sobota, 22 sierpnia 2026

Od Vergila CD Ivy — „At the risk of feeling dumb”

Poprzednie opowiadanie

Vergil w zasadzie nie zakładał, że Ivy się zgodzi mu pomóc, tym bardziej nie zakładał też, że Ivy będzie chciał mu pomóc… osobiście. Fizycznie. Wchodził do gabinetu z zamiarem usłyszenia czegoś w stylu: „to nie mój problem, masz do wyboru receptę na alprazolam albo grzeczne wyproszenie cię z gabinetu”. W najoptymistyczniejszym scenariuszu było to, że psychiatra poda mu parę konkretnych informacji o Dantem. Vergila nie interesowało łamanie tajemnicy lekarskiej bardziej, niż było w tym przypadku konieczne, absolutnie nie znał się na lekach i w sumie to nie chciał pytać, na co Dante w ogóle choruje (z góry założyłby, że — tak, jak praktycznie wszycy półbogowie — Dante nie radzi sobie z traumą i cierpi na zespół stresu pourazowego, a psychiatra-heros byłby najbliższy temu, żeby w ogóle zrozumieć koncept tego, że twoich przyjaciół rozszarpały potwory). Podanie adresu, namiarów na jego rodzinę lub znajomych, wskazówka jak go znaleźć, wszystko to mogłoby być dla Vergila wystarczające.
Postanowił, że wrócenie do Obozu Jupiter na kolejne kilka godzin nie ma sensu. Jeszcze mniej sensu miało czekanie na Ivy pod gabinetem albo pod budynkiem centrum zdrowia psychicznego. List do obozu powstaje na kolanie Vergila, siedząc z nogami zwisającymi z kalifornijskiego wieżowca. Nie miał przy sobie żadnego sensownego pergaminu, więc papierem została chusteczka ukradziona z przydrożnego sklepu, gdzie chwilę temu kupował hot doga i kawę na wynos, a za atrament posłużył mu zacinający się długopis za 50 centów. Nie, żeby stało się coś niesamowicie ciekawego w ciągu tych kilku godzin, kiedy Vergila nie było w Obozie Jupiter, ale czuł się w obowiązku, żeby poinformować senat o postępach w misji; chociażby na potrzeby tego, gdyby któryś z potworów Dantego zabił go po drodze i kolejna osoba musiałaby pociągnąć sprawę tam, gdzie Vergil ją zostawił.
Gotowy list przytroczył do siodła obozowego pegaza, tego samego, który sprowadził go do San Francisco, i poklepał go po szyi. Koń zarżał, wypuszczając w mroźne powietrze obłoczki ciepłego oddechu, po czym poderwał się w niebo. Vergil pociągnął jeszcze łyk rozwodnionej kawy i zdał sobie sprawę, że bez pegaza będzie musiał schodzić kilkanaście pięter w dół o własnych nogach.
Gdyby tylko umiał otwierać portale.
W ciągu kilku ostatnich dni Vergil nasłuchał się o Dantem tylu epitetów, że spokojnie mógłby wymienić synonimy słowa „szurnięty” bez zająknięcia. To, że jego starzy koledzy z Obozu Jupiter mogli go tak nazywać, to jedno. Nie każdy dał się lubić, Vergil też nie nazywał miło Izana za jego plecami. To, że szurniętym nazwał go jego własny lekarz psychiatrii, sprawiło, że całkowicie zaburzony został obraz Dantego w głowie Vergila. No bo co to w ogóle konkretnie znaczyło? Nie sądził, że niewiara w mitologię była wystarczającym argumentem, żeby ochrzcić kogoś szalonym bez żadnego wahania. Biegał nago po ulicy w środku zimy? Zostawiał na placach zabaw niepokojące rysunki postaci z koszmarów? Lubił sernik z rodzynkami? Gorzej, nie lubił sernika wcale?
System rozumowania interakcji społecznych Vergila był całkiem prosty, jeśli chodziło o angażowanie się w mitologię i zawsze sprowadzał się do rozmowy lub walki. Czasem walka prowadziła do rozmowy (rzadko), a czasem rozmowa do walki (często). Z całą pewnością nie było nic pomiędzy. Problem pojawiał się wtedy, kiedy nie potrafił w żaden sposób skategoryzować Dantego do jednego rozwiązania.
Ugryzł się w język, żeby nie odpowiedzieć Ivy prostym „nie wiem”. W obozie czy też nie, w teorii miał świecić przykładem. Nauczył się już dawno, że wszyscy patrzyli na niego w nadziei, że zawsze miał jakiś plan (nigdy go nie miał), a przyznanie się do niewiedzy wywoływało tylko popłoch.
— Chcę sprawdzić, jak zareaguje na konfrontację — powiedział powoli, stosunkowo dyplomatycznie. Jeszcze chwila i na czole wyskoczyłaby mu żyłka od zbyt intensywnego myślenia. — A potem… w zależności od tego, jak zareaguje…
— Powodzenia — skwitował Ivy. To suche stwierdzenie było dla Vergila czymś pomiędzy złośliwością, szczerością, zrezygnowaniem i poczuciem beznadziei. Zaskakujące, ile różnych korelacji mogło zawierać jedno słowo.
Stali kilkanaście niezręcznych sekund przed kwadratowym, niskim blokiem z pomarańczowej cegły, dopóki Ivy nie przypomniało się, że to on zna adres i to on powinien prowadzić. Vergil wcisnął dłonie w kieszenie kurtki i ruszył za nim po schodach w górę.
Nie był przyzwyczajony do tego, żeby oddawać komuś prowadzenie, Ivy zresztą też nie wyglądał, jakby często był liderem, ale nie było wątpliwości, że to on jakkolwiek zna Dante. Sam przecież przyznał, że Dante jest trochę obłąkany i ciężko było przewidzieć, jak zareaguje na widok kogoś obcego nachodzącego go w domu… chociaż Vergil personalnie bardziej wystraszyłby się, gdyby to właśnie jego psychiatra do niego przyszedł osobiście. Ivy kulturalnie użył dzwonka do drzwi.
Vergil nasłuchiwał, ale po drugiej stronie nie rozległo się żadne krzątanie. Nikt nie krzyknął żadnego „zapraszam”, „zaraz przyjdę” albo „spierdalaj”. Halston w myślach odliczył do dziesięciu sekund, zanim Ivy wcisnął przycisk od dzwonka ponownie.
— Może nie ma go w domu — powiedział Ivy półszeptem, jako ostatnia deska ratunku decydując się na zapukanie do drzwi.
— Wiesz, gdzie indziej go szukać?
Zupełnie jakby marzył o bieganiu po San Francisco, żeby znaleźć domniemanie niebezpiecznego półboga. Najnormalniejszy czwartek.
— Wiem, gdzie pracuje na nocki, ale nie znam adresu. Ale to dosyć… specyficzne miejsce.
Vergil nadwyrężał jego tajemnicę lekarską. „Pracuje w nocy” mogło oznaczać wiele rzeczy: stację benzynową, ochroniarstwo, barmaństwo. Jeśli Ivy nie zamierzał powiedzieć mu wprost i nie miał też adresu, oznaczało to, że to jeszcze nie był koniec ich współpracy.
Wychylił się, żeby pociągnąć za klamkę od drzwi, ostatni raz, tylko po to, żeby móc odhaczyć w swojej głowie punkt, że zrobili tutaj wszystko co mogli. Ku jego zdziwieniu, klamka poddała się pod jego naciskiem i drzwi uchyliły się.
— Zostawia otwarte? — zapytał Vergil, bardziej retorycznie w eter, niż z zamiarem usłyszenia realnej odpowiedzi od Ivy.
— To akurat dziwne. — Ivy zmarszczył brwi. — Jest paranoikiem.
Lekarz popchnął drzwi, ukazując ich oczom widok korytarza kawalerki Dantego. W domu wszystkie światła były zgaszone. Ivy postąpił krok, żeby wejść na korytarz i rozejrzeć się, czy w mieszkaniu na pewno nikogo nie ma.
W korytarzu coś błysnęło. Delikatna poświata, która nie miała żadnego sensownego źródła światła. Vergil musiał zamrugać parę razy, żeby upewnić się, że to nie jego wada wzroku płata mu figle, ale obraz w korytarzu był ewidentnie zakrzywiony. Zanim Ivy zdążył na dobre wparować do środka, Vergil złapał go za materiał płaszcza i zatrzymał w miejscu.
— Czekaj, to chyba jest portal — wytłumaczył szybko.
Wygrzebał z kieszeni kurtki zgnieciony w kulkę paragon za hot doga i kawę, po czym rzucił świstek papieru w korytarz. Niewidzialna siła wciągnęła paragon w połowie lotu.


Ivy?
────
[1048 słów: Vergil otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz