydowała się na zupę pomidorową, frytki, pieczoną pierś z kurczaka i do tego sałatkę grecką. Zapłaciła przy kasie i zaczęła szukać dla siebie miejsca. Skupiła się jednak o wiele bardziej na tym, by nie rozlać zupy, niż tym, gdzie stawiała kroki. Szybko jej taca zderzyła się z plecami pewnej dziewczyny.
– Aahh… – mruknęła Ver i spojrzała na nieznajomą. Przez chwilę nie potrafiła oderwać wzroku od jej jasnobłękitnych oczu, zaraz potem zwróciła uwagę na flamastroworóżowe włosy dziewczyny, niechlujnie zwinięte w kok. Przez chwilę nie wiedziała, co ze sobą zrobić, jakby zamiast dziewczyny, stała przed kosmitką. W końcu uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami. – Wybacz.


Cherry?
◇──◆──◇──◆
[430 słów: Ver otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

sobota, 25 marca 2023

Od Ver — „Cisza w garażu”

Na chwilę zapadła w garażu cisza, kiedy jedna piosenka zespołu Imagine Dragons dobiegła końca. Zaraz potem przez chwilę odtwarzacz muzyki zaszumiał i wydobyło się charakterystyczne kliknięcie, oznaczające wysunięcie dysku. Ver podniosła się znad maski samochodu.
– Już do ciebie wracam, pozwól tylko… – Wytarła dłonie w ręcznik i podeszła do odtwarzacza muzyki. Nie mogła mieć dostępu do internetu, lecz to nie sprawiło, że nie słuchała muzyki. Bez zastanowienia wybrała kolejną płytkę i włożyła ją do odtwarzacza. Już po chwili pomieszczenie wypełniło się znajomym bitem i słowami „Look out for yourself!”.
Powróciła do naprawy samochodu, na zmianę mamrocząc coś do samochodu i podśpiewując lub raczej rapując piosenkę. Szybko rozprawiła się z wymianą części i opuściła maskę. Zakręciła się wokół własnej osi. Otworzyła usta, by zaśpiewać refren.
– Oh, the mysery, everybody wants to be my enemy. – Usłyszała głos za sobą. Odwróciła się w stronę ojczyma.
– Hej, hej! — przywitała się i podeszła do odtwarza, żeby przyciszyć muzykę. Skinęła głową w stronę samochodu. – Wszystko już skończone.
– To świetnie, odwieziesz po obiedzie? Jo zrobiła spaghetti.
– Naprawdę? Rany, tak dawno nie było! Wyciągam płytkę i już do was idę, możesz mi zacząć nakładać. – Zatrzymała muzykę i zaczekała, aż płytka wysunie się. Odtwarzacz był stary i trochę zużyty, lecz dalej dobrze działał. Niektóre guziki były wytarte, widać też było zarysowania. Był to jednak jej ulubiony odtwarzacz muzyki, który dostała razem z pierwszą płytą w wieku jedenastu lat, po powrocie ze swojego pierwszego obozu. Ostrożnie schowała płytę do opakowania i odłożyła na półkę. Odwiedziła jeszcze łazienkę, żeby dokładnie wymyć dłonie przed posiłkiem.
Weszła do jadalni i spojrzała na przygotowane dla siebie miejsce. Usiadła, odpinając Rozpruwacza od paska i kładąc go na blacie stołu.
– Dama nie kładzie broni na stole.
– Mamo, to tylko mój Anterovgáltis.
– Nie pozwolę, żeby coś, co zabija, leżało na moim stole obok mojego obiadu.
Ver westchnęła, po czym oparła broń o krawędź stołu.
– Tak lepiej. — Dziewczyna powstrzymała się przed rzuceniem tekstu, że to jest niesprawiedliwe, widelcem też mogłaby zabijać potwory i może leżeć na stole. Usiadła w ciszy i zabrała się za jedzenie.
Musiała przyznać, było świetne. Na pierwszy plan wysuwał się smażony kurczak, soczysty, przyprawiony, w którym sól mieszała się z pieprzem i smakiem mięsa. Na drugi plan wychodziły świeże pomidory, z których robiony był sos. Całość zamykał makaron, którego bezsmak pozostawiał pustkę, można by rzec „sprzątał” po kurczaku i sosie, zostawiał miejsce na nowy kęs.
Ver nie mogła dłużej złościć się na matkę.
– Wiecie, zastanawiam się nad podjęciem studiów od następnego roku.
– Naprawdę? — Zaciekawiła się matka. – Nad czym myślałaś?
– Jakimiś rzeczami w stylu, nie wiem, może grafika komputerowa.
– Brzmi ciekawie. – Wtrącił ojczym. – Zwłaszcza że teraz dużo wykorzystuje się różnych mediów. Myślałaś już nad jakimś uniwersytetem?
– Nie, jeszcze nie. Ale zamierzam jeszcze popatrzeć. Jest za późno na jakąkolwiek rejestrację, więc mam jeszcze rok na rozglądanie się.
– Nie chcesz zostać tutaj? – Wtrąciła się Joanna. – Masz tutaj wszystko, czego ci potrzeba…
„No i się zaczyna” – pomyślała Ver i skupiła się na smaku potrawy, ignorując monolog matki. Wzięła głęboki wdech i policzyła do dziesięciu, lecz ona dalej nie skończyła.
– Mam dwadzieścia dwa lata, to vrίzo! – krzyknęła, gwałtownie stając z krzesła. Zrobiła to tak szybko, że krzesło się przewróciło, a Rozpruwacz zsunął się i z cichym trzaskiem upadł na podłogę. Oparła dłonie na blacie stołu, pochyliła głowę do dołu i odetchnęła głęboko, po czym wyprostowała się i przeczesała dłonią włosy. – Odwożę samochód. Adres jest na lodówce, prawda?
Ojczym skinął głową. Ver wzięła karteczkę i wróciła do garażu, gdzie czekał na nią naprawiony samochód.
– Odwożę cię do domu. — Uśmiechnęła się blado.
Po chwili już siedziała za kółkiem i prowadziła samochód.
– Pff, co też ona sobie myśli. Że jestem jakaś niepełnosprawna? Jasne, ADHD i nawet tę głupią dysleksję można jakoś podciągnąć, ale potrafię przecież o siebie zadbać. – Wzięła do ręki Rozpruwacz i przekręciła rączkę tak, że ostrza się wysunęły. – A to jest tylko tego dowód. Stworzyłam takich siedem. Siedem! Czy ona nie widzi, że jestem dorosła i potrafię o siebie zadbać? Jasne, nie widziała tych wszystkich treningów i nie miałam jeszcze żadnej misjaaa!
Szybko skręciła samochód i ominęła jakiegoś potwora. Spojrzała w tylnym lusterku i zobaczyła byka. Nie było ważne to, z jakiego mitu pochodził. Ważne było, że zbierał się do szarżowania.
Ver wypadła z samochodu. Na jej szczęście, auto po przeciwnej stronie też się zapytało i zatrąbiło. Zza okna wyjrzał jakiś mężczyzna i zapytał się, czy wszystko w porządku. Veronica pokazała kciuk w górę i przygotowała się na atak byka. Zwierzę kilka razy uderzyło kopytem w ziemię i zaryczało przerażająco.
Ruszył.
Veronica czekała na odpowiedni moment, w którym mogłaby zrobić unik. Od czasu do czasu zdarzało jej się walczyć z jakimiś potworami, jednak jeszcze ani razu nie spotkała byka na swojej srodze.
Zrobiła unik, lecz skoczyła za daleko. Nie zdążyła zaatakować Rozpruwaczem byka. Wpadł on na samochód mężczyzny stojący kilka metrów dalej. Mężczyzna wypadł z niego w ostatniej chwili.
– Co za dzik! – krzyknął przerażony.
Kiedy byk otrząsał się ze zderzenia, Ver zobaczyła szansę w zaatakowaniu go. Podkradła się i wbiła Rozpruwacza w jego kark. Złoty pył wybuchł w jej twarz. Kobieta spróbowała się otrzepać. Nawet nie zauważyła, kiedy tak dużo gapiów się znalazło wokół niej. Pomachała kilku z nich, uśmiechając się, żeby pokazać, że nic jej nie jest.
„Ciekawe, jak ludzie widzieli to całe zdarzenie…” — pomyślała, podchodząc do właściciela zniszczonego samochodu.
– Wiesz, pracuję w warsztacie samochodowym, niedaleko stąd. Mogę się zając tym, bo chyba daleko nie zajedziesz już. – Tak, jeden rzut oka wystarczył, żeby stwierdziła, że dużo pracy trzeba będzie włożyć w naprawę. Wycofała się do swojego samochodu.
– Jest przy Walter Street i nazywa się Mechaniczny Rydwan. Powodzenia! – krzyknęła na odchodne i pojechała odwieźć samochód swojemu właścicielowi.


◇──◆──◇──◆
[926 słów: Ver otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Katharina Veronica „Ver” Fellowe

And the walls kept tumbling down in the city that we love. The clouds roll over the hills bringing darkness from above. [...] How am I gonna be an optimist about this?

zdjecieKatharina Veronica „Ver” FelloweONA/JEJ — 22 LATA — PÓŁBOGINI — ANGIELKA — 205 PD — 4 PU — 100 PZneat dragon#9169

Córka Hefajstosa