WIOSNA IV
Siedząc na podeście przed wejściem do domku Hermesa, Niketas może robić to, co staruszki lubią najbardziej – obserwować każdego, kogo akurat najdzie ochota na wychylenie się ze swojego łóżka w ten cudowny, wiosenny poranek będący, jak na poranek, zdcydowanie za ciepły. Chłopak mruży oczy za szkłami okularów, gdy w jego pole widzenia wchodzi kolejny półbóg, którego kieszenie (czego domyśla się Hermesiak) są wypełnione zużytymi chusteczkami i opakowaniami tabletek na alergię, w które działanie Niketas niekoniecznie wierzy. Zobaczywszy grupowego, załzawione i zaczerwienione oczy nastolatka jaśnieją nowym blaskiem, który może być po prostu kolejnymi łzami i Niketas wcale by się temu nie dziwił. Ludzie czasem dziwnie reagują na jego zachęcające uśmiechy i nonszalancką prezencję.
– Hej – pada pierwsze słowo, a Niketas wyobraża sobie, że jest teraz w scenie z filmu. Słońce dopiero co wstało, wszystko spowite jest pomarańczowym blaskiem, on, bardzo wyluzowany, wyluzowanie siedzi na drewnianym podeście i jedynego dopełnienia, jakiej tej scenie brakuje, są inne ubrania niż jaskrawa obozowa koszulka i papieros w ustach.
Niketas, próbując osadzić się w filmie o mafiozie w roli mafiozy, uśmiecha się krzywo i leniwie unosi wzrok.
– Czego dusza pragnie? – pyta chłopaczka, który przerwę po swoim „hej” postanowił spędzić na desperackiej próbie wydmuchania nosa.
– Masz może jeszcze te „Boskie Fulle”? – wydusza z siebie chłopaczyna z donośnym kichnięciem zamiast pytajnika.
– Poczekaj sekundeczkę – nakazuje mu Niketas i z bólem serca podnosi się z miejsca, w którym siedziało mu się niespodziewanie wygodnie.
Podłoga w domku Hermesa skrzypi od kiedy Niketas pierwszy raz postawił w nim stopę. Wcześniej pewnie też skrzypiała, ale w tamtych czasach chłopak był w innym, lepszym miejscu, gdzie nie było aż tylu idiotów. Może gdyby nigdy nie trafił do Obozu, nauczyłby się pływać, zamiast musieć wiązać końca z końcem dzięki sprzedawaniu lewych produktów?
Bez najmniejszych chęci i zapału przetrzepuje pudełka pod swoim łóżkiem tylko po to, żeby odkryć, że wcześniej „szybko kurczący się zapas” definitynie jest bardzo skurczony. Do torby wpycha pozostałe fiolki z „Boskim Fullem” (swoją drogą, fiolki – to był pomysł Violetki i bardzo to widać; kto w tych czasach produkuje energetyki w fiolkach?) i próbując nie przejmować się tym, jak jest ich mało, z powrotem wychodzi z domku.
– Ile chcesz? – pyta dzieciaka i ma ogromną nadzieję, że nie usłyszy żadnej liczby większej od pięciu.
– Dwa.
Niketas nie pozwala sobie nawet na najcichsze westchnięcie ulgi i szybko przelicza wręczone mu banknoty. Wszystko się zgadza, podają sobie dłonie, każde odchodzi w swoją stronę. Niketas, co już jest jego zwyczajem, kieruje się do pachnącego palo santo domku Hekaciątek, w którym ma nadzieję zastać Violet, najlepiej tylko Violet. Licząc na swoje szczęście, wchodzi do środka nieproszony i równie nieproszony zajmuje swoje miejsce na poczciwej kanapie, która nigdy nie spodziewała się, że będzie siedziskiem dla rozwydrzonego grupowego Hermesa.
– Hejeczka, Violcia! – woła w przestrzeń, rozsiadając się na prawie całą długość kanapy mogącej pomieścić około trzy lub cztery osoby. Odpowiada mu dobrze znane, sfrustrowane westchnięcie i Niketas od razu wie, że dobrze trafił. Jeżeli jest tu jeszcze jakiś dzieciak Hekate, to przynajmniej nie jest to Rosalie, która na ten moment wyraża wyłącznie chęć pogonienia Niketasa miotłą, bo próby miłej dyskusji (niemiłej też) odrzuciła już parę tygodni temu. – Co u ciebie, kochana? – pyta, równocześnie próbując rozszyfrować wzór na powieszonej na suficie makatce. Udaje mu się stwierdzić, że jest koloru zbliżonego do czarnego, a symbole na niej są w kolorze zbliżonym do białego.
– Możesz chociaż pu- Zresztą, nieważne – mruczy dziewczyna. Pokręciwszy głową w dezaprobacie, wraca do tego, co robiła przed wtargnięciem Hermesiaka do jej domku. Czyli do czegoś, co nie jest wiadome Niketasowi, który w tym zawsze pogrążonym w półmroku domku widzi co najwyżej czubek swojego nosa. Jedynym źródłem światła są te ich głupie lampki, których abażury pokryte są tak grubą warstwą kurzu, że ledwo przepuszczają pomarańczowe coś, co w najgłębszej ciemności możnaby nazwać światełkiem.
Niketas z bólem serca wsuwa okulary na czubek głowy i wreszcie przygląda się krzątającej się w dalszej części domku Violet.
– Czekaj – mówi z prawdziwym, czystym przerażeniem – czekajczekajczekajczekaj. Ty na jakieś wakajki jedziesz?
– Wakajki…? – Violet gwałtownie się do niego odwraca i wita go skonsternowanym spojrzeniem. – Niketas, ja się wyprowadzam.
– I nie miałaś mi zamiaru o tym, na przykład, powiedzieć? Czy ty sobie nie zdajesz sprawy z tego, ile ja będę miał przez to problemów? Nagle jesteś cicho, zero informacji, zapasy energoli mi się kończą, próbuję cię pospieszać i ty masz w ogóle czelność…
– Słuchaj, ostatnio miałam dużo na głowie, myślałam, że…
– To co ty myślałaś nie ma najmniejszego znaczenia! – Niketas podnosi się z miejsca i zamaszystym gestem wskazuje na leżące na łóżku walizki. – Co ja mam niby teraz zrobić? Mam ile, dwie godziny na znalezienie jakiejś alternatywy „Boskiego Fulla”? Czy ty sobie w ogóle zdajesz sprawę…
– Mam ważniejsze sprawy do załatwienia niż te energetyki! – prycha Violet, wciskając do walizki ostatnie rozrzucone po podłodze ubrania. – Tak, byliśmy partnerami. Ale ja z tym kończę. Wyjeżdżam do Nowego Jorku. Nawet nie pamiętałeś, że miałam osiemnaste urodziny.
– Bo mi nigdy nie powiedziałaś! – Niketas załamuje ręce, a potem jednak wraca do jakiejś próby bycia bardziej wściekłym szefem niż zrozpaczonym nastolatkiem i kompletnie zmienia pozycję. Jedną dłonią ściska nasadę nosa, a drugą opiera na biodrze. – Nawet nie mamy czasu na jakąś inwentaryzację, podliczenie zarobków, ostateczne rozwiązanie wszystkiego, nie mamy czasu NA NIC.
– Och, poprosiłam Ulferta, żeby się tym zajął.
Świat Niketasa właśnie rozpada się w jego oczach. Odsuwa dłoń od twarzy, żeby z czystym niedowierzeniem, w dogłębnym szoku, spojrzeć na Violet, żeby chociaż z jej miny wyczytać, czy właśnie zarzuciła bardzo nieśmiesznym żartem, czy ona tak na serio. Z jej twarzy wyczytuje jedno i sprawia to, że na jego twarzy pojawia się jakaś parodia uśmiechu.
Wyobraża sobie brata, albo raczej wspomina to, jakiego go ostatnio widział. Pogrążonego z nosem w jakichś zeszytach, z kalkulatorem u boku. Niketas ciągle przechodził obok niego i ani razu nie zwrócił na to odbiegające od normalności zachowanie oprócz krótkich komentarzy, podczas których wyśmiewał jego brak umiejętności matematycznych i potrzebę używania kalkulatora do najprostrzego dodawania.
Niketas nigdy nie spodziewał się, że ktoś ogra go w tak prosty sposób. Zwłaszcza ktoś, kogo myślał, że ma owiniętego wokół palca. Na tyle mocno, że mógł tym jednym palcem kontrolować wszystkie jego ruchy i mieć pewność, że nie wyślizgnie się z więzów. Powinien był mieć jakiś plan b. Na wypadek katastrofy, zdrady, śmierci wspólniczki. Powinien był o tym pomyśleć wcześniej, zanim zgodził się na idiotyczną skrzyneczkę do przechowywania pieniędzy i zanim zaufał Violet, że wywiąże się ze swojej części umowy.
– Czyli nawet Ulfert wiedział, ale ja nie? – prycha nasycony jakąś mieszanką wściekłości i rozpaczy. Dobrze wie, że w tym momencie brzmi idiotycznie, ale niewiele mu pozostało. W oczach Violet najwyraźnie był niczym innym, jak skończonym głupcem. – Ty sobie ze mnie żarty robisz.
– Może gdybyś mnie słuchał, to byś wiedział, że wyjeżdżam. – Dziewczyna wzrusza ramionami. – I nie zachowuj się tak, jakbyś od początku nie planował wziąć większości zysków dla siebie i zostawić mnie z niczym. Ulfertowi przynajmniej mogę ufać.
– Aha. Okej. Super. Świetnie. Właśnie to o mnie myślałaś od samego początku. Cudownie! – Niketas wydobywa z siebie wymuszony śmiech, po czym zsuwa swoje okulary na nos. – Nie myśl sobie, że ci odpuszczę – dodaje, już po odwróceniu się.
– To ma być groźba? Jeśli to groźba, to się dobrze zastanów, czy dasz radę mnie znaleźć w wielkim mieście.
Mówi coś jeszcze, ale Niketas przestaje jej słuchać i zatrzaskuje za sobą drzwi.
[1200 słów: Niketas otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz