LATO
Wyklinała wszystkich bogów. Następnym razem weźmie taksówkę.
Autobus się rozpadał, siedzenia były brudne, a towarzystwo nieciekawe. Cieszyła się, że tylko idiota by stwierdził, że jest bezbronną, bezsilną niewiastą. Pęcek z braku laku wyciągał resztki waty w siedzeniach i ją wyjadał. Obok nich czarnoskóry chłopak w dresie malował tagi na oparciu krzesła. Dahlia chciała oprzeć się czołem o szybę, ale ktoś przed nią chyba ją wylizał. Wolała się nie zastanawiać, czemu.
— Co on rysuje? — Satyr machał wesoło kopytkami.
— Nie interesuj się. — ucięła.
Bawił się za dobrze, w przeciwieństwie do niej. Nie każdego dnia ma misję odnaleźć swojego przyjaciela w kurewsko dużym mieście, jakim był Nowy Jork. W śmierdzącym autobusie.
— Jak natrafi na nas jakiś potwór, to się zastrzelę.
— Niby czym?
— Nibynóżką. — warknęła na satyra.
Ten wzruszył ramionami i oglądał widoki, przeżuwając bezmyślnie watę.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. W tym momencie Nowy Jork nie był aż tak brzydki, kiedy otulała go pomarańczowa zasłona. I kiedy nie patrzyła przez lepkie smugi na szybie. Były bardzo… konsekwentne. Wpatrywała się w nie, jak w nowoczesną abstrakcję, próbując wyłuskać jakikolwiek sens. W obu przypadkach od początku wiedziała, że go nie znajdzie. Po dłuższej chwili znudzona Dahlia rozejrzała się po wnętrzu pojazdu. Po drugiej stronie również były te ślady, tym razem pojedyncze. Przetarła oczy, zwalczając chęć spania, wciąż sunąc wzrokiem po rozmazach. Dopóki nie dotarła do ich źródła.
Był to język. Długi, lśniący zdrowo magentą. Szeroki. Kończył się w czarnym, żabim pysku.
Wiele słyszała o troglodytach, jednak byli rzadkim widokiem. Unikali się wzajemnie, nie interesując się swoimi sprawami. Ten, który prawdopodobnie z nudów szurał językiem po oknie, był wdzięczny do oglądania. Podobnie jak reszta pasażerów, ubrany był w bluzę dresową. Oraz w czapkę full cap New York Yankees. Czym dalej, było gorzej. Pierwsze w oczy rzuciły się gatki Calvina Kleina. Z nich zsuwały się spodnie, zgodnie z modą „skejterską” czy jakkolwiek to się zwało. U tego żaboluda utrzymywały się na poziomie kolan, trzymając się ledwo z przodu. Kiedy się odwrócił, by spojrzeć krytycznym wzrokiem na Pęcka, zauważyła węzeł z pasa, który jakimś cudem trzymał całość, ale tylko za pierwsze przelotki spodni.
Jegomość podniósł się. W rękach trzymał deskorolkę. Słyszała historie o tym, jak troglodyci lubują się w przebierankach i roleplayu, ale teraz dopiero miała okazję ujrzeć na żywo troglodytę skejcika. A teraz wpatrywał się w nich swoimi wybałuszonymi oczami. Przynajmniej odkleił język od okna.
— Ssssssssssick! — wymruczał.
Zeskoczył z krzesełka i podszedł do nich. Satyr nie był zbytnio zachwycony.
— Chhhcecie possłuchać mlask mmojego łłłapu?
— Łapu?
Troglodyta kaszlnął krótko i kontynuował.
— Joł, joł mlask. Freesstyle.
— No dobra.
Uderzył się piąstką w klatkę piersiową. O ile to można było tak nazwać.
— Jestem z bagna, ale chrrk wbiłem do NYC, Zeus błyskawice? Ja mam śśśluz i styl, ej! Possejdon macha trójjjj-kum-zębem, robi fale. Ja łobię kum-kum, wszyscy: stary, ale…
Wypluł z siebie kanonadę nieokreślonych dźwięków, które miały być jakimś beatboxem. Dahlia nie wiedziała, czy być pod wrażeniem, czy nie.
— Nowy Jork! Żżaby! Bogi! Kum Nie uciekaj, bo mam nnogi! Kum Olimp, Bronx i Central Park, Kum, Kum, drop the mic. Hermes kum ma sssandały, w NYC sssiedzą pedały. Atena mądra? Sssspoko, szanuję damę kum, ale zzgubiła się w metrze na linii M, amen! Kum Cerber pilnuje wejścia do metra, kontroler biletów? To Hydra jest, beka, kum.
Zatrzymał się i wpatrywał się w nich pytająco. Pęcek gwizdnął z uznaniem. Dahlia jednak była pod wrażeniem, głównie inteligencji takiego papudraka.
— To jest nawet dobre. Musisz poszukać kogoś, kto ci muzykę dorobi. Może syreny?
Żaboludź uśmiechnął się szeroko, od ucha do ucha.
— Sssyreny? Fałszzz jak ropucha, kum, jedna otworzyła dziób kum zdechła mi mucha!
Satyr odwrócił się do Dahlii.
— Niezły jest.
— Słyszę.
— Ej żabik, jest może gdzieś w okolicy magiczny transport? No wiesz, taki dla półbogów. — zagaił Pęcek.
— Olimp wysssoko, Manhattan kum też, jak nie masz drachmy, to nie jedziesz, wiesz.
— Czy on nazwał nas gołodupcami? — obruszył się.
— Jedziemy autobusem, zgadnij. — odparła.
— Kum. Zeus ma pioruny kum Hadesss ma ccień, Demeter ma mlask marchew, ja mam błoto kum. Dzień. To był fresssstyle. Mlask.
Satyr się skrzywił i bez mrugnięcia okiem odpowiedział:
— To było akurat przestępstwo. Nad tym popracuj.
Autobus zatrzymywał się na przystanku, a troglodyta niespiesznie stanął na desce. Odbił się raz i wyskoczył z pojazdu nonszalanckim backflipem.
— Czyli coś tutaj jest, ale za drachmę. Cholerne przewalutowanie.
Bardzo szybko jednak odczuła złośliwość tego miasta. Stanęli w morderczym korku, co było dziwne, biorąc pod uwagę godzinę. Dahlia z satyrem z każdą minutą byli coraz bardziej sfrustrowani, nie mówiąc o klaksonach.
— Ej Dahlia, zobacz. — W pewnym momencie satyr przerwał jej myśli.
— Co? — odwróciła się i przed nią było Arnar.
Zamrugała oczami, Arnar tak samo. Dzieliły ich dokładnie dwie szyby autobusów, ona w jedną stronę, Arnar w drugim autobusie w drugą. Pojazdy przesuwały się centymetrami, a w ich środku zaczęła się pantomima. Arnar zaczęło machać, Dahlia wskazała ręką wyjście. Syn Hermesa rysował jakieś szlaczki na szybie, co nie było trudne, bo ręce miał upierdolone jakąś nieznaną substancją. Musiała się dobrze zastanowić, co w ogóle czyta, dopóki nie ogarnęła, że Arnar pisze zdania. Szkoda tylko, że nie ogarnęło, że ona ma widok na lustrzane odbicie tych zdań i musiała się wysilić. Co było trudne przy przebodźcowanym półbogu, przed nią literki skakały jak najęte. Jeszcze tam pisali do siebie i migali, coraz bardziej gorączkowo. Przy czym jedno irytowało się coraz bardziej, a drugie było jeszcze bardziej clueless.
— Ej Dahlia. Bo ten jego autobus jedzie, kurwa, do Filadelfii.
────
[892 słowa: Dahlia otrzymuj 8 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz