sobota, 25 lipca 2026

Od Dantego CD Ivy — „For The Hell Of It”

ZIMA, obecnie

Poprzednie opowiadanie

Miałem wrażenie, że Ivy zaczął mnie unikać. Każde kolejne spotkanie przekładał albo odwoływał, tłumacząc to złym stanem zdrowia lub innymi wypadkami losowymi. Za pierwszymi trzema razami uwierzyłem, bo mógł być to zwykły zbieg okoliczności, ale za kolejnym razem zaczynałem w to wątpić. Okłamywał mnie. Czułem to.
Krążyłem po dzielnicy, w której mieszkał z nadzieją, że w końcu na niego trafię, ale za każdym razem się to nie udawało. Może się przeprowadził? Tylko dlaczego miałby to robić, nie informując mnie? Przecież się przyjaźniliśmy.
Pewnego wieczoru postanowiłem się przejść do kliniki, w której przyjmował pacjentów. Nie byłem umówiony na żadną wizytę (w sumie nie pamiętam, kiedy ostatni raz u niego byłem), ale to w niczym nie przeszkadzało, bo okazało się, że znowu zapomnieli zamknąć drzwi na noc.
W środku panował półmrok, świeciły się tylko małe, niebieskie lampki, które nie wiem, co robiły, ale na pewno rozświetlały mi jakkolwiek korytarz. Ivy lubił zostawać po godzinach pracy. Pamiętałem, kiedy mniej więcej przychodził i wychodził, więc w ogóle się nie zdziwiłem, gdy zastałem go w gabinecie.
Uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka. Siedział przy biurku pochylony nad stosem dokumentów. Obok stał kubek z parującą cieczą, zapewne kawą, bo nie wiem, czy pijał herbaty.
— Nie śpisz? — zapytałem, choć było to oczywiste pytanie retoryczne, bo Ivy wyglądał, jakby miał problemy ze snem i rzadko kiedy sypiał. Podobnie jak ja. Mieliśmy tyle wspólnych cech.
Gwałtownie podniósł się z siedzenia. Szok od razu wkradł się na jego twarz, a ja poczułem smutek, bo nie oczekiwałem takiej reakcji z jego strony. Nie powinien się ucieszyć na mój widok? Tak dawno siebie nie widzieliśmy…
— Co tutaj robisz? — zapytał, starając się zapanować nad drżeniem warg.
Przeszkodziłem mu w czymś. Być może zajęty był ważnymi dokumentami. Nie wiem. Nie chciałem teraz nad tym rozmyślać.
— Drzwi były otwarte. — Wzruszyłem ramionami tak, jakby to była oczywista oczywistość. — Chciałem sprawdzić, co u ciebie. Dawno się nie widzieliśmy i trochę się stęskniłem, rozumiesz? — Uśmiechnąłem się słodko, odsłaniając zęby.
Ivy wypuścił z trudem powietrze przez nos. Chwilę się na mnie patrzył, mięlił w dłoniach kawałek papieru, który mógł być skrawkiem ważnego dokumentu.
— Nie musisz mnie tak nachodzić — powiedział, zgrabnie unikając kontaktu wzrokowego. — Coś się stało? Potrzebujesz innych leków?
Nie spodobało mi się, że zaczął rozmowę właśnie od tego. Od leków. Nie przyszedłem tutaj po prochy. Chciałem się z nim zobaczyć. Nie widzieliśmy się od dawna. Przyjaciele powinni widywać się częściej, prawda?
— Nie. — Pokręciłem głową.
Wszedłem wgłąb pomieszczenia. Uznałem, że skoro mi odpowiadał, to też zaprosił mnie do środka.
— W takim razie czego potrzebujesz?
Usiadłem na krześle na przeciwko biurka Ivy. Splotłem palce i się uśmiechnąłem. Wizyty wieczorne byłyby o wiele przyjemniejsze.
— Chciałem się z tobą spotkać, tak jak mówiłem wcześniej. Dawno się nie widzieliśmy, a trochę zaczynało mi się nudzić.
Przeczesałem palcami włosy. Umyłem je nawet zanim do niego przyszedłem. Potrzebowałem wyglądać ładnie. Poświęciłem też trzy godziny na ubranie się i umalowanie. Mam nadzieję, że to zauważył.
Ivy podniósł kubek, w którym miał jakiś gorący napój i upił jego łyk. Odwrócił wzrok i spojrzał na stronę, którą miał wyświetloną na ekranie laptopa.
— Nie możemy się spotykać.
Zacisnąłem zęby. Co znaczyło, że nie możemy? Przecież już tutaj byłem. Już się z nim spotkałem.
— Już się spotykaliśmy — wytknąłem mu istotny fakt. Zapomniał o naszym wspólnym wyjściu jesienią? — Podobało ci się.
To nie było pytanie. Wiedziałem, że mu się podobało. Nie był osobą imprezową. Nie miał nawet przyjaciół. Kiedy jednak był ze mną to się otworzył. Podobało mu się. Musiało mu się podobać.
Ivy przymknął oczy. Upił kolejny łyk gorącego napoju, odstawił kubek na biurko i kolejny raz, unikając kontaktu wzrokowego, powiedział:
— To było jednorazowe wyjście. Zasady są takie, że…
— Zasady mnie nie obowiązują — przerwałem mu. Z nerwów zacząłem wykręcać sobie palce. — Chcę z tobą wyjść. Kończysz już pracę?
— Dzisiaj nie mogę.
Dalej próbował się wymigać. Nie podobało mi się to zachowanie. Denerwowało mnie. Szczerze i naprawdę chciałbym teraz go udusić. Zmusić, żeby ze mną wyszedł. Nie jutro, nie kiedyś. Teraz.
Poczułem, że w oczach zaczynają zbierać mi się łzy. To wszystko było JEGO winą!
— Teraz — wycedziłem niemalże przez zęby. — Teraz wychodzimy, okej? — Spróbowałem się uśmiechnąć, ale wyszedł mi raczej bardzo brzydki grymas.
Ivy zamilkł. Nie nic powiedział przez dłuższą chwilę, a ja wciąż nerwowo strzelałem kostkami w palcach. Jeśli zaraz ze mną stąd nie wyjdzie, to nie wiem, co zrobię, ale na pewno nie będzie to miłe.
— Wychodzimy, okej?! — krzyknąłem, nie mogąc dłużej wytrzymać tej ciszy. — Wychodzimy!
Ivy drgnął nieznacznie, ale nie wstał. Cholera, dlaczego on mi to robi? Dlaczego tak się zachowuje? Chce, żebym targnął się na własne życie? Nie, nie mogę się zabijać. Jest zbyt piękny, żebym się zabijał przez niego.
— Proszę — powtórzyłem już trochę spokojniej, chociaż cieknących po policzkach łez nie dało się już tak ładnie ukryć. Zaraz skończę z całym rozmazanym makijażem. Przez niego. — Wyjdźmy stąd.
Ivy zamknął klapę laptopa. Odłożył stos dokumentów na bok i podniósł się z fotela.
— Gdzie chcesz wyjść?
Miałem wrażenie, że drżał mu głos. To przeze mnie? Jestem aż tak beznadziejny?
— Czy ty się mnie boisz?
Pogubiłem się już w tym wszystkim. Bałem się, że każde kolejne słowo i każde kolejne pytanie tylko psuje naszą relację.

man i love when schizofrenia
────
[845 słów: Dante otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz