poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Kurta — „Scentless Apprentice” cz. 2

Poprzednie opowiadanie

CW: TRAUMA RELIGIJNA, PRZEMOC DOMOWA

Kurt Munroe potrzebował pieniędzy.
Próbował wmówić sobie, że to jest wystarczająca wymówka, ale jawnie wyśmiałby każdego, kto odważyłby się opowiedzieć mu podobną historię: postanowiłem współpracować z potworem, bo potrzebowałem pieniędzy. To brzmiało absurdalnie i godziło nie tylko w dumę, ale także sprzeczało się ze wszystkimi zasadami, które wpajano im w obozie. Czy wierzył w magiczne nawrócenie się potworzycy? Nie, takie nawrócenia nie istniały. Ludzie się nie zmieniali, a co dopiero potwory. Sam nie potrafiłby się zmienić, nie mógł oczekiwać tego samego od starożytnej istoty, która nawet nie rozumiała zagadnień kulturowych. Należało więc stanąć przed lustrem i przyznać przed samym sobą, że Kurt robił to głównie z ciekawości.
Oczywiście, że Lamia czegoś od niego chciała i z całą pewnością nie było to tylko pobranie wymiarów pokoju albo, kij wie, dotrzymanie jej towarzystwa w tej potwornej niedoli. Fakt, że potworzyca przyszła do niego w pokojowym nastawieniu, nawet nie próbując się bronić, świadczył tylko o jej pewności siebie i wysokich ambicjach. Mówiąc prosto: wpadał prosto w jej pułapkę, całkowicie celowo i umyślnie. Oto Kurt Munroe, umierający w najbardziej idiotyczny sposób, walcząc z potworem na długość miarki, bo zdrowy rozsądek nie powstrzymał czystej ciekawości.
Nie myślał zbyt dużo, kiedy stawał przed drzwiami chatki, którą wskazał mu adres. Nie miał telefonu, więc musiał pytać okolicznych mieszkańców. Szkoda, że ten adres nie istniał, a wszystko wskazywało na to, że chatka znajduje się na skraju lasu. Niczym nie różnił się od bohaterów horrorów, którzy sami prosili się o ucięcie im łba piłą mechaniczną. W rękach dzierżył prowizoryczną skrzynkę z narzędziami, przy pasie nie rozstawał się ze złożoną włócznią. W kieszeni na piersi trzymał dłuto jak zapasową broń, doskonale zdając sobie sprawę, że zwykły metal nie krzywdził potworów, a samo narzędzie nijak nie było mu teraz potrzebne. W jakiś sposób czuł się z nim bezpieczniejszy.
Brak pomyślunku był wręcz niepokojący. Nie czuł nic. Przed oczami zamigała mu wizja, że może to jest koniec, może przejdzie przez te drzwi i już nigdy stąd nie wróci, umrze losem najzwyczajniejszego, szarego półboga, który nabrał się na zagrywki potworów. Nie przeraziła go ta wizja. Nawet go nie obrzydziła tak, jak powinna, tak, jak obrzydziłaby Doriana albo jego samego sprzed kilku miesięcy. Pomyślał, że bez niego ktoś będzie musiał zająć się jego ojcem, jeśli przedtem nie umrze z głodu lub pragnienia, zanim zorientują się, że żaden Munroe nie wróci już do domu. A jeśli zorientują się w porę, nikt nie znajdzie żadnego z jego synów o wymazanym istnieniu i ojciec wyląduje na łasce państwowego ośrodka, żeby zgnić przykuty do łóżka.
Ta wizja też go nie przeraziła. Kurt przyszedł tutaj, bo potrzebował pieniędzy, nieważne z jakiego powodu, nieważne, czy planował żyć po wyjściu z tej chaty ani czy pieniądze miały mu posłużyć do opieki nad chorym ojcem. Te plany wydawały mu się zbyt odległe jak na miasteczko pośrodku niczego, gdzie nikt nie pamiętał o jego istnieniu i wszystko wydawało się tylko odcinkiem pobocznym.
A jeśli Kurt chciał sprawdzić, gdzie kończyła się cierpliwość jego matki i czy zaraz nie dostanie go piorun za działanie wbrew jej woli, to skrył to pod płaszczem ignorancji.
Wystawił rękę, żeby pociągnąć za klamkę, bo nie miał zamiaru fatygować się na pukanie do domu potwora, ale Lamia otworzyła drzwi bez zapowiedzi. Przywitał ją z włócznią wyciągniętą w pełni gotowości, a mimo to nie zrobił żadnego ruchu w jej stronę. Stał, z gniewnie zmarszczonymi brwiami, w zupełnym bezruchu. Potworzyca zlustrowała wężowymi oczami zmarszczki na jego czole, cesarskie złoto jego broni i, zatrzymując wzrok na chwilę na skrzynce z narzędziami, uśmiechnęła się, pokazując cały arsenał kłów.
— Kurt, syn Invidii. Widzę, że się odważyłeś? No, wejdź już. Polecam złożyć tę włócznię, kochanieńki, trochę tu ciasnawo, więc możesz przypadkiem rozbić moje przetwory. A za to słono zapłacisz! W tych waszych ludzkich dolarach oczywiście.
Zaprosiła go w głąb swojej chaty. Nie umknęło jego uwadze, że trzymała go na pewien dystans, chociaż sam nie był pewien, czy robiła to dla własnego bezpieczeństwa, czy po to, żeby Kurt jej zaufał, a może jeszcze z jakiegoś trzeciego, ukrytego powodu. Niezależnie od tego, co mu powiedziała, włócznia ani na moment nie opuszczała jego dłoni. Ostatnim aktem szacunku do jej przetworów było trzymanie włóczni pionowo, bez ciągłego celowania grotu w stronę potworzycy.
— Co mam zmierzyć? — bąknął.
Nie kłamała z tym że w chacie było ciasnawo. Cały domek wyglądał jak najbardziej typowa chata wiedźmy, o jakiej Kurt mógł tylko pomyśleć, wyobrażając sobie baśniowe wiedźmy. To była ciasna izba ociosana ciemnym drewnem. Część paneli była ułamana. Przed nim były zamknięte drzwi, prowadzące prawdopodobnie do sypialni, wychodka albo awaryjnego wyjścia, zaznaczając, że Kurt nie miał pojęcia, czy potwory w ogóle śpią i załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne. Lamia była kiedyś ludzką kobietą, ale czy wciąż funkcjonowała jak człowiek? Czy była zdolna do ludzkich uczuć, nawet po tylu latach istnienia?
Kurt nie zamierzał jej uczłowieczać bardziej, niż powinien. Nie rozumiał ludzi, tym bardziej nie rozumiał więc potworów. Znalazł się tutaj po to, żeby pobrać odpowiednie wymiary, przyjąć zlecenie i sobie pójść. Przy dobrych wiatrach i szczerych zamiarach potworzycy, może nawet ani razu nie wspomną o mitologii, ponieważ, rzecz jasna, wcale nie ciekawiły go jej zamiary. Ani trochę nie ciekawiło go też to, co mogła mu zaoferować.
Pomimo tego, że zamówienie dotyczyło regału, w jej chacie już teraz było pełno różnych półek i półeczek. Przy każdej ścianie i w każdym kącie znajdowała się szafka. W zasadzie wyposażenie całej izby składało się wyłącznie z regałów, stołu w całości pokrytego suszonymi ziołami i żeliwnego kotła czarownicy. Na półkach stały całe rzędy rozmaitych słoików, słoiczków, butelek na eliksiry i moździerzy. Wszystko zawierało składniki lub mieszaniny kompletnie obce Kurtowi.
No tak, Lamia mówiła coś o przetworach. Może gdyby zmrużył oczy, mógłby uwierzyć w to, że flakon z czerwoną cieczą zawierał dżem truskawkowy.
— Akurat nazbierałam świeżej mięty pieprzowej — powiedziała Lamia, zauważając, że Kurt przygląda się regałom. Spiął się, a dłoń odruchowo spoczęła na sakwie z włócznią. Nie usłyszał kroków, kiedy potworzyca podeszła do niego tak blisko, a przecież znowu nosiła wysokie obcasy. — Odstąpię ci trochę. Wiesz, synu Invidii, olejek z mięty pieprzowej ma doskonałe właściwości uspokajające.
— Nie interesują mnie twoje przetwory. Patrzyłem na to, w jakim stylu są obecne regały — skłamał.
— Och, nie wątpię. — Uśmiechnęła się. Kurt nie potrafił stwierdzić, czy z niego szydziła, czy faktycznie rozbawiło ją jego kłamstwo. — Twojemu ojcu z całą pewnością pomogłoby trochę mięty pieprzowej…
— Gdzie ma stać regał? — uciął jej.
Kobiecina błysnęła do niego kłami i pokazała szponiastymi palcami w kierunku wolnego miejsca między jednym regałem a bulgoczącym kotłem. Kurt ostatni raz spojrzał w jej stronę i wyciągnął miarkę.
Próbował cały czas mieć Lamię na oku. Za nic w świecie nie odwróciłby się do niej plecami — nie zrobiłby tego, trenując z kimś w obozie, a co dopiero ze świadomością, że znajduje się w domu potworzycy. Lamia nawet nie próbowała utrudnić mu tego zadania. Stała z boku, wężowym wzrokiem uważnie obserwując, jak Kurt operuje miarką i przerywa swoją pracę tylko po to, żeby zapisać coś markerem na ręce.
— Przemyślałeś moją propozycję? — zapytała w końcu.
Odpowiedział jej chwilą ciszy. Udawał, że jest wyjątkowo skupiony na mierzeniu szerokości między jednym regałem a drugim, chociaż w rzeczywistości zaciskał zęby, bo żadne słowa nie chciały mu przejść przez gardło.
— Tak, podejmę się zrobienia tego regału.
— Nie chodzi mi o tę propozycję.
— Nie było żadnej innej. Jakie ma być drewno?
— Mahoń?
— Wyjdzie drogo.
— Dobrze zapłacę.
— Oby.
Zapisał na nadgarstku pojedynczą literę „M”.
— Jakieś zdobienia? — dopytał.
— Co sądzisz o grawerze pawia na bokach regału?
Paw. Atrybut Hery. Kurt odnotował to w pamięci, ale nie odpowiedział na jej pytanie: nie sądził o tym nic. Jego myśli popłynęły w stronę rycia w drewnie, którego uczył go ojciec i jego minimalnych umiejętności artystycznych. Najważniejszy był kształt, dla klientów w głównej mierze liczyło się rękodzieło. Dla Lamii liczyło się wyłącznie zrobienie komuś na złość.
— Chciałabym osiągnąć maksymalną pojemność półek. Nie mam tutaj żadnej piwnicy, nie ma więc miejsca, żeby przechowywać przetwory.
Kurt odmruknął w odpowiedzi coś zupełnie niezrozumiałego, ale tym razem nie sięgnął po marker. Okrążył kocioł, żeby zmierzyć odległości z drugiej strony i przeklął pod nosem, kiedy niechcący dotknął nagą skórą dłoni rozżarzonego metalu.
— Czy ten kocioł musi tu stać? Drewno może się zapalić, jeśli będzie stało zbyt blisko ognia. Zabezpieczę regał, ale nadmierna wilgoć też nie będzie mu sprzyjać.
— Lubię mieć go blisko miejsca pracy — odpowiedziała lakonicznie Lamia, wpatrując się w bulgoczącą zawartość kotła.
Niewidzialna siła kazała Kurtowi podążyć za nią wzrokiem. Wbił oczy w obraz ciemnozielonej mazi gotującej się w garze i w tej samej sekundzie poczuł, jak Mgła wwierca się w jego czaszkę.


Może wolałby, gdyby po prostu zemdlał w błogiej nieświadomości. Lamia mogła go zabić, a on — przy najlepszych wiatrach — byłby zbyt otumaniony Mgłą, żeby nawet poczuć ból. Kiedy otworzył oczy, nie był już w żadnej chacie. Nie mógł sobie przypomnieć, kim była Lamia i czemu akurat to imię pozostało w głębinach jego podświadomości.
Klęczał na podłodze. Drzazgi drewnianych paneli wbijały mu się w kolana. Był chudy, znacznie chudszy, niż kiedy ostatni raz patrzył w lustro i znacznie mniejszy, a co najgorsze, czuł strach i bezbronność. Uczucie, które nie doskwierało mu od tak dawna, nie, kiedy był już pełnoprawnym legionistą Obozu Jupiter, synem bogini, której domeną było decydowanie o losie. Podniósł głowę i zlokalizował powód jego strachu bez żadnych wątpliwości.
Ojciec nie był tym samym ojcem, który został w domu, przykuty do łóżka. Znacznie młodszy, starannie ogolony, w odświętnej koszuli. Podświadoma myśl Kurta podpowiedziała mu, że musi być niedziela. Z żadnego innego powodu ojciec nie zadbałby o siebie w ten sposób. Jego oczy były pełne furii, czujne i przede wszystkim obecne. Ojciec był chorobliwie chudy i starannie wyprasowana koszula zwisała na nim jak z wieszaka. Kurt spojrzał w dół i zobaczył, że jego własna koszula jest na niego dużo za duża.
Czuł się bezbronny i bał się ojca. Nie wiedział jeszcze o Obozie Jupiter. Nie wiedział jak się bronić ani tego, że kiedyś będzie silniejszy od swojego ojca.
— Co mówiłem o grzebaniu w szafkach w trakcie postu, Kurt? — warknął. — Jezus pościł przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy, do cholery! Nie potrafisz wytrzymać kilku dni bez obżerania się? Nie słyszałeś, co mówił ksiądz? Jesteś bękartem. Bękartem! Tak samo ty, jak i ten twój brat. Boże, co ja miałem w głowie, żeby dać się zwieść tej kobiecie? To ostatnie, co możesz zrobić, żeby w ogóle zostać zbawiony. Boże, Boże, począłem grzeszne dziecko. Jesteś tylko chodzącym grzechem.
Był? Kurt nie pamiętał swojej mamy. Nie wiedział, kim ona była i nie był pewien, czy ojciec sam to wie; w jego opowieściach raz była jego największą miłością, a raz uwodzicielką, Ewą, która zachęciła go do grzechu i odebrała mu raj. Czyż w kościele nie uczono go, że grzeszność to rzecz ludzka, taka, którą ludzie popełniali z wyboru? Kurt niczego nie wybierał. Nie wiedział, w jaki sposób i dlaczego od zawsze był grzechem.
W żołądku ssał go głód, wyrzuty sumienia i nienawiść. Rodząca się, kotłująca nienawiść, której źródła nie potrafił jeszcze znaleźć: czy była to nienawiść do samego siebie, do ojca, czy do wszystkich nauk, które mu wpajał? Nienawiść, która miała go wieść przez życie, bo ojciec od zawsze miał rację przynajmniej co do jednej rzeczy i była to wyższość siły wyższej nad Kurtem już od jego urodzenia. Niezależnie, czy urodził się z grzechu swojego ojca, czy jako syn bogini zemsty, jego źródłem zawsze była nienawiść.
— Pan Jezus był biczowany za twoje grzechy jeszcze zanim się urodziłeś. Okaż wdzięczność.
Wizja urwała się w momencie, kiedy Kurt poczuł na swoim policzku uderzenie otwartej dłoni.


Zatoczył się do tyłu. W ostatniej chwili złapał się stołu, tym samym unikając przewrócenia wszystkich regałów i starannie ułożonych na nich słoików.
Nie był już bezbronny. Mógł podejmować własne decyzje. Poczuł, że panikuje i musiał sobie o tym przypomnieć.
Jednym ruchem rozłożył włócznię z cesarskiego złota i skierował grot w wężowe łuski Lamii.
— Co to, kurwa, było? — warknął.
— Och, nie mam pojęcia, o czym mówisz. Przecież ja nic nie zrobiłam, to była twoja przeszłość. Nie zmodyfikowałam jej ani trochę.
Wspomnienie, które zagrzebał głęboko w pamięci. Myślał, że wybaczył już ojcu, chociaż częściowo. Ten człowiek był szalony. Ten człowiek był ofiarą bogów przez małe B i przez duże B. Kurt mógłby mu pomóc tylko wtedy, gdyby nigdy się nie urodził.
Policzek nie piekł już bólem, ale Kurt nadal czuł na nim fantomową, ciężką dłoń ojca.
— Kiedy ja patrzę w kocioł, widzę, jak Hera morduje moje dzieci.
Kurt nie opuścił włóczni, chociaż trzęsły mu się ręce. W tym stanie był bardziej bezbronny, niż kiedy miał osiem lat i klęczał przed swoim ojcem.
— Jako syn bogini zemsty powinieneś wiedzieć, że nigdy nie zapomina się, kto cię skrzywdził — syknęła Lamia. Nie powiedziała tego w sposób złośliwy. Była szczera. Wypełniona nienawiścią, tak samo, jak on. Różnica polegała na tym, że Kurt myślał, że był w stanie zdusić to uczucie. Ona miała za sobą już tysiąclecia nienawiści.
— Mogę ci pomóc — kontynuowała.
Jak?
Zwodzące pytanie. Miał wrażenie, że zatrząsł mu się przy tym głos. Wpadał w pułapkę potwora, chociaż wszystkie instynkty w jego ciele biły na alarm.
— Och, dobrze wiesz jak, synu Invidii.
Może to właśnie w tym leżał problem. Kurt próbował łatać wszystkie dziury, które sam stworzył jego ojciec, dziury, które nieustannie się poszerzały, nawet jeśli Adam Munroe był kompletnie nieświadomy. Może cały ten czas chodziło o usunięcie pierwotnego źródła problemów.
Lamia była potworem. Córką bogini magii. Jak trudne mogło być sfingowanie śmierci biednego, schorowanego śmiertelnika, który zapominał nawet, jak ma na imię i jak poprawnie trzyma się widelec? Kurt byłby wolny. Nic nie wiązałoby go z poprzednim życiem. Mógłby zapomnieć.
Nic nie wiązałoby go już z Kainem.
Czy płakałby za swoim ojcem? Teraz kiedy o tym myślał, nie było mu do płaczu. Czuł wyrzuty sumienia, że nie czuje do niego nic. Zajmował się nim z przykrego obowiązku, nie z miłości. Wszystkie nauki jego ojca mówiły, że starszym trzeba podawać szklankę wody w niedoli, a Kurt nigdy tego nie kwestionował. Kto inny miałby to zrobić? Kain wyrzekł się tego problemu. Czemu on nie potrafił zrobić tego samego, tylko żałośnie mu zazdrościł?
Opuścił włócznię, ale nie spuścił potworzycy z oczu.
— Regał — rzucił krótko. — Zaliczka. Płatność z góry.
Lamia pstryknęła szponiastymi palcami i w jej dłoni pojawił się gruby plik zielonych banknotów. Kurt wyrwał dolary z jej ręki i pobieżnie przeliczył kwotę. Bez zbędnych zastrzeżeń, wcisnął pieniądze do kieszeni i zaczął pakować wszystkie przyrządy z powrotem do podręcznej skrzynki. Narzędzia zagruchotały w środku, kiedy gwałtownie odwrócił się w stronę drzwi wyjściowych chaty.
— Nie podjąłeś decyzji, synu Invidii — zwróciła mu uwagę łagodnie kobiecina.
Kurt położył dłoń na klamce. Było mu niedobrze. Musiał wyjść z tej ciasnej chaty, przebywając tu, czuł się, jak dusi się we własnej skórze. Wyrzuty sumienia i wściekłość zajmowały każdy zakątek jego umysłu.
— Podjąłem — powiedział sucho. — Wrócę dłuższą drogą do domu.
Zatrzasnął za sobą drzwi, zostawiając w środku los swojego ojca.


────
[2430 słów: Kurt otrzymuje 24 Punkty Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz