poniedziałek, 13 lipca 2026

Od Ricky'ego CD Kuźmy — „I was thinking… Maybe you and I should partner up”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ, ROK TEMU

— Jeśli potarłabyś je w odpowiedni sposób, i stanęła… hm, z południa czy północy… W każdym razie, musiałabyś mieć wiatr za sobą! Albo przed sobą. Zależy jaki. Jakie mamy wiatry w Ameryce? Taki wilgotny byłby słaby, choć może właśnie dlatego miałabyś mieć wiatr z tyłu… no, ale i jak tak dmuchniesz jeszcze i…
— Staniesz na jednej nodze, odśpiewasz "Twinkle, Twinkle, Little Star" po hebrajsku, chwycisz się za nos i zdejmiesz skarpetkę?
— Nie wiem, co skarpetki… Ale możliwe, że nucenie mogłoby pomóc, wiesz, to zawsze wpływa na ciśnienie, ruch powietrza!
Ich rozmowę przerwało chrząknięcie jednego z dzieci Wulkana. Przez parę sekund Ricky zdążył zapomnieć, że tu są. Kiedy odwrócił się w stronę głosu, i twarzy z wypisanym "mamy sobie kurwa pójść, czy co? za obejrzenie takiego występu w cyrku musieliby mi zapłacić", zobaczył kółeczka od zwykłego, biurowego krzesła w dłoniach półboga. Wedle oczu merwkurwiaka, były pokryte co najmniej złotem i diamentami; tak się wgapił, że aż się zachwiał. I poleciał, a waląc o podłogę wydobył z siebie pisk, zaakompaniowany przez brzęki, szelesty i trzaski różnych przedmiotów w jego kieszeniach. Pewnie właśnie one ciągnęły go ku ziemi, i zdradziecki ciężar jego spodni tylko czekał na takie momenty jak ten. Kiedy trafił na podłoże, podniosła się chmura pyłu i kurzu, która osiadła na jego włosach, ubraniach i ciele podczas poszukiwań zapałek. Jako akcent na koniec, Ricky donośnie kichnął — głośniej, niż można by się spodziewać po kimś postury obgryzionego smażonego kurczaka.
— Żyję! — ledwo słyszalnie wydusił z siebie po dłuższej chwili młody chemik. Jego kończyny zaczęły się trząść, kiedy chwiejnie, ale z entuzjazmem rosnącym z każdą chwilą Ricky zaczął podnosić się z podłogi. Podczas upadku coś rozlało mu się w kieszeni, i jego kolano parę razy rozpaczliwie poślizgało się w poszukiwaniu oparcia, zanim syn Merkurego upadł ponownie. Potem spróbował znowu, z jeszcze większym entuzjazmem. Co spowodowało jeszcze szybszy upadek. Kiedy w końcu chwycił wyciągniętą mu na pomoc rękę — nie wiedział czyją, przed oczami latały mu plamki — prawie zwalił ową osobę na ziemię przez swoje chaotyczne ruchy. W końcu, przy wielu „kurwa” i „ja pierdolę”, Rickiemu udało się podnieść. Możliwe, że zmotywowało go „Kręci ci się w głowie? Jak tak słabo się czujesz, może zajrzymy ponownie do ambulatorium?”. Wspomnienie horrorów poza ludzkim zrozumieniem błyskawicznie wyczyściło mroczki sprzed oczu i usunęło wiotkość kończyn. Ricky stanął na obie nogi, jakby nic się nie stało. Nawet powierzchownie otarł twarz z kurzu wierzchem dłoni, żeby wyglądać bardziej przekonująco. I zdławił w sobie grymas bólu, kiedy jego biodro, lekko stłuczone przy upadku, zaprotestowało przeciwko przeniesieniu ciężaru ciała z jednej nogi na drugą. Żadnego ambulatorium nie trzeba.
— Dobra, zabierzmy się do roboty! Nie mamy całego dnia! — spojrzenie Rickiego znowu powędrowało na kółeczka, przez to całe zamieszanie odłożone na stolik kawałek stąd. Nie mógł sobie pozwolić na ich stratę. — Mamy śrubki, prawda, takie mocne? Możemy też użyć kleju.
Od razu ukucnął przy łóżku, i zaczął wyciągać — a bardziej komicznie się wyginać przy próbie wyciągania — ołowianą trumnę.
— Czy ktoś, kurwa, pilnował tego makaronu?


Kuźma?
────
[488 słów: Ricky otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz