środa, 19 sierpnia 2026

Od Arisu CD Cherry — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Kiedy Arisu kilka chwil temu podchodziła do wspinającej się Cherry, by w razie jakiegoś wypadku stać blisko i móc zareagować, to zakładała, że wypadkiem tym może być co najwyżej odłamany szczebelek albo Cherry chwiejąca się na starej, zniszczonej drabinie. Na coś takiego byłaby w stanie zareagować. Mogła trzymać drabinę, mogła pomóc w zejściu z niej, mogła rzeczywiście wziąć pudła, by odstawić je gdzieś na bok. Mogła zrobić wiele rzeczy.
Niestety, zdecydowanie nie było nic, co mogła zrobić… z tym.
Nie chciała nawet rozglądać się po magazynie, bo bała się tego, co może zobaczyć. Jeszcze przez chwilę stała w bezruchu, już nawet nie przeklinając, bo ileż można bez sensu powtarzać to samo.
Arisu nienawidziła brokatu. To był po prostu fakt, coś, co uważała za na tyle zrozumiałe, by nie musieć nikomu się z tego tłumaczyć. Brokat był przecież szkodliwy dla środowiska, zanieczyszczał wody, wciskał się wszędzie, a do tego był paskudnie irytujący i nie dało się go w żaden sposób pozbyć, kiedy już znalazło się w jego pobliżu.
W skrócie: brokat był dokładnie taki sam, jak dzieciaki Merkurego i Arisu darzyła jedno i drugie dokładnie takimi samymi uczuciami.
Uniosła dłoń, by wytrzepać chociaż część tego badziewia z włosów, chociaż doskonale wiedziała, że kompletnie nic jej to nie da. Nie była pewna, czy istnieje cokolwiek, co mogło jej w tej chwili pomóc. Znaczy, pomóc fizycznie – psychicznie na pewno bardzo pomogłoby jej zabicie jakiegoś dzieciaka Merkurego. Obrzuciła szybkim, krótkim spojrzeniem okolicę wokół niej, starając się nie zwracać uwagi na to, że wszystko wokół się świeci.
– Krzesła też są w brokacie – powiedziała tonem wypranym z emocji nawet bardziej niż zazwyczaj. Podeszła do ściany, pod którą stało kilka starych, składanych krzesełek, poukrywanych za kartonami.
Kartony też było w brokacie. Może Arisu byłaby bardziej zaskoczona, gdyby znalazła coś, co nie jest całe w brokacie? W tej chwili na pewno byłoby to bardziej niezwykłe.
Wyciągnięcie jednego z krzeseł oznaczało kolejną świecącą chmurę w powietrzu, ale teraz to raczej nie miało już żadnego znaczenia. I tak obie były skazane na spędzenie reszty życia w tym gównie. Ich życie na pewno będzie dłuższe, niż życie debili, którzy uznali, że cały ten pomysł to dobry żart.
Podała krzesło Cherry. Dziewczyna uśmiechnęła się do niej, chociaż Arisu mogła przysiąc, że w tej chwili obie są dziesięć sekund od mordu, może piętnaście od płaczu i maksymalnie dwadzieścia od wysadzenia wszystkiego w powietrze. To i tak były bardzo optymistyczne statystyki.
Arisu nie wyciągała kolejnego krzesła. Zamiast tego usiadła na podłodze, w końcu nieco odważniej patrząc na stan magazynu. Przeszło jej przez myśl, że teraz, zanim zaczną przygotowania do Ludi Romani, będą musiały to wszystko posprzątać, bo przecież w takich warunkach nie dało się pracować. Czy to w ogóle dało się posprzątać?
Czuła drobinki brokatu na twarzy, na skórze rąk, na szyi. Spróbowała zetrzeć część z czoła, ale miała wrażenie, że tylko lepi się bardziej. Przez chwilę była gotowa zedrzeć sobie skórę, jeśli to miał być jedyny sposób, by się tego pozbyć.
Co wiedziała o czyszczeniu brokatu? Że to zmora, przede wszystkim. Nie miała z nim większego doświadczenia, bo ojciec też raczej go unikał. Podobnie do konfetti, był to raczej typ dekoracji, który widziała na większych imprezach w miastach. I kilka razy w czasach, gdy jeszcze chodziła do zwykłej szkoły.
– Przydałby się odkurzacz – mruknęła, kiedy cisza między nią a Cherry ciągnęła się już kilka chwil za długo. Potem doszła do wniosku, że odkurzacz im nie pomoże. – Albo dynamit. Dużo dynamitu.
Cherry wydała z siebie dźwięk, który mógł być śmiechem, ale równie dobrze mógł być też płaczem. Arisu rozumiałaby i jedno, i drugie. To drugie pewnie nawet bardziej, bo zdecydowanie nie żartowała.
Jeszcze raz przetarła twarz, wiedząc, że tylko bardziej rozciera na niej brokat. Dalej chciała kogoś zabić, może nawet trochę bardziej, niż wcześniej. Może ta chęć rosła z każdą sekundą.
Westchnęła. Długo, bardzo ciężko. A potem podniosła się, bez żadnego celu i skutku otrzepując spodnie i patrząc, jak wokół znowu zaczynają latać drobinki brokatu.
Mogły siedzieć i załamywać się nad swoim losem. Ale to znaczyło, że będą musiały dalej tkwić też w tym gównie. Czas na płakanie znajdzie się później, kiedy już pozbędą się przynajmniej części kłopotu.
Czy wyeliminowaną częścią tego kłopotu będzie brokat, czy dzieci Merkurego – jeszcze nie była pewna. Była za to gotowa podjąć tę decyzję impulsywnie, jeśli którykolwiek z dzieciaków Merkurego wejdzie jej w drogę.
– Trzeba to ogarnąć na tyle, żebyśmy mogły zająć się przygotowaniami – zauważyła Cherry.
Arisu nie odpowiedziała od razu.
– Pójdę po miotły i miotełki do kurzu. I mokre ręczniki.
Tym razem to Cherry westchnęła, ale też w końcu wstała z krzesła.
– Zobaczę, czy w którymś pudle nie będzie taśmy klejącej – powiedziała.
Arisu skinęła głową. To też powinno zadziałać, przynajmniej na to, co było wokół nich. Musiały jeszcze ogarnąć siebie, ale to chyba i tak nie miało sensu, dopóki brokat wypełniał każdy centymetr przestrzeni, w której przebywały. Nawet jeśli teraz się umyją, to zaraz znowu będą całe w tym syfie.
Powinny pewnie poprosić o pomoc. Może w ogóle Cherry powinna zmusić do pracy dzieciaki Merkurego, skoro to była ich wina. Z drugiej strony, to wszystko trzeba było ogarnąć szybko i sprawnie, a przy okazji nie zabić ich, zanim w ogóle zaczną.
To nie wydawało się nawet wykonalne, na pewno nie było wykonalne dla Arisu. Co gorsza, potem jeszcze więcej osób chodziłoby po obozie, obsypując go brokatem.
Znowu stały tak jeszcze przez chwilę, zanim Arisu w końcu wyszła z magazynu. Otrzepała dłonie najdokładniej, jak mogła, by przenieść wszystko bez większych strat. Utkwiła wzrok w punkcie przed sobą, ignorując każdą mijaną po drodze osobę i tylko czasem rzucając ludziom krótkie, wyjątkowo wściekłe spojrzenia, kiedy wydało jej się, że patrzą na nią z chociaż minimalnym rozbawieniem lub jakimkolwiek innym wyrazem twarzy, który w danej chwili wydał jej się atakujący i uderzający w jej godność.
Czy w ogóle jeszcze mogła mówić o godności, idąc do schowka na miotły w takim stanie? Prawdopodobnie nie. Tym bardziej miała ochotę zabić każdego, kto stanie jej na drodze. Już nie musiał to być dzieciak Merkurego. Miała tylko nadzieję, że ktokolwiek dzisiaj zajmował się sprzątaniem, nie zamknął za sobą schowka na miotły. Nie miała ochoty jeszcze dodatkowo latać po Obozie Jupiter, szukając kogoś, kto ma przy sobie klucz.
Wtedy chyba po prostu strzeliłaby sobie w łeb swoją własną bronią.
Nie mogła odetchnąć z ulgą, że schowek jest otwarty, bo jeszcze zanim zobaczyła otwarte drzwi, to zobaczyła niebieskie włosy. Nie miała czasu zastanawiać się, czy Atlas zajmuje się zleconym mu zadaniem, czy właśnie wybiera drogę ucieczki. W sumie to nie była nawet jej sprawa, przynajmniej nie dzisiaj.
– Arisu? A tobie co—
– Nie wkurwiaj mnie, Walker – fuknęła wściekle, nie pozwalając mu dokończyć i unosząc dłoń, jakby miała zamiar zaraz mu walnąć.
Przez chwilę chyba był zaskoczony. Może już dawno tak na niego nie przeklinała. Potem wydało jej się, że poczuł się urażony i prawie zrobiło jej się głupio. Chyba dlatego go nie walnęła.
Atlas nie był odpowiedzialny za żart w magazynie. Nie mógł być za niego odpowiedzialny, bo by go wykonać musiałby z własnej woli wejść do tego magazynu. Dlaczego miałby to robić? Był wkurwiający, ale tym, że był śmierdzącym leniem i uciekał od obowiązków, nie dlatego, że chodził w miejsca, w których może czekać go ich więcej.
Nie zamierzała go przepraszać. Dalej był dzieciakiem Merkurego, dalej był winny. Przede wszystkim był winny, bo był Atlasem, czyli był winny zawsze.
– Podaj mi dużą miotłę, małą miotełkę do kurzu, mniejsze wiadro i ręczniki papierowe – rzuciła, krzyżując ręce na piersiach i patrząc na niego wściekle. Mógł się do czegoś przydać, zanim uciekł.
Najbardziej chyba zdziwiło ją, że faktycznie to zrobił. Wzięła od niego miotłę i miotełkę i już chciała mu podziękować, ale wtedy stanął, unosząc ręcznik ponad jej głową, tak, by nie mogła go dosięgnąć.
Dlatego tylko kopnęła go w piszczel. Syknął z bólu i irytacji, podkulając nogę, a wtedy odebrała mu ręcznik, trzymając go daleko od ciała.
– Możesz przyjść, pomóc mnie i Cherry w magazynie z dekoracjami – rzuciła, chociaż przecież nie chciała jego pomocy, odwracając się i nie czekając dłużej na jego reakcję.
Nie obchodziło ją, czy przyjdzie. Nalała wody do wiadra i ruszyła z powrotem do magazynu, starając się nie zwracać uwagi na to, że teraz musi wyglądać jak jeszcze większa idiotka.
– Wszystko mam – powiedziała, odstawiając wiadro z wodą i ręcznik przed drzwiami.
Dalej widziała tylko brokat. Cherry też dalej była w brokacie. Oczywiście, Arisu wiedziała, że to wszystko nie zniknie magicznie w trakcie jej nieobecności. I tak poczuła się rozczarowana. To wszystko przecież dalej mogło być tylko złym snem.


Cherry?
────
[1400 słów: Arisu otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz