niedziela, 2 sierpnia 2026

Od Arnar CD Dahlii — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Będąc samo nie wie gdzie, Arnar bawi się całkiem dobrze, jeśli porównać go do innych porwanych osób. Idzie nieznanym sobie chodnikiem, pogwizdując piosenkę, która istnieje tylko w jego głowie i tylko trochę przypomina „Zombie Lady”. Nagle jego wzrok z błękitnego, bezchmurnego nieba przenosi się na zbitą na ślinę z paru kawałków blachy i desek budkę, z której wydobywa się przepyszny zapach soczystych kiełbas. Arnar zaciera dłonie jak mucha, która rozgościła się na kupie gówna i z nowym zastrzykiem energii (chociaż wcale nie jest aż takie głodne) podchodzi do budki, żeby oprzeć się na ladzie i spojrzeć prosto w oczy sprzedawcy. Lada jest trochę za nisko, żeby mogło się o nią wygodnie podeprzeć, więc komicznie wypina tyłek, żeby z perspektywy sprzedawcy/kucharza/prawdopodobnego właściciela wyglądać jak filuterna dziunia, która ma ogromną ochotę na soczystą kiełbasę.
– Dzień dobry – bardzo grzecznie się wita. Facet za ladą patrzy na niego podejrzliwie. – Wie pan, bo ja…
– To nie jadłodajnia – mężczyzna uprzedza cokolwiek, co Arnar chciało powiedzieć i jest to w pewnym sensie urażenie jego honoru, bo od razu wzięto go za osobę w kryzysie bezdomności.
– Proszę pana, ja… uciekłem z domu. Po tym, jak mama umarła, to tata…
– Nie jestem terapeutą – wzdycha sprzedawca, ściskając nasadę nosa kciukiem i palcem wskazującym. – Młody, jak chcesz pomocy, to zadzwoń na jakąś infolinię, a nie zadręczaj prostego człowieka, których chce na życie zarobić.
– Zbyt się boję, że każą mi wrócić do domu – wyznaje Arnar ze smutną miną. – Próbuję dostać się do przyjaciółki i jej rodziców, oni obiecali mi pomóc. I po prostu… zabrałem z portfela taty ile mogłem, wie pan? Tylko że potrzebuję biletów na autobus, a nie jadłem nic od wczoraj…
– Ile ty w ogóle masz lat? – przerywa mu mężczyzna, który wreszcie staje tak, że Arnar jest w stanie odczytać jego plakietkę z imieniem. Freddie.
Heros bardzo szybko próbuje ocenić, na ile lat może wyglądać, żeby nie przesadzić z odmładzaniem się. Najchętniej to szybko by zairyfonowało do Luciena, bo on jest dobry w takie rzeczy (nie jest), ale w tej sytuacji niestety musi myśleć szybko. Bez telefonów do zaufanej bliskiej osoby.
– Piętnaście – odpowiada na tyle szybko, żeby to jeszcze brzmiało naturalnie.
Freddie kiwa głową, najwyraźniej się nad czymś zastanawia. Arnar nie wie, czy to jest moment, w którym powinno jeszcze coś mówić, czy poczekać na ocenę okiem najbardziej śmiertelnego śmiertelnika, jakiego spotkało w ciągu ostatnich kilku tygodni. Zawsze może pójść na łatwiznę i gdy Freddie się odwróci to po prostu użyć swoich bardzo długich ramion twinka i ukraść wszystkie pieniądze z budki.
– Masz. – Gdy Arnar już myśli, że zaraz Freddie każe mu wypierdalać, ten podaje mu ociekającą tłuszczem kiełbasę na papierowym talerzyku. – Na koszt firmy.
– Dzięki!!! – Szczerzy się najszerzej, jak ktokolwiek może na widok darmowej kiełbasy ze śmierdzącej budki na odludziu.
– Powodzenia, młody – żegna się Freddie, a Arnar już planuje powiadomienie Luciena o tym, jak w bohaterski i totalnie etyczny sposób zaoszczędziło parę dolarów i jeszcze więcej centów.
Gdy wreszcie dociera do miejsca, które wygląda całkiem jak przystanek autobusowy, ma już całe ręce i trochę koszuli w tłuszczu, bo Freddie chyba zapomniał dać mu jakiegoś widelczyka. Ociera dłonie o spodnie i wyciera usta rękawem, zanim ponosi dość ciężką próbę rozczytania wyblakłego od słońca, krzywo powieszonego jazdy. Ledwo udaje mu się przebrnąć przez datę, od której obowiązuje i nazwę pierwszej z wymienionych firm przewoźników (wciąż nie było w stanie rozszyfrować paru szczególnie wytartych liter), a potem po prostu się poddaje i postanawia poczekać. W końcu jakiś autobus wreszcie tutaj przyjedzie. Siada na zakurzonym chodniku, w miejscu, które nie jest aż tak ubrudzone, jak inne i z brodą wspartą na dłoniach wpatruje się raz w jeden horyzont, a raz w drugi, chociaż droga wygląda na jednokierunkową.
Wreszcie jakiś autobus nadjeżdża. Arnar z wesołym uśmiechem powitalnym podnosi się z chodnika, żeby równie radośnie pomachać do kierowcy. Po wejściu do środka Arnar nie ma pojęcia, w którą stronę jedzie i czy dobrze jedzie, ale jest zadowolone z tego, że przynajmniej się przemieszcza. Zazwyczaj szuka prostych rzeczy w życiu, które przy odpowiedniej narracji sprawiają, że to życie jest lepsze.
W całej tej beztrosce jednak stwierdza, że miło byłoby mieć przy sobie jakiś telefon i móc wysłać takiej Dahlii swoją lokalizację. I tak ogólnie lepiej wiedzieć, gdzie się znajduje, a nie liczyć na swoje szczęście. Tak sobie o tym myśli, siedząc w pozycji melancholijnego myśliciela na niekoniecznie wygodnym siedzisku w autobusie i patrzy przez zabrudzoną zaciekami i tłustymi odciskami palców szybę w poszukiwaniu znanych mu punktów orientacyjnych jak na przykład Statua Wolności albo pomnik wielkiego guzika z igłą.


Dahlia?
────
[744 słów: Arnar otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz