LATO
— Jak się trzymasz? — Dahlia zapytała rzeczowo.
Sytuacja na polu bitwy nieco się zmieniła. Jeden anemoi poszedł do piachu, to był plus. Minusem teraz było to, że jego towarzysz się nadął z żałości i zaczął wypuszczać coraz większe wyładowania elektryczne. Jego sylwetka nie była w stanie się ustabilizować choćby na chwilę. Rozjuszony potwór był jeszcze gorszy niż dwa zwykłe, to na pewno. Był przede wszystkim nieprzewidywalny.
— O-okej.
Inez otrzepała się z piachu, przytrzymując swoją broń. Nieporęczność takiej broni jak gastrafetes dawała się mocno we znaki. Elektryczne wystrzały wystrzeliwane losowo konfundowały półboginie, które nie były w stanie zlokalizować Briana.
— Jesteś w stanie zrobić kolejne iluzje?
Ciszę między wyładowaniami zapełniło głośne przełknięcie śliny w gardle Velez.
— Jedną, może dwie. Więcej nie dam rady, przepraszam.
— Ok. Jedna wyst— kontynuowała, dopóki nie usłyszała obok siebie wyładowania elektrycznego.
Nie dosięgnęło jej bezpośrednio, ale było wystarczająco blisko, żeby zadzwoniło w uszach. Ból przeszył na wskroś czaszkę, zatrzymując się w skroniach. Następnie włosy na rękach stanęły jej dęba i to było jedyne ostrzeżenie. W porę odskoczyła przed atakiem.
Dzięki temu mogła uporządkować myśli oraz się rozejrzeć. Było pusto, ludzie zdążyli pouciekać. Było ciemno, lampy uliczne były uszkodzone. Światła festiwalowe nad nią migały niepokojąco, kolebiąc się na sznurkach. Dahlia wpatrywała się przez sekundę w swój nerwowo przesuwający się w różne kierunki cień, dopóki się nie otrząsnęła. Miała wrażenie, jakby minęło naprawdę dużo czasu. Inez zdążyła się schować za kolejną ladą i wpatrywała się w Dahlię z oczekiwaniem na jakiś rozkaz albo choćby znak. Na to już nie miała odpowiedzi. Nie teraz.
Zawróciła i prawie szukała po omacku jakiegoś schronienia. Natrafiła w końcu na kształt klamki i od razu otworzyła drzwi. Zorientowała się, że schowała się w plastikowej budce. Ktokolwiek tutaj sprzedawał żetony na atrakcje, musiał się nudzić, patrząc na liczne kartki wypełnione rysunkami, szczególnie narządów rozrodczych. Wszystkie urządzenia przestały działać, na telefon nie miała co liczyć. Zerknęła na chwilę przez szybę i zlokalizowała Inez.
Jaki był plan? Trybiki w jej głowie zaczęły przesuwać się z dużą prędkością. Konfrontacja na otwartej przestrzeni była samobójstwem. Nie do końca wierzyła w to przesuwanie się skłębionych anemoi i venti, musiała być wyjątkowo pechowa, jeżeli przesunięcie szablą po ich „ciele” nie mogło natrafić na tą „grecką” część. Wyjątkowo. Statystyka się nie zgadzała. Nie podobała się jej też idea, że nie zwiąże swoimi umiejętnościami zirytowanego kłębka… Czym były chmury? Coś z wilgocią? Jakieś minusy, plusy? Mogła chodzić częściej do szkoły, zamiast siedzieć w tym obozie. Wymasowała skronie z ciężkim westchnięciem. Chuj w te pioruny, to robota Zeusa, a nie jej. Nagle uwagę jej uwagę zwróciło to, że gdziekolwiek ten ventus/anemoi był, światła i elektronika działały przez chwilę.
— BEAAAARS! KILL, LET'S KILL! — ryczał Brian, przewracając ze wściekłością stoiska.
Dahlia kopniakiem otworzyła drzwi i dała znak legionistce, żeby za nią biegła.
— Masz jakiś plan?
— Improwizujemy.
— Co?
Dziewczyna patrzyła na Dahlię z powątpiewaniem, kiedy wskazała ręką na jedną z atrakcji.
— Przecież to nie działa.
— Ale będzie — odparła z pewnością.
Dopiero później zaczęła się zastanawiać nad swoimi słowami. A co, jeżeli to nie wypali i zostaną z nich półboskie skwarki?
— Dobra, wchodź.
— Mam wejść DO TEGO?!
— Aha.
Po czym córka Demeter wrzuciła biedną córkę Arcus do elektrycznego samochodzika.
— Zobacz, możesz oprzeć gastrafetes na tych siedzeniach.
— Dahlia, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł…
Po czym obie usłyszały ryk potwora. Sunął ku nich z niesamowitą prędkością, na szczęście od bocznej strony.
W tym momencie cały autodrom zajaśniał chłodnymi neonami, przesuwającymi się energicznie wzdłuż paneli. Po powierzchni metalowej płyty przeoranej regularnie dziurami tańczyły elektryczne iskierki, grożąc przybyłych trzaskiem.
Elektryczny wózek, na którym były, również zabuczał. Jego metalowy pręt, którym był połączony z sufitem, zadrżał. Po czym wystartował gwałtownie i sunął niemal bezszelestnie do przodu. Jakby nie dotykał powierzchni.
Kłęby anemoi nawet nie hamowały. Brian zatoczył łuk, wypatrując zwierzyny. Uciekającej na kiczowatym, zielonym samochodziku. Gdy wszedł w pole, od razu siatka nad nimi zareagowała brzęczeniem. W tym samym momencie ruszyły inne autka.
Półboginie ledwo się zmieściły w malutkiej przestrzeni kokpitu wozika. Gdyby tylko Dahlia miała czas, narzekałaby na swoje gabaryty. Ba, teraz to było jej na rękę.
Z głośników sączyła się energiczna muzyka, z mnóstwem efektów dźwiękowych. Czym bliżej był potwór któregoś głośnika, tym szybciej się wylewała, z głośnymi trzaskami. Auta bez pasażerów obijały się gwałtownie, ratowała je tylko gumowa banda. Wśród nich anemoi z głośnym rykiem próbował nie wpadać na nie.
— Jak ociera się o te pręty, to się osłabia! — zauważyła Inez. — Może damy radę!
— Jak się tym, cholera, steruje?! — krzyknęła Chestnut.
Zderzyły się dosyć mocno z innym wózkiem. Owszem, autko było szybsze dzięki energii tego potwora, ale było równie nieprzewidywalne. Inez racjonalnie zapięła wcześniej pasy i tylko jęknęła, za to Dahlia mogła przysiąc, że wyplułaby swój żołądek i resztę wnętrzności. Tępy ból rozlał się po jej klatce piersiowej, kiedy obiła się o plastikową, tandetną kierownicę. Przestała też na chwilę oddychać.
— Musisz ruszać, ruszaj, ruszaj, rUSZAJ! — pisnęła Inez, potrząsając ramieniem Dahlii.
Potwór znalazł lukę. Otwarta, prosta, niczym droga dla wieży w szachach. Zaszarżował.
Chwila ta trwała dla nich naprawdę długo. Kolejny raz, w ostatniej chwili, uskoczyły przed atakiem.
Dahlia dopiero wtedy wciągnęła ze świstem powietrze do płuc. Udało się jej w odpowiednim momencie z ziaren, trzymanych na czarną godzinę w kieszeni, wypuścić pędy pnączy. Zaczepiła je na jednym z filarów autodromu, przeciągając cały wózek w jego stronę. Plus był taki, że nie wymagało to siły, samo autko nie stawiało oporu na tak śliskiej powierzchni.
— Udało ci się! — podekscytowała się Velez.
— Rzygać mi się chce — jęknęła boleśnie Chestnut.
Na szczęście kolejne manewry, wspierane przez pnącze, utrudniły potworowi dotarcie do nich. Inez strzelała, kiedy tylko mogła. I za każdym razem trafiała. Za każdym razem potwór nie był zadowolony, ale też nie zwalniał.
— Cagado cabrón! — legionistka zaklęła, nakładając kolejny bełt. — Czemu to nie działa!?
— Musimy go chyba zaatakować jednocześnie! Spiżem i złotem!
— Jednocześnie?!
Jedna z drugą starały przekrzykiwać się przez techno jazgoczące z głośników. Miały wrażenie, że było coraz gorzej.
— Musisz mi dać znak Velez!
— Jaki ssak?!
— ZNAK!
— Jaki znak!?
— Jakikolwiek, na bogów! Dam sobie radę! Wyceluj! Daj mi znać i wystrzel! Jak nie, to kaput!
Wcale nie nakładała presji na nowo poznana koleżankę, ale o dziwo Inez wyglądała pewniej niż zwykle. Tak, jakby weszła na inny stan świadomości. Dahlia się zastanawiała, czy właśnie teraz zobaczy efekt tego słynnego, rzymskiego wychowania. I nie chodziło jej o czyszczenie wychodków.
Dźwięk naciąganej cięciwy był czystszy i wyraźniejszy niż zwykle.
— Na impugna atakuj — odparła stanowczo Inez.
────
[1052 słowa: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz