JESIEŃ
Theodore Hemnes jawnie i niezaprzeczalnie był tchórzem.
Nie było w nim ani krzty odwagi, żeby odprawić Charliego z kwitkiem. W milczeniu odsunął się na bok, wpuszczając chłopaka do środka. Deszcz kropel spadł z jego ubrań i włosów na wytartą podłogę korytarza. Z zakłopotaniem przeczesał palcami zlepione wilgocią kosmyki. Theo nigdy nie widział, żeby Charlie zachowywał się tak niepewnie w tym mieszkaniu. Nawet kiedy odwiedził go pierwszy raz, czuł się jak u siebie.
Teraz jednak stał na środku korytarza, wyłamując palce, gdy u jego stóp tworzyła się niewielka kałuża z deszczówki.
— Przyniosę mopa — rzucił w końcu Theo i czym prędzej zniknął w kuchni.
Spędził tam zdecydowanie więcej niż czasu, niż zajmowało wzięcie do ręki stojącego pod ścianą mopa. Skupiał się głównie na tym, żeby wyrzucić z głowy obraz wściekle różowych włosów, zadymionego salonu i czyichś orzechowych oczu. Kiedy w końcu zebrał się w sobie i wrócił na korytarz, Charliego już tam nie było. Tam, gdzie wcześniej stał, zostały tylko jego buty, za to podłogę znaczył smutny, mokry ślad prowadzący aż do łazienki. Ze szpary, którą stworzyły uchylone drzwi, wylewał się miękki strumień światła. W maleńkim pomieszczeniu chłopak zajęty był odciskaniem wody ze swojej bluzy, z której jakoś w końcu się oswobodził. Koszulkę też miał przesiąkniętą wilgocią, ale przynajmniej już nie kapała niego woda. Mniej więcej.
Theo chwilę spędził wpatrując się w wąski obraz, jaki prezentowała mu szpara w drzwiach. Potem przełknął ślinę i zabrał się za wycieranie mokrych śladów z podłogi. Dobrze, że miał coś, czym mógł zająć ręce. Łatwiej było mu wywijać mopem niż myśleć o tym, że w końcu dojdzie do konfrontacji, której tak rozpaczliwie próbował uniknąć. Kiedy skończył, a Charlie wciąż siedział w łazience, wrócił do kuchni, żeby nastawić wodę na herbatę. W głowie słyszał głos Marie, który napominał go, że gościem trzeba się zająć, jednak ciężko mu było myśleć o Charliem w kategorii gościa.
Gdy grzebał w szafce w poszukiwaniu dodatkowej torebki cukru (Charlie nie potrafił znieść nawet myśli o gorzkiej herbacie), usłyszał cichy trzask zamykanych drzwi łazienki, a zaraz potem kilka powolnych kroków. Nie odwrócił się, kiedy chłopak odsunął sobie jedno z krzeseł przy kuchennych stole i na nim usiadł. Już przypomniał sobie, gdzie jest cukier, ale dalej przetrząsał wszystkie szafki po kolei. Dzięki temu przynajmniej stał odwrócony do Charliego plecami.
— Skąd wiedziałeś, że jestem w domu? — zapytał w końcu, przerywając nieznośną ciszę. Wolał zacząć od łatwiejszych pytań.
— …Twoja mama dała mi znać. Poprosiłem ją o to parę tygodni temu. Powiedziałem, że nie odpisujesz na żadne wiadomości, a ona chyba zaczęła się martwić, że się pokłóciliśmy, czy coś…. nie wiem. Pokłóciliśmy się? — Wahanie w głosie Charliego tak bardzo do niego nie pasowało, że Theo poczuł, jak na pół sekundy oddech staje mu w piersi.
Powoli postawił na blacie w końcu „znaleziony” cukier.
— Nie — odpowiedział obojętnie. — Zielona czy borówkowa? — dopytał, przechodząc do szuflady, w której trzymali herbatę.
— Borówkowa.
Charlie nerwowo podrapał się po karku, zauważając, że przyjaciel nie spojrzał na niego ani razu, odkąd wszedł do kuchni.
— To… co się stało? Przesadziłem wtedy z alkoholem, mało pamiętam. Strasznego miałem po tym kaca — powiedział, parskając słabą imitacją swojego normalnego śmiechu. — Christie zadzwoniła do mnie z samego rana po imprezie i strasznie mnie opieprzyła. Powiedziała, że jestem skończonym idiotą. Myślałem, że chodzi jej o Dorcas, ale potem kazała mi z tobą „w końcu porozmawiać” i się rozłączyła — dodał, skubiąc skórkę przy lewym kciuku. — Pytałem parę razy, ale nic więcej nie chciała mi powiedzieć. Ty nie odpisywałeś na żadne wiadomości i wracałeś do domu. Nie wiem, co zrobiłem, ale chciałbym to wyjaśnić, żebyś znowu chciał ze mną rozmawiać. Jesteś moim najlepszym przyjacielem.
Przez kuchnię przedarł się głośny gwizd czajnika.
Ramiona Theodore'a zesztywniały już kiedy z ust chłopaka padło imię Dorcas. Potem było tylko coraz gorzej. Dopiero po chwili zorientował się, że pisk, który brzęczał mu w uszach wcale nie powstał w jego głowie, tylko pochodzi od czajnika. Powoli sięgnął dłonią i wyłączył kuchenkę. Wyciągając kubki z szafki usłyszał, jak za nim Charliemu wyrywa się ziewnięcie. Pierdolone zdolności. Aura senności musiała wylewać się z niego falami, kiedy ledwo mógł opanować drżenie dłoni.
Kiedy stawiał przed Charliem kubek z posłodzoną już herbatą, wciąż na niego nie patrzył. Wlepiał wzrok w drewniany blat stołu, siadając na przeciwko chłopaka. Mocno trzymał swój kubek w dłoniach, chociaż parzył go w palce.
— Wcale nie jeżdżę do szkoły tylko do obozu dla potomków rzymskich bogów i dlatego nie mam telefonu bo zeżarłyby mnie potwory i moim ojcem jest Hypnos czyli bóg snu i dlatego teraz ziewasz bo nie umiem się kurwa kontrolować — wyrzucił z siebie ciurkiem.
Nie wiedział, dlaczego to powiedział. Ukrywał przed Charliem dwie bardzo ważne prawdy o sobie, i w ostateczności wolał zrzucić na niego tą drugą. Wbrew pozorom, mogła dokonać mniejszych szkód. W końcu zacisnął usta w wąską linię i uniósł wzrok na chłopaka. Jasne włosy zdążyły mu już przeschnąć i znów wyglądały na miękkie. Właśnie unosił kubek do ust, kiedy Theo zrzucił na niego bombę. Ostrożnie odstawił go z powrotem na stół.
— Że co? — zapytał, wpatrując się w przyjaciela z czymś w rodzaju zmieszanej konsternacji, zdziwienia i bardzo intensywnego myślenia. W końcu trzasnął się otwartą dłonią w czoło tak niespodziewanie, że Theodore prawie podskoczył. — Japierdole. Wiedziałem, że to nie może być zwykła szkoła. Za mało o niej mówiłeś, poza tym ty nigdy nie chciałeś się uczyć. Boże.
Charlie zamilkł i zamrugał kilkakrotnie.
— I co, biega tam jakiś Zeus? — wypalił po chwili.
— …To mitologia grecka. W rzymskiej jest Jupiter. Nie mów o bogach. Jak im się nudzi, to podsłuchują. Częściej, niż faktycznie się do nas odzywają — odpowiedział Theo, czując, jak jego myśli powoli wracają na odpowiednie tory.
Niezbyt długo mógł się tym cieszyć, bo Charlie w końcu znowu zmarszczył brwi.
— Mam dużo pytań. Bardzo dużo. Ale to wcale nie wyjaśnia, dlaczego nie dałeś znaku życia rzez półtorej miesiąca — powiedział w końcu, przez to Theo znowu odwrócił wzrok.
Charlie właśnie usłyszał, że ojcem jego najlepszego przyjaciela jest bóstwo, a i tak bardziej martwił się o to, czy między nimi jest wszystko w porządku. Może to właśnie dlatego Theo czuł się tak, jak się czuł. Charlie miał priorytety na dobrym miejscu.
— Co u Dorcas? — zapytał zamiast odpowiadać.
Pożałował tego pytania, kiedy tylko twarz chłopaka wykrzywił grymas.
— Czemu pytasz? — Napił się herbaty. — Anya wyrzuciła ją z imprezy niedługo potem, jak poszedłeś. Razem z jakimś tam Aidenem z którym się obściskiwała, kiedy ja byłem zajęty leżeniem na kanapie. Nie widziałem jej od tamtego czasu i więcej nie chce. Zachlałem wtedy wszystkie szare komórki i głupio zrobiłem. Mam nauczkę. Kobiety to chyba jednak nie dla mnie — powiedział, z westchnięciem się przeciągając. Naprawdę oczy mu się kleiły. Ramiona Theodore'a za to znowu zesztywniały. — Zaraz. Boże, Theo. Ty się tak o nią wkurzyłeś? — zapytał, unosząc brwi.
Theodore nie zaprzeczył, więc Charlie wiedział, że trafił w sedno.
— Przepraszam, że cię tam tak dla niej zostawiłem. Byłem pijany, ona się nagle napatoczyła i… no. Jakbym mógł to powtórzyć to od razu kazałbym jej spieprzać. Wiem, że nie chciałeś iść na tą imprezę, a ja cię zaciągnąłem i na końcu zepsułem sprawę. Nie chciałem, serio.
Wyglądał na szczerze zmartwionego. Theo rozchylił usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale o chwili na powrót je zamknął. Potrząsnął tylko głową. Może lepiej było to zostawić tak, jak było.
— Nikogo tam nie znałem. A na nią od początku było szkoda twojego czasu — powiedział jedynie zdawkowo, ale Charlie westchnął z ulgą.
— Jezu, trzeba było tak od razu. Prawie sobie wyrwałem połowę włosów kiedy cię nie było. Nie strasz mnie tak więcej — poprosił, a na jego usta wrócił pewniejszy uśmiech. Taki, jaki Theo znał.
Theo poczuł bardzo nieprzyjemny dysonans. Z jednej strony w jego klatce piersiowej rozlało się ciepło, a z drugiej coś bardzo nieprzyjemnie kuło go w środku. Postarał się to w sobie zdusić. Wiele rzeczy był w stanie zrobić, żeby znowu mieć najlepszego przyjaciela. Nawet jeżeli coś miało go przy tym non stop boleć.
Posłał chłopakowi krzywy uśmiech.
— Wiesz, jak jest. Nie lubię gadać o emocjach — powiedział jedynie.
— Wiem, wiem. Czaję.
Przez krótką chwilę panowała cisza, kiedy oboje w tym samym momencie sięgnęli po swoje kubki.
— Teraz czekam na co najmniej dwugodzinne wyjaśnienia na temat twojego obozu. Chcę wiedzieć wszystko. Dalej nie jestem na sto procent pewien, że ci się to nie przyśniło — dodał Charlie, marszcząc nos.
Theo westchnął, odstawił kubek i podwinął rękaw swetra, pokazując chłopakowi obozowy tatuaż. Brwi Charliego poszybowały tak wysoko, że prawie zniknęły pod rozczochraną grzywką.
— Okej. O tym też mi opowiesz. Zaczynaj.
Chłopak zignorował szpilę, która nieustannie dźgała go w serce i zaczął opowiadać o tym, jak pewnego pięknego dnia spotkał wielką, przerażającą, magiczną wilczycę.
[1413 słów: Theodore otrzymuje 14 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz