LATO V
Na swojej liście, obok taska: „Zostać porwanym”, Arnar zamaszystym gestem rysuje prześlicznego ptaszka (tak zawsze czytało w gazetkach i innych magazynach – wykonane zadania odznaczać ptaszkami; trochę mu się to nie podoba, bo ptaki należą do szeroko pojętego królestwa zwierząt, więc zamiast nich rysuje uproszczone loga McDonalda, na widok który również trochę się wstydzi). Zuperłnie szczerze nie spodziewało się, że będzie miało na tyle szczęścia, żeby naprawdę zostać pełnoprawnie porwanym. Raczej myślało, że będzie musiało specjalnie ukartować całą sytuację, ale tego by sobie w życiu nie wybaczyło. Nawet jako bardzo dumne ze swojego pochodzenia dziecko Hermesa ma jakieś zasady honoru i jeśli przez oszustwo może dojść do celu, to jeszcze spoko, ale jeśli oszustwo jest tym celem, to odbiera to bardzo dużą część zabawy w odhaczaniu rzeczy na liście zadań.
– Panowie są wspaniali – zwraca się do dwójki mężczyzn w garniturach i ciemnych okularach, którzy ze skwaszonymi minami skupiają się na gburowatym prowadzeniu limuzyny. – Dzięki panom spełniłom swoje marzenie. Chcą panowie parę pesos, może?
Mężczyźni mu nie odpowiedzieli, ale wqymienili ze sobą trochę zdezorientowane spojrzenia, które Arnar odebrało jako: „Nie mamy pojęcia, czym, do jasnego chuja, jest pesos”, ale tak naprawdę oznaczały: „PRZECIEŻ NIE BRALIŚMY NIKOGO Z PSYCHIATRYKA”.
Zadowolone Arnar rozsiadło się wygodniej na tylnej kanapie luiksusowego samochodu i wyjrzało przez ciemną szybę na migające za oknem miasto. Nawet go nie związali, choć ono tak naprawdę trochę nalegało, bo w końcu to jedna z podstawowych zasad bycia porwanym. Może poszło za nimi zbyt dobrowolnie, więc w sumie nie musleli sie wysilać. Postanowiło machnąć na to ręką i skupić się na tym, że będzie musiało uciec, zanim postanowią poodcinać mu palce. W jego głowie jest to zdecydowanie znacznie bardziej proste niż powinno być. Może to dzięki tamtej ucieczce przed gorgoną jest takie pewne siebie.
Limuzyna wreszcie zajeżdża na miejsce, a przynajmniej Arnar domyśla się tergo dzięki temu, że się zatrzymali. I nie zatrzymali się na stacji paliw ani pod Walmartem, więc to oznacza, że są u celu. Proste rozumowanie nader inteligentnego półboga.
Jeden z facetów w okularach otwiera mu drzwi, drugi mamrocze coś co może być zarówno „Chodź za nami” jak i „Chłód złamany”. Arnar drogą czystej dedukcji dociera do tego, która z tych opcji jest poprawna i posłusznie idzie za mężczyznami.
– O cholerka – wydusza z siebie, gdy przed nim, jak spod ziemi, wyrasta znajoma postać (czyli facet, któremu ukradło portfel i z Lucienem sprawili, że rzuciła go jego ówczesna lala). – Pan… Lewis Trolley?
– Lawliet Taylor.
– Aha. No tak. Rzeczywiście – oznajmia Arnar z uśmiechem, przyglądając się Taylorowi, który ani trochę nie wydaje się zadowolony z ich ponownego spotkania, choć najwyraźniej to on tutaj sprawadził nieszczęsnego półboga. – Jak się pan ma?
– Posłuchaj, jak oddasz mi moje pieniądze, to wszystko rozejdzie się po kościach. I żadnej z twoich nie połamiemy.
– Mhmmmmm – mruczy Arnar, kiwając się na piętach. – Ale ja ich nie mam.
– ???
– No. Nie mam. Gdzieś mi musiał wypaść.
Lawliet Taylor nie wytrzymuje i jego twarz przybiera bardziej znajomy Arnar kolor – wściekłą czerwień. Zamiast poprosić o to swoich ochroniarzy (z których jeden dłubie w nosie, a drugi drapie się po dupie), rzuca się na herosa samodzielnie i wychodzi mu to co najwyżej miernie. Arnar nawet nie musi się wysilać, bo nawet we śnie jest szybsze od faceta w obcisłym garniaku, który chyba w swoich najśmielszych snach jest w stanie ukryć wystający piwny brzuszek.
– To ja będę lecieć – oznajmia Arnar po uniknięciu kolejnych kilku ciosów, patrząc prosto w oczy zadyszanego Lawlieta Taylora. – Ale mogę dać panu parę pesos, bo i tak mi się do niczego nie przydadzą. Znaczy, mogłobym przejść się do kantoru, ale ciągle o tym zapominam.
– AAAAARFFHFHHFFGGGGGGGGGGGGGGGGH – odpowiada Lawliet Taylor, podczas gdy jego ochroniarze przyglądają się tej żałosnej potyczce z bezpiecznej odległości.
– No to nie. Strzałeczka! – Arnar, dumne z siebie, opuszcza miejsce zdarzenia. Za sobą słyszy wrzask Lawlieta Taylora, który karze swoim facetom w okularkach przeciwsłonecznych gonić uciekiniera, ale okazuje się, że to właśnie uciekinier miał być fundatorem ich wypłaty.
Jak w każdym filmie akcji tego typu, Arnar bezpiecznie ukrywa się w ciemnym zaułku po szybkim zakupie wody mineralnej na pobliskiej stacji benzynowej. Znalezionym w kieszeni drucikiem robi dziury w zakrętce i w świetle już powoli zachodzącego słońca rozbryzguje wodę na prawie całą alejkę.
Tęcza jakaś jest, ale trochę marna.
Wygrzebuje z kieszeni coś, co w dotyku bardziej przypomina drachmę, niż pesos albo dolary i rzuca tym w ledwo migocącą tęczunię.
– Hej Iris, jesteś super bardzo cię lubię. Połączysz mnie z Dahlią Chestnut, ładnie proszę? – Drachma znika, a zamiast niej w kropelkach wody pojawia się rozdygotana twarz, która nie jest twarzą córki Demeter. – Pęcisław?
– ARnR?
– Hej, Pęcisław, porwali mnie.
– …c0?
– Porwali. Jestem gdzieś trochę daleko, ale w sumie to nie wiem, gdzie.
– dhIa ćb szka!!!
– Eeeeee, okej? Powiedz Dahlii, że wrócę jakimś autobusem do centrum, oki? Chyba daleko nie jestem, ale nie wiem w sumie.
– KRWA N SŁSZ Ć.
Arnar nie zdążyło się pożegnać, bo skończyła mu się woda mineralna. Z poczuciem dobrze wykonanego zadania, idzie szukać najbliższego przystanku autobusowego.
────
[816 słów: Arnar otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz