LATO
Zanim miała skomentować pegazy w Obozie Herosów, coś zaiskrzyło w powietrzu.
Anemoi, czy tam venti, dało się łatwo rozpoznać. Były nieprzewidywalne, atakowały od razu, zazwyczaj pod postacią chłopców w archetypie „cocky fuckboy”. Nie jej definicja, ale dobrze oddawała te paskudy. Teraz ich postacie były osłonięte przez burzowe, ciemne chmury, w których co jakiś czas trzaskała cicho błyskawica. Było to większe niż zwykłe anemoi, ale to nie przeszkadzało. Większy przeciwnik może i był silniejszy, ale był też łatwiejszy do trafienia. Dahlia osłaniała spokojnie Inez przed ciosem tego potwora, dopóki nie usłyszała jej jęku „hijo de la chingada”.
— Co do… — skomentowała i poczuła nagły odrzut. Oraz zapach fasoli z puszki Campbella.
Nie, żeby to miało teraz jakieś znaczenie. Przeturlała się po ziemi i syknęła głośno pod nosem, kiedy zobaczyła drugiego potwora górującego nad rzymskim obozowiczem. Szanse w walce były nieco wyrównane, musiała tylko dopilnować, żeby Inez zdążyła wystrzelić z gastrafetesa. Zwykle jeden bełt załatwiał sprawę.
Zamachnęła się szablą w kierunku jednego z nich, ale zdążył uniknąć.
— Ha! Za wolno!
— Dobra robota, Archie! Go Bears! — wrzasnął radośnie drugi.
Po czym zaczęli prężyć muskuły, o ile usposobienia wiatrów mogą mieć jakiekolwiek, oraz przybijać sobie piątki. Inez otrząsnęła się i napięła bełt.
— Jakie niedźwiedzie?! — wrzasnęła, rozglądając się gorączkowo. — Gdzie?!
— Strzelaj!
Pocisk poszybował z prędkością, której nawet venti nie przewidział. Zostawił po sobie dziurę w burzowym bycie, który zaczął krzyczeć z bólu. Gdy jednak spodziewała się, że to słynne cesarskie złoto załatwi sprawę, rozpierzchnięta materia formowała się na nowo.
— Dziwne. Lupa uczyła mnie, że venti łatwo się roz-rozpadają.
— Fakt, dziwne. Może jest silniejszy i trzeba więcej strzał?
Kiwnęła głową.
Venti/Anemoi zwróciły się w ich stronę.
— Ej, ej, co to było?! Nie strzela się do takiego byka, jakim jest Brian! — błyskawice trzaskały częściej i mocniej niż zwykle.
— Najpierw niedźwiedź, potem byk? O co chodzi? — wymamrotała Inez.
Już jeden z venti miał się wbić w nią, z dużym impetem, gdyby nie osłonięcie przez Dahlię. Nie miała do odhaczenia w bingo złapania podirytowanej chmurki przesyconej zapachem Old Spice, ale nie miała innej opcji. Słyszała historie o ujarzmianiu tych istot, szczególnie przez przechwalające się dziecko Zeusa, ale nie miała pojęcia, że to rzeczywiście jest trudne. Brzmiało zabawnie, wykonanie gorsze. Włosy stanęły jej dęba, ale przynajmniej mogła w końcu zamachnąć się szablą, w różne kierunki. Szatkowała, jak mogła, po czym podniosła się z trudem. Niektóre błyskawice zaatakowały, chwilowo paraliżując miejsca styku z ciałem. Znowu poczuła podmuch.
Tym razem był silniejszy i impet wrzucił ją na stoisko lunaparkowe. Nie dość, że obiła plecy o ladę, przez co bardzo boleśnie syknęła, to jeszcze trafiła w drugą. Trafiła głową w blaszane puszki, strącając wszystkie. W oddali usłyszała wołanie rzymskiego półboga, ale nie zarejestrowała konkretnych słów.
Podniosła się i zauważyła Archiego szarżującego na nią. Wiele przeszła, ale gdyby dała się pokonać takiemu potworowi, oznaczonego w książce obozowej pod rubryką „jak cię pokona, to masz skill issue”, to by się mocno wstydziła. Nawet po śmierci. Nie miała czasu się zastanawiać, czemu nie poszedł w cholerę do Tartaru, albo przynajmniej się nie osłabił, tylko złapała pluszaka.
— Gratuluję, wyczyściłeś wszystkie puszki. Nagroda dla Miśka! Go Bears! — po czym cisnęła pluszakiem niedźwiedzia w bok. Zdezorientowany anemoi od razu skręcił, próbując złapać drogocenną zdobycz.
Inez trzymała się wyjątkowo dzielnie. Osłoniła się stołem, próbując wycelować w szamoczącego się dookoła Briana. Ventus zaplątał się w mnóstwo balonów, przez co wyglądał jak kretyn, a Inez ładowała pociski w niego. Przechodziły na wylot, acz z dziurami, które by wysłały normalnego potwora tam, skąd przybył.
— Dahlia, moje strzały nie działają! — jej głos był niemal płaczliwy.
— Ani moje szable. Musimy znaleźć jakieś miejsce na przemyślenie planu.
Po czym wyciągnęła ziarna z kieszeni. Wbiła je w ziemię i od razu stworzyła ścianę listowia, kupując im trochę czasu.
Venti przeskoczyły ten prowizoryczny mur, po czym atakowały kolejny raz dziewczyny. Wyglądały jak podirytowane osy, przy okazji wykrzykiwały bojowe przyśpiewki.
Na szczęście byli na tyle głupi, że się nie zorientowali, że atakują iluzje. Półboginie schowały się za ladą, zbierając siły.
— Niezłe iluzje. Ile mamy czasu?
— Na pewno dziesięć minut. Mogłabym dłużej, ale wymaga to ode mnie koncentracji. Dlaczego się nie chcą zabić? — Inez napinała gastrafetes, przy okazji badając, czy nie był uszkodzony.
— Nie mam pojęcia. Wydawało mi się, że trafiłam na pewno szablą.
— Ale jak twój spiż na niego nie działał, moje złoto też nie?
— Może powinnyśmy się zamienić? Może jeden z nich to anemoi, a drugi ventus i są odporni na metale z drużyny przeciwnej?
— Możliwe. O co chodzi z tymi niedźwiedziami?
— Trafiłyśmy na najgorszy typ potwora.
— Że taki… najsilniejszy?
— Nie, potwora, który normalnie siedzi w high school, w drużynie sportowej. Której maskotką jest brzydki niedźwiedź. Oni zapewne w wolnym czasie nękają inne dzieciaki i wsadzają ich głowy do kibli.
— A. Czyli trafiłyśmy na jocków.
Dahlia kiwnęła głową. Pomyślała, że mogło być jednak gorzej. To tylko jakieś mało inteligentne anemoi, które prężą mięśnie i gadają o niedźwiedziach. Arnar kiedyś spotkało młodociane harpie, które goniły jeno, wykrzykując włoskie brainroty.
— Daj znać, jak będziesz gotowa. Mam jeszcze sporo siły, pomijając ból pleców.
Inez nie wyglądała na przekonaną i przełykała gulę w gardle.
— A co, jak zamiana się nie powiedzie i oboje są odporni na nasze bronie?
— Wtedy będziemy improwizować. To niemożliwe, żeby byli odporni. Każdy ma jakąś słabość i musimy ją znaleźć. — mruknęła, szukając w głowie przydatnych informacji na temat anemoi.
Poprawiła chwyt w szablach i spojrzała na dziewczynę, która wyglądała trochę jak smutny szczeniak.
— Damy radę. Osłonię cię w razie czego.
────
[893 słowa: Dahlia otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz