JESIEŃ IV
Kuźma zaczyna gubić się w tym całym chaosie. Jeszcze przed chwilą była pewna, że trumny NIE MA pod łóżkiem, tylko spokojnie leży wyciągnięta na podłodze baraku, gotowa na przykręcenie kółeczek. Oraz myślała, że makaron jest totalnie bezpieczny i nic nie zostanie przeżarte kwasem. Chyba się myliła. Prawdopodobnie za mało spała, nie wypiła niczego, co zawiera jakąkolwiek kofeinę i teraz to, co myśli zupełnie nie zgadza się z rzeczywistością i jakby chciała przejść się na spacer, to zostałaby stratowana przez słonia, uprzednio nie zauważywszy, że z prędkością sześćdziesięciu dziewięciu kilometrów na godzinę naciera prosto na nią.
Z przerażeniem rozgląda się, poszukując neonowej fioletowej mazi gdziekolwiek, gdzie jeszcze nie wyrządziła większych szkód.
Mazi nigdzie nie odnajduje. Ani makaronu. Ani w ogóle czegokolwiek. Jedynym, co przedziera się do jej mózgu, krzycząc „KURWA ZARAZ UMRZEMY” jest niewytłumaczalnie nieprzyjemny zapach, który równocześnie jest, z jakiegoś powodu, kompletnie dla niej nieidentyfikowalny. Nie jest to klasyczny swąd spalenizny, który zazwyczaj unosi się w tym baraku choćby jako cień jednego z eksperymentów Ricky'ego. Nie jest to też zapach chemikaliów, który zazwyczaj otacza Ricky'ego jak jakieś drogie i bardzo wytrzymałe perfumy (prawdopodobnie wszystkie jego ubrania są przesiąknięte całym układem okresowym oraz wieloma niemieckimi specyfikami, które miały w pokrętny sposób doczyścić szczególnie niezmywalne plamy, a jedyne, co zrobiły, to dorobiły kolejnych dziur w najbardziej odświętnej i najbardziej białej koszuli Ricky'ego).
Kuźma, coraz bardziej zaniepokojona, zaczyna szukać dymu albo czegoś, co zwiastowałoby nadchodzący wybuch. Wszystkie dzieciaki Wulkana również zaczynają w panice obracać głowy, jako broń ściskając w spoconych dłoniach śrubokręty. Ricky wreszcie wysuwa swój wypięty kuper spod łóżka, gwałtownymi ruchami wycierając twarz z jakiegoś szarego pyłu… bardziej przypomina szarą ciecz nienewtonowską i wszystkie próby starcia tego czegoś z policzków chemika skutkują dokładnie niczym.
– Gdzie ty położyłeś ten makaron? – pyta Kuźma, nawet nie próbując podać chłopakowi chusteczki. Nie wie nawet, czy ma jakąś przy sobie.
– Makaron? A, makaron. Makaron, tak, makaron – bełkocze Ricky, nie mogąc otworzyć sklejonych powiek. – Położyłem go… Był wciąż na talerzu, w każdym razie. A to nie ty go gdzieś odkładałaś? Ale jeśli go odłożyłem, to do trumny. Ale nie ma go w trumnie. Czy jest? Jak jest to tam jest. Jak go nie ma, to nie wiem. Na podłodze gdzieś?
– CO MASZ NA MYŚLI MÓWIĄC ŻE NA PODŁODZE GDZIEŚ – wrzeszczy Alvin, a razem z nim wszyscy podskakują i przemieszczają się w inne miejsca, jakby ktoś właśnie wrzasnął: „PODŁOGA TO LAWA”, ale oni nie do końca znali zasady gry.
– Ale on tu przecież był! Na wierzchu! – krzyczy Ktoś (Kuźma nie ma zamiaru rozróżniać tych wszystkich nastolatków, z których każdy ma na sobie ubrania robocze w odcieniach szarości oraz jest ubrudzone smarem; ona nawet nie ma pewności, czy rozróżnia ich kolory włosów, wszystkie szare od pyłu).
– Gdzie niby? – rzeczowo pyta Ktoś Inny.
– No, tu gdzieś. – Ktoś macha ręką, prawdopodobnie gdzieś wskazując. Jednak nikt nie wie, gdzie.
– Zgubiliśmy makaron – oznajmia Ktoś Jeszcze Inny.
W czasie tej wymiany zdań Kuźma rozpoczyna swoje samotne, ciche poszukiwania. Wytęża wzrok, nie mając pojęcia, jakim cudem minęło już tyle czasu, że na zewnątrz zaczyna się ściemniać. Uważnie obserwuje podłogę, łóżko, szafki nocne. Robi małe kółeczko wokół torby z narzędziami Alvina. W połowie tego kółeczka załamuje ręce. Wzdycha głęboko. Rzuca okiem na przekrzykujące się Wulkaniątka i na Ricky'ego, który coś tam od siebie dodaje i w końcu może patrzeć na świat jednym okiem, cały umazany cieczą nienewtonowską. Naciągnąwszy rękawy bluzy na palce, Kuźma tryumfalnie, ale równocześnie ostrożnie (na wypadek, gdyby talerz okazał się jakoś tak w trzech czwartych przeżarty na wylot i rozpadłby się pod jej dotykiem), unosi makaron. Nie za wysoko, żeby nie spowodować zbyt dużych szkód, jakby jednak upadł.
– Jest – oznajmia, ale najwyraźniej za cicho, bo reszta na nią nawet nie patrzy. Przewraca oczami, bo to staje się coraz nudniejsze i zamiast po prostu podnieść głos, postanawia zrobić coś znacznie bardziej wyrafinowanego, co powinna zrobić już dużo wcześniej.
Większość osób w baraku się wzdryga, część obraca, żeby spojrzeć za siebie. Inni uśmiechają się niezręcznie, analizując miny wszystkich dookoła, żeby zorientować się, czy tylko oni nagle czują jakiś taki dziwny niepokój, czy tyczy się to wszystkich.
– Prosz – mówi Kuźma i ostentacyjnie kładzie makaron na szafce nocnej Ricky'ego, ledwo powstrzymując się od trzaśnięcia talerzem. – Dokręćcie w końcu te kółka.
Wszyscy patrzą na nią, jakby była czarnowłosą dziewczynką, która właśnie wyszła ze studni i z niebezpieczną prędkością zbliżała się do ekranu niedającego się wyłączyć telewizora. Alvin pokazuje jej kciuk w górę i w milczeniu wreszcie wyszarpuje tę zasraną trumnę spod łóżka, żeby w parę sekund przykręcić do niej trzy kółka i spakować śrubokręty do torby.
– To utrzyma jej ciężar? – pyta Kuźma, pochyliwszy się nad kółeczkami, które wcale nie wyglądają na szczególnie wytrzymałe.
– Ta – rzuca Alvin, który już zbiera się do wyjścia i nawet na nią nie patrzy. – Obliczyłem wszystko.
– Jak? Nie zmierzyłeś tej trumny ani nic.
– Jestem synem Wulkana – zwraca jej uwagę, a ona kiwa głową w stylu „aha, slay, wciąż nic nie rozumiem”.
Po czym cała ekipa Wulkaniątek opuszcza barak, parę z nich jeszcze odwraca głowy, żeby rzucić ostatnie spojrzenie Kuźmie, która nie potrafi ich w żaden sposób rozszyfrować. Przez chwilę siedzi na podłodze obok trumny w dziwnej ciszy, której, co jest szczególnie dziwne i niespotykane, nie przerywa Ricky. Dopiero po chwili podnosi się z ziemi.
– Dobra, Ricky, to te- Czy ty skleiłeś sobie usta.
– nnn
– Zaprowadzę cię do łazienki – proponuje, już totalnie pokonana. Może jedynym pozytywem tego dnia będzie to, że padnie na łóżko i od razu zaśnie, choćby to miało być tylko na dwie godziny.
────
[900 słów: Kuźma otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz