poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Blanche CD Wintera — „Ostatni sen drzewa oliwnego”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Widok Wintera w takim stanie obudził w niej coś wręcz zwierzęcego. Instynkt, za którego sprawą wszelkie układane naprędce plany straciły na znaczeniu, a zdrowy rozsądek zszedł na dalszy plan. Nie liczyło się nic poza potrzebą pochwycenia go w ramiona i przejęcia choć połowy z jego ran i bólu. Równie mocno pragnęła rzucić się na Amazonki i samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość za to wszystko. Miotała się w żelaznym uścisku jednej z nich, zmuszona do biernego obserwowania, jak klatka, do której wpakowały go jak zwierzę, opuszczała się w ślimaczym tempie ku ziemi.
— Wypuśćcie go! To jeszcze tylko dzieciak, a do tego ranny! — krzyczała, ze spotęgowaną desperacją próbując dostać się do Wintera, gdy klatka spoczęła z łoskotem na ziemi i się otworzyła.
— To nie dzieciak, tylko mężczyzna — odpowiedziała Amazonka, ostatnie słowo wypowiadając jak wyzwisko. — Użył mocy. Jest zagrożeniem.
— Użył mocy, bo zawiesiłyście go pod sufitem jak kawał mięsa, zamiast udzielić mu pomocy. Jest ranny i zdezorientowany — syknęła Blanche. Po chwili wzięła jednak głęboki oddech, próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją i własnym położeniem. — Proszę, nie stanowimy zagrożenia. Nie wiem, dlaczego nas tu ściągnęłyście i czego chcecie. Możemy o tym porozmawiać w cywilizowany sposób, ale najpierw pozwólcie mi mu pomóc. Musimy mu podać ambrozję albo nektar…
— Wbrew temu, jak nas postrzegasz, nie jesteśmy potworami. Jego rany zostały polane nektarem. Nie może otrzymać więcej, jeśli chcesz, żeby przeżył.
No tak, Winter był dzieckiem Chione. Jego żywiołem był śnieg, a nie trawiące płomienie ognia. Najwyraźniej oparzenia były w jego przypadku dotkliwsze niż u jakiegokolwiek innego herosa czy śmiertelnika. Nie zamierzała jednak dziękować Amazonkom czy je przepraszać za niewłaściwą ocenę. Podanie nektaru nastolatkowi poparzonemu przez grecki ogień było absolutnym minimum, a jedyne, co zrobiły poza tym, było wpakowanie go w obrożę i klatkę, jak kundla.
Po chwili, która zapewne służyła upewnieniu się, że Winter nie stanowi w tej chwili zagrożenia, a która zdawała się trwać całą wieczność, ludzka zapora pomiędzy matką a synem się rozstąpiła. W dwóch długich krokach znalazła się obok niego i uderzyła kolanami w zimną posadzkę, padając u jego boku. Odgarnęła czule włosy z jego twarzy — z tej jej połowy, której widok nie przyprawiał o mdłości — pragnąc upewnić się, że naprawdę wciąż tu jest, że go nie utraciła.
— Jestem tu. Wszystko będzie dobrze. Wydostaniemy się stąd — wyszeptała, nachyliwszy się ku niemu. Nie dbała zbytnio o to, czy otaczające ich wojowniczki to słyszały. Zignorowała to, że tak naprawdę nie miała pojęcia, jak mieliby się wydostać z tego okropnego miejsca. Liczyło się tylko to, by zapewnić mu choć odrobinę komfortu w tej strasznej chwili.
Jej serce prawie pękło, kiedy Winter wtulił się w jej dłoń. Był prawie dorosły, lecz w tej chwili wyglądał na tak drobnego, tak młodego. Jak gdyby te wszystkie lata od ich pierwszego spotkania zatarły się i znowu miała przed sobą chłopca w kolorowej bluzce z jamnikiem i rękami obklejonymi plasterkami z Kubusiem Puchatkiem.
— No, dość już tych ckliwych scenek. Wstawajcie — zażądała jedna ze stojących nad nimi wojowniczek, trącając bok Wintera czubkiem buta. Nie było to mocne kopnięcie, lecz wystarczyło, by Blanche znowu wpadła w ledwo powstrzymywaną furię.
Żadna z Amazonek nie zwracała uwagi na pełne bólu odgłosy wymykające się z ust Wintera, kiedy siłą stawiały go do pionu. Blanche po raz pierwszy w swoim życiu prawdziwie pożałowała, że nie była córką jakiegokolwiek innego bóstwa, które zapewniłoby jej coś więcej niż (nie zawsze działające) zwiększone szczęście. Wiedziała, że samymi tymi myślami mogła na siebie sprowadzić nie siedem, a siedemdziesiąt lat nieszczęścia, lecz boska duma jej matki była ostatnią sprawą, jaką miała na myśli. Nawet władza nad roślinkami byłaby bardziej przydatna do ochrony Wintera, odnalezienia Ziona i wydostania ich stąd niż większe prawdopodobieństwo trafienia szóstki w totolotka.
Wojowniczki prowadziły ich przez labirynt regałów wypełnionych kartonami przeróżnych rozmiarów. Blanche miała wrażenie, że wojowniczki celowo wybrały dłuższą, bardziej zagmatwaną trasę, a przez chwilę być może nawet chodzili w kółko, by utrudnić im zapamiętanie przebytej drogi. Poruszali się powoli, z Winterem wspartym na niej i przystającym co chwila. W pewnym momencie zwymiotował na lśniącą posadzkę, zapewne na skutek wdychanych wcześniej oparów greckiego ognia. Blanche otarła jego spocone czoło związanymi dłońmi i szeptała słowa, które w jej bezradności nawet jej samej zdawały się puste. Nie pamiętała, kiedy ostatnio była w aż tak beznadziejnej sytuacji.
W końcu wprowadzono ich do pomieszczenia wyglądającego jak sala konferencyjna i postawiono przed obliczem dwudziestoparoletniej kobiety. Mimo jej wyniosłej postury i surowego wyrazu twarzy dopiero złoty pas spoczywający na jej biodrach uświadomił Blanche, że oto mają przed sobą królową Amazonek. Jej skupienie nie pozostało na kobiecie zbyt długo, gdyż oto tuż obok, na jednym z zapewne piekielnie niewygodnych krzeseł zasiadał Zion. A raczej zwisał z niego, przywiązany do oparcia łańcuchem, w obroży takiej samej, jaka spoczywała na szyi Wintera, i nieprzytomny. Choć przez chwilę Blanche wyobrażała sobie najgorsze, jego klatka piersiowo wciąż miarowo unosiła się i opadała.
— Kolejni goście — powitała ich królowa z uśmiechem, który nawet nie próbował wyglądać na szczery i serdeczny. — Proszę, usiądźcie. Mamy dużo spraw do omówienia. Jak widzicie, wasz przyjaciel jest tymczasowo niedysponowany, ale niedługo powinien wrócić do siebie i dołączyć do naszej rozmowy.
Blanche nie zamierzała siadać. Nie ufała nikomu, poza Winterem i Zionem, ani niczemu w tym budynku, włączając w to krzesła. Zanim jednak zdołała grzecznie odmówić, została pchnięta na jedno z siedzeń, a pozbawiony jej oparcia Winter opadł na krzesło obok niej. Wbrew temu, czego się obawiała, nie uruchomił się żaden tajny mechanizm, który obwiązałby ich łańcuchami lub unieruchomił w żaden inny sposób. Nie uspokoiło jej to jednak ani trochę.
— Czy mogłabym się nareszcie dowiedzieć, dlaczego nas uprowadziłyście i przetrzymujecie? — spytała bez ogródek. Jej cierpliwość i dobre maniery zostały gdzieś w płomieniach w mieszkaniu Ziona.
— Prosto do sedna. Podoba mi się to — mruknęła przywódczyni wojowniczek. Zamiast na krześle, usiadła na skraju stołu. Być może jednak gdzieś posiadała ukryty guzik, którym zdołałaby ich przytwierdzić do krzeseł w ułamku sekundy, jeśli wykonają jeden niewłaściwy ruch. — Pozwól jednak, że zanim odpowiem na twoje pytanie, zadam własne. — Nachyliła się ku nim, przez chwilę wodząc spojrzeniem pomiędzy Blanche, Winterem a wciąż nieprzytomnym Zionem. — Co wiecie na temat Thalestris?
Ani Blanche, ani Winter nie wiedzieli nic o Thalestris. Dlatego też otrzymali skrócony kurs dawnych dziejów, w którym poznali opowieść o ostatniej odnotowanej na kartach historii królowej Amazonek, po której śmierci ich społeczność przeniosła się do ukrycia. Blanche niezbyt interesował wywód o kobiecie, która zabajerowała Aleksandra Wielkiego, by spłodzić z nim Amazonkę 2.0., najpotężniejszą dziewczynkę na świecie, jednak perfekcyjnie naostrzone włócznie wycelowane w ich kierunku nakazały jej kiwać głową w odpowiednich momentach i powstrzymywać ziewanie.
— Nie lubimy wspominać o tej części naszych dziejów, ale kilkadziesiąt lat temu para włóczni należących do Thalestris została skradziona — kontynuowała obecna królowa Amazonek. Sądząc po grymasie na jej twarzy, sprawa ta stanowiła plamę na honorze ich społeczności. — Tego haniebnego czynu dokonała zdrajczyni, która odeszła z naszych szeregów i ukrywała się przed nami latami, jak się później okazało, sprowadzając na ten świat dziecko, które potem miało swoje dzieci i tak dalej… Kilka pokoleń zajęło nam odnalezienie jej potomka, ale oto jest, Zion McQueen. Broni nie było jednak w jego mieszkaniu, a on niestety nie chce nam powiedzieć, gdzie się znajdują. Dlatego cieszymy się, że wy do nas dołączyliście, ponieważ jeśli pomożecie nam wybyć od niego tę informację, jesteśmy gotowe puścić was wolno — zakończyła z uśmiechem, który stanowił groźbę. Współpracujcie albo zginiecie marnie.


Winter?
────
[1200 słów: Blanche otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz