środa, 19 sierpnia 2026

Od Kaliny — „Jednak nie lubię zimy”

CW: ALKOHOL

Mieszkała w Kalifornii od siedmiu lat i od siedmiu lat, rok do roku, powtarzał się ten sam schemat. Jechała na lotnisko w cienkiej bluzie, a w zapasie miała cienką, jesienną kurtkę (bo przecież jest ciepło, prawda?). Po paru godzinach lotu wysiadała w Pradze, wychodziła na zewnątrz i zaczynała żałować roku tęsknoty za śniegiem. Kalina za każdym razem zadawała sobie pytanie, czy na pewno tak bardzo zależy jej na spotkaniu rodziny w Boże Narodzenie. Może wolałaby przylatywać na Wielkanoc? Za rok przylecę na wiosnę - myśli, a dwanaście miesięcy później ponownie stoi na praskim lotnisku i przeklina śnieżycę.
Kiedy była młodsza, matka odbierała ją samochodem z lotniska. Piękne czasy, szkoda tylko, że minęły. Później kobieta uznała, że Kalina jest dość samodzielna, aby móc dojechać z lotniska pociągiem. Zawsze jednak obiecała odebrać ją z pobliskiego dworca, aby dziewczyna nie musiała martwić się zdążeniem na jeden z pięciu busów dziennie, do którego i tak nie miała pewności, czy zmieści się z walizką. Tak miało być i tym razem. Kiedy Kalina zapytała matkę, czy odbierze ją z dworca, otrzymała jednak wiadomość o treści "jestem zajęta, przecież jest blisko, ostatnio przyszłaś sama".
To była prawda, z tą różnicą, że ostatni raz, kiedy Kalina odwiedziła rodzinną miejscowość był w środku lata. Udało jej się wtedy zdobyć tanie bilety w ostatniej chwili, miała ze sobą jedynie plecak, a o osiemnastej było jeszcze ciepło i jasno. Jedynymi faktami, które teraz się pokrywały była godzina oraz brak większego bagażu. Kalina zastanawiała się, czy jest sens brać walizkę. W końcu uznała, że przecież najpotrzebniejsze rzeczy zmieszczą jej się do plecaka, a ubrania ma w domu. Ostatnio to wystarczyło, a teraz nie miało? Po zobaczeniu SMS'a od matki po raz kolejny podziękowała sobie samej za tą decyzję.
W domu miała również zimową kurtkę, której nie zabrała ze sobą do Stanów. Bo i po co? Temperatury w San Francisco nie spadały poniżej dziesięciu stopni, a dziewczynie szkoda było tracić cennego miejsca na zimowe ciuchy. Nie spodziewała się godzinnego marszu przez zaspy śnieżne.
Pierwsze pięć minut Kalina podziwiała widoki. Szła odśnieżonym chodnikiem, mijała pięknie ozdobione budynki i zachwycona robiła wszystkiemu zdjęcia.
Po dziesięciu minutach jesienna kurteczka zaczęła dawać znaki, że może jednak nie jest wystarczająca na zawrotne trzy stopnie, a dziewczyna powinna była wziąć coś grubszego.
Kolejne pięć minut później wyszła z centrum miasta. Ozdoby świąteczne stały się coraz rzadsze i zaczęło się robić coraz zimniej. Po chwili skończył się odśnieżony chodnik.
Po dwudziestu minutach Kalina odważyła się wyciągnąć zmarznięte ręce z kieszeni. Wyjęła telefon i wysłała przyjaciółce kilka wiadomości, w których narzekała, że jednak nie lubi zimy, uwielbia te zabójczo wysokie temperatury na które narzekała całe lato, a tak w ogóle to nigdy więcej nie przyleci do Czech w zimie. Zdziwiona zauważyła, że Amanda od razu odczytała. To u niej nie była jakaś trzecia w nocy? Nie poczekała na odpowiedź - wolała nie ryzykować odmrożeniem palców.
Niedługo później stanęła przed trudnym wyborem. Mogła iść pół godziny chodnikiem lub dziesięć minut przez las. Wybór był prosty. Szkoda tylko, że w tych dziesięciu minutach nie uwzględniła ciemności, zimna i zasp po kolana. Dziesięć minut zamieniło się w trzydzieści, a Kalina zaczęła kwestionować wszystkie wybory, których dokonała przez ostatnie kilka lat.
Kiedy w końcu dotarła na miejsce była głodna, zmęczona, zmarznięta i przemoczona. Była prawie pewna, że następnego dnia obudzi się z katarem (oby tylko), a biedne fioletowe trampki nie wyschną do dnia jej wyjazdu. Kiedy dochodziła do klatki schodowej czuła się, jakby była już w domu - przypomniała sobie, że w postsowieckich blokach nie ma kamer, a ona przecież może latać. Kiedy jednak weszła do środka, usłyszała rozmawiające na korytarzu sąsiadki, a jej marzenia zostały zniszczone. Z trudem wdrapała się na drugie piętro i stanęła przed drzwiami. Czuła się tak, jakby przed chwilą wpadła do rzeki po pas. Jak Anna z "Krainy Lodu", której sukienka dosłownie zamarzła.
Sięgnęła do kieszonki w plecaki i zaczęła grzebać. Wyczuła w niej telefon, portfel, ładowarkę, coś… mokrego? Klucza jednak nie było. Głośno westchnęła i nacisnęła dzwonek do drzwi. Raz, drugi raz, trzeci, dziesiąty. W międzyczasie minęła ją jedna z rozmawiających wcześniej sąsiadek.
— Dzień dobry — przywitała się, nawet nie wymuszając uśmiechu.
— Dzień dobry Kalinko! Matko, jak ja cię dawno nie widziałam… — kobieta, mocno trzymająca pieska na smyczy, na szczęście nie zatrzymała się na kolejną pogawędkę. Zwierzę ciągnęło tak mocno, jakby chciało powiedzieć coś w stylu "Albo idziemy JUŻ, albo będziesz po mnie sprzątać!"
W końcu usłyszała dźwięk przekręcania klucza. W drzwiach stanęła, a raczej oparła o ścianę, jej matka. Kalina spojrzała na nią odkarżycielsko.
— Obiecałaś, że przyjedziesz.
— Taak? — Kobieta nie wyglądała na przejętą. — Nie pamiętam.
Kalina bez słowa rzuciła plecak na korytarz i weszła do kuchni. Przywitał ją stos naczyń w zlewie (ciekawe kto będzie musiał je umyć), a na blacie stały puste butelki, głównie po winie.
— Na ciebie zawsze można liczyć — westchnęła słysząc, że matka poszła za nią. — Dzięki.
— Nie ma za coo.
Kalina wzięła do ręki czajnik i bez słowa minęła matkę. Nie miała siły robić miejsca w zlewie i postanowiła po prostu napełnić go w łazience. Przy okazji w końcu zdjęła mokre buty i skarpetki.
— Mílaaa, z kim rozmawiasz? — Z sypialni kobiety usłyszała obcy, męski głos. Przez sekundę myślała, że może jej ojciec postanowił wrócić, ale gdy tylko wyszła z łazienki, jej oczom ukazał się blondyn w bokserkach. Tak na oko, może kilka lat starszy od niej samej. — Długo jeszcze?
— Kto to jest? — spytała z rezygnacją, nawet nie oczekując zadowalającej odpowiedzi. Przynajmniej dowiedziała się co tak naprawdę przeszkodziło kobiecie w odebraniu jej z dworca.
Matka jedynie uśmiechnęła się szeroko, chwyciła jedną z butelek wina i popędziła w objęcia mężczyzny. Kalina odprowadziła ją wzrokiem z niedowierzaniem. Czy była zaskoczona? Nie, ani trochę. Zawiedziona? Jak najbardziej. Postawiła czajnik na kuchence i starając się nie patrzeć w stronę sypialni, do której pijana para postanowiła nie zamykać drzwi, poszła do swojego pokoju.
— Kalinko, skarbie — zawołałą ją jeszcze jej matka. — Nie masz może ochoty iść do jakiejś koleżanki? Albo na spacer?
— Nie ma opcji.
Weszła do pokoju, zatrzasnęła drzwi i w mokrych ciuchach rzuciła się na łóżko. Wtuliła twarz w poduszkę i zaczęła płakać. Teraz już była pewna - nigdy więcej nie wróci do domu na święta.


────
[1013 słów: Kalina otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz