LATO
Uwaga Arisu o przejrzeniu najstarszych rzeczy miała sens. Cherry była prawie pewna, że niektóre z tych rekwizytów były mniej więcej w takim samym wieku, co Starożytny Rzym (a z całą pewnością takie miała wrażenie po niesamowitej ilości kurzu, od której nieustannie kręciło jej się w nosie). Nie zdziwiłoby jej, gdyby w którymś z tych kartonów znajdowało się używane tersorium cesarza Kaliguli albo coś podobnego, co nie nadawało się do skarbca magicznych artefaktów, ale było zbyt starożytne, żeby tak po prostu wyrzucić je do śmieci. Wyciągnęła z przeglądanego przed nią pudła poplątaną girlandę i odłożyła dekorację na prowizoryczną kupkę rzeczy na pewno nadających się do wyrzucenia.
Pytanie o brokat i konfetti zbiło ją z tropu. Cherry uniosła wzrok, zobaczyła absolutnie zdegustowaną minę drugiej dziewczyny odrażonej widokiem tuby z konfetti i nie mogła powstrzymać śmiechu. Zastawiła usta, próbując się uspokoić i chociaż trochę ukryć fakt, że aż tak ją to rozbawiło, nie chciała przecież, żeby Arisu pomyślała, że się z niej śmieje. Nie śmiała się przecież dosłownie z niej. Bardziej śmieszył ją fakt, że taka wojowniczka jak Arisu całkiem poważnie brzydziła się brokatem.
— Przepraszam, przepraszam — powtórzyła Cherry, kiedy przestała chichotać. Na jej twarzy nadal plątał się głupi uśmieszek. — Nie śmieję się z ciebie. Nie musimy używać konfetti i brokatu, jeśli ich nie lubisz. Jakby nie było, to my ustalamy, co będzie w tym roku tematem przewodnim.
Stety lub niestety brokat był ważnym elementem większości dekoracji, które posiadali. No bo przecież kto nie lubił brokatu? Może świecidełka były jedną rzeczą, ale sprzątanie po nim to drugie. Po kilkunastu minutach przeglądania pudeł Cherry zaczęła zauważać wplątane płatki brokatu w miejscach wszelakich i spodziewała się znajdować je na sobie jeszcze przez najbliższy tydzień. Otrzepała dłonie, próbując zrzucić z siebie resztki mikroplastiku.
Może nawet trochę popierała Arisu. W jej domu rodzinnym zawsze było pełno ozdóbek i popierdółek. Jej mama była artystką, brokat nie był obcym jej widokiem. Cherry uważała się za minimalistkę, bo na wspomnienie o wszystkich pstrokatych rzeczach w mieszkaniu zbierało jej się na mdłości. W studio matki panował wieczny bałagan, farby i inne fikuśne przyrządy artystyczne walały się po podłodze, nieużywane sztalugi zastawiały okna, a podniszczone obrazy były ustawione wzdłuż ściany i przesuwane tylko w trakcie mycia podłóg, bo chociaż Melanie uważała je za swoje twórcze porażki, to nie mogła zdobyć się na wyrzucenie ich. Odłożenie na kupkę śmieci kolejnego śmierdzącego proporca było dla Cherry wręcz wyzwalające.
— Jestem raczej minimalistką — zaczęła Cherry, zagajając o temat przewodni imprezy. Przeniosła wzrok od Arisu i bardzo szybko omiotła ją wzrokiem od stóp do głów. Odcienie szarości w ubiorze dziewczyny zdecydowanie kontrastowały z różowym image Cherry. — I sądzę, że ty chyba też. — Westchnęła. — Wiesz, możemy się po prostu nie przejmować tym całym pseudokonkursem na to, kto zrobi większe show. I tak nie przebijemy Pierwszej Kohorty sprzed trzech lat, która przygotowała wszystko w cesarskim złocie.
Na wspomnienie o incydencie z Pierwszą Kohortą Arisu nawet nie próbowała ukryć, że się skrzywiła. Jedynka słynęła z legatariuszy, którzy drzewo genealogiczne mieli prawie tak poplątane, jak prawdziwi rzymscy bogowie. Parę nepotycznych wtyków to tu, to tam, Obóz Jupiter obsypany w cesarskim złocie nie był dla nich czymś niezwykłym. Cherry, tak jak większość osób z niższych rangą kohort, nie przepadała za chwalącymi się na prawo i lewo bananowymi dziećmi. Ostatecznie Hayashi wyraźnie odetchnęła, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że centurionka jest po jej stronie.
— Nikt nie powiedział, że minimalistyczny festiwal też nie może robić wrażenia — odpowiedziała. Próbowała się przy tym uśmiechnąć, ale wyglądało, jakby zapomniała, jak to się robi. Cherry uśmiechnęła się zamiast niej.
Odeszła kilka kroków w tył, żeby stanąć na samym środku magazynu. Cherry należała do wyższych dziewczyn, ale nawet ona nie mogła sięgnąć do pudeł ustawionych przy samym suficie. Większość kartonów leżących na widoku zdążyła już w myślach posegregować jako „mniej warte uwagi” i „bardziej warte uwagi”.
— Chyba potrzebuję drabiny — obwieściła ze wzrokiem wlepionym w najwyższe kartony.
— Myślisz, że tam będzie coś, czego użyjemy? — zapytała Arisu. Głos dziewczyny nie ociekał w żaden sposób jadem, ale Cherry pomyślała, że Arisu nie uznała tego za dobry pomysł, w końcu mieli jeszcze inne pudła do dokładnej segregacji.
— Tylko zajrzę, co tam jest — rzuciła w odpowiedzi, rozglądając się za kątami pomieszczenia i ukrytymi miejscami, żeby znaleźć drabinę. Drewniana drabina schowała się między regałem magazynowym a ścianą. — Chcę mniej więcej się zorientować, co gdzie jest, potem możemy ułożyć jakiś plan, czego potrzebujemy. Vergil powiedział, że w razie potrzeby możemy skorzystać z obozowego budżetu i coś dokupić, ale chyba wystarczy nam to, co tutaj mamy. I tak będzie tylko więcej śmieci.
Oparła drabinę o chyboczący się regał. Zbutwiałe drewno i klekoczące półki nie świadczyły o tym, że jest to najlepszy czy w ogóle najmądrzejszy pomysł. Gdyby Cherry miała coś dopisać do obozowego budżetu zamiast kiczowatych dekoracji, byłby to nowy sprzęt w obozie. Leczenie legatariuszy po wypadkach z wysokości to jedno, problem pojawiał się wtedy, jeśli w wypadku ucierpiałby sam lekarz.
Arisu trzymała się blisko, sprawdzając kartony na wysokości jej rąk. Jeśli przeniosła się po to, żeby asekurować drabinę, to nic nie powiedziała, ale i tak Cherry trochę to pocieszyło. Było to jakieś wsparcie, nawet jeśli oznaczało, że potencjalnie obie wylądowałyby w ambulatorium.
Szczebel zaskrzypiał, kiedy Cherry postawiła na nim nogę. Delikatnie kopnęła go kilka razy czubkiem buta, żeby sprawdzić, czy nie zawali się od razu pod jej ciężarem, po czym wspięła się aż do najwyższej półki. Udało jej się nawet ignorować niestabilną drabinę, w momencie, kiedy zaczęła zaglądać do pudeł.
— Sporo tu obozowych rzeczy — powiedziała do Arisu, chociaż nie pofatygowała się, żeby spojrzeć w dół. — Jakieś bannery SPQR, flagi, jest nawet zapasowy orzeł Piątej Kohorty. Ale taki… plastikowy. Chyba używali go, kiedy ten prawdziwy się zgubił. — Zmarszczyła brwi. — W sumie to całkiem dziwne, że nikt nie ruszał tych rzeczy.
— Może przez to, że ktoś położył to na najwyższej półce, nikomu nie chciało się sprawdzać, co tam jest?
— Może. Podam ci to pudło, dobra? Uwaga, wygląda na ciężkie.
Słowa wypowiedziane chwilę przed tragedią. Cherry podniosła obiema rękoma karton i w tym samym momencie usłyszała kliknięcie. Nie zdążyła się wycofać, bo w tej sekundzie wszystkie kartony na najwyższej półce wybuchły w powietrze — o, ironio — brokatem. Pisnęła i przytrzymała się regałów, chybocząc półkami jeszcze mocniej, a na koniec całego brokatowego występu stoczyła się jeszcze ostatnia tuba z konfetti i wybuchła z żałosnym, pierdzącym odgłosem na podłogę. Ta sama tuba, którą wcześniej odłożyła Arisu.
Usłyszała, jak druga dziewczyna przeklina. Cherry zachwiała się i zeskoczyła z drabiny. To, że jakimś cudem nie wybiła sobie wszystkich zębów, był chyba tylko darem podarowanym jej od matki Arisu.
Szybko pożałowała, że nie spadła i nie skończyła nieprzytomna na podłodze. Ten pieprzony brokat był wszędzie. Jeśli Cherry wcześniej myślała, że będzie płatki brokatu znajdować przez następny tydzień, to teraz była pewna, że nie pozbędzie się go aż do następnego festiwalu. Był na niej, na Arisu, na podłodze, pewnie nawet jakiś zapomniany pająk w kącie skończył brokatowy. Czuła go we włosach i na twarzy.
— Kurwa — powiedziała krótko, wyjątkowo spokojnie jak na to, że brokat miała nawet w piździe.
Z któregoś kartonu wystrzelił papierowy samolocik origami, który spadł tuż pod stopami Cherry. Na skrzydle miał koślawy, brokatowy napis: „AKADEMIA PRANKUW MERWKURWIAKÓW”.
— Chyba muszę sobie usiąść — powiedziała, bo tylko liczenie od dziesięciu do zera i myślenie o słodkich szczeniaczkach powstrzymywało ją, żeby się nie rozpłakać i nie zabić pierwszego lepszego dziecka Merkurego, które znajdzie.
────
[1204 słowa: Cherry otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz