CW: TRAUMA RELIGIJNA, ŚMIERĆ
Kurt naiwnie sądził, że zatrzaśnięcie za sobą drzwi odetnie go od problemu. Tak byłoby najłatwiej: odejść, zostawiając decyzję w rękach kogoś innego. Nie podjął jej przecież jednoznacznie. Lamia była potworem, to ona była stworzona do takich czynów. Kurt mógł jedynie zadeklarować się, że pozostanie bierny.
Zatrzasnął drzwi, ale targające uczucia go nie opuściły. Strach przerodził się w pulsującą złość. Uczucie ciężkiej ręki na policzku zniknęło, ale zastąpiło je mrowienie jego własnej dłoni, chęć, żeby przekazać ten ból drugiej osobie. Już nie jestem bezbronny, chciał powiedzieć swoim piskliwym, dziecięcym głosikiem, który nigdy na dobre nie odszedł. Już nie jestem bezbronny. Widzisz, że ja też mogę zrobić ci krzywdę? Patrz, jak decyduję o twoim losie, kiedy to ty jesteś słaby.
Ktoś mógł zapytać go w tym momencie, czy naprawdę chciałby zabić swojego ojca. Tak, po tysiąckroć tak. Negatywne emocje, które żywił i tłumił wobec niego przez tyle lat, nie rozpłynęły się na widok tego chorego człowieka. One pozostawały uśpione, a jedno wyraźne przypomnienie wystarczyło, żeby wszystkie zmysły Kurta się obudziły. Wiedział, że potworzyca go wrabia, nigdy nawet nie przemknęłoby mu przez myśl, że Lamia proponuje mu zemstę z dobroci serca. Wykorzystywała chwilę jego słabości, impulsywność i nienawiść. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale był zbyt zaślepiony satysfakcją zemsty, żeby się tym przejmować. Byłby kłamcą, gdyby powiedział, że myśl o śmierci ojca była mu obca. Przez osiemnaście lat miał wiele okazji, żeby sobie ją wyobrazić. Schowany pod kołdrą przed gniewem rodzica, wściekły i głodny, wyobrażał sobie wypadki samochodowe i tajemnicze choroby. Parę razy widział, jak to on trzyma nóż zatopiony w jego ciele, ale obraz ten odrzucał od siebie tak szybko, jak tylko się pojawił, zupełnie jakby bał się, że ktoś wejdzie do jego głowy i ukarze go za samą myśl. Czy ojciec potrafił czytać w myślach? Czy Jezus potrafił czytać w myślach? Czy jego matka potrafiła?
Na koniec dnia, nawet dorosły, nie potrafiłby tego zrobić. Stanąłby twarzą w twarz z tym człowiekiem i nawet dzierżąc przedmiot, którym tak łatwo byłoby go ugodzić, byłby zbyt sparaliżowany strachem, żeby to zrobić. Nie był przecież mordercą. Nawet potwory prędzej czy później odradzały się w Podziemiu. Czy ojciec odrodziłby się w niebie? Czy Kurt mógłby do niego kiedyś tam dołączyć, będąc mordercą?
Skoro Kurt nie był mordercą, to dlaczego zostawił tę decyzję w czyichś rękach z taką łatwością?
W drodze do domu szedł tak wolno, jakby chciał zwolnić czas. Z każdym kolejnym krokiem skrzynka z narzędziami ciążyła mu coraz bardziej. A może mu się tylko wydawało? Może jego podświadomość wrzuciła do niej wszystkie wyrzuty sumienia i kazała mu teraz dźwigać ten metafizyczny ciężar w dłoni. Sam włożył swoje nadgarstki w te okowy, sam zapiął klucz kajdanek i połknął go, a teraz — choćby chciał — nie mógł tak po prostu go wypluć i sobie pomóc.
Mógł udawać, że jest niewinny, ile tylko by chciał, mógł przecież zwalić wszystko na zwodzenie Lamii i na jej magiczne sztuczki, na swoją matkę, boginię losu, mógł wmawiać sobie do woli, że to wina jego ojca, bo był tylko naiwnym, schorowanym śmiertelnikiem, który nie potrafił nawet się bronić. Mógł opowiedzieć podobną wersję podejrzliwej policji, płaczącej nad nieszczęśliwym wypadkiem sąsiadce i przyjaciołom z Obozu Jupiter, którzy zapytają go, dlaczego tak szybko wrócił z domu. Mógł spróbować wmówić to Kainowi, który, nawet gdyby przejrzał jego kłamstwa, udawałby, że jest to najprawdziwsza prawda, bo to było łatwiejsze do przetrawienia i kłamstwo powtarzane wielokrotnie mogło stać się realne. Mimo tych wszystkich pięknych słówek, potu wylanego na treningach, żeby zatracić się z daleka od wyrzutów sumienia, ilości odwiedzonych konfesjonałów, papierów oświadczających umorzenie śledztwa i obrazu zakrwawionych psich kłów w jego głowie, Kurt zawsze już miał być prawdziwym mordercą swojego ojca.
Potem biegł. Trzymał się myśli, że nie jest mordercą prawie tak kurczowo, jak kurczowo zaciskał palce na rączce skrzyni z narzędziami. Mijał jednorodzinne domy sąsiadów, rozpoznając budynki z dzieciństwa nawet kiedy wizja rozmazywała mu się przed oczami. Narzędzia gruchotały w jego teczce, a hałas zaalarmował wszystkie podwórkowe kundle w promieniu kilometra. Miarki, dłuta, żłobaki i pilniki odbijały się od jego wyrzutów sumienia w zamkniętej przestrzeni. Biegł, bo tylko tracąc oddech potrafił zrodzić w sobie myśl, że może jednak nie był kompletnie bezduszny i wciąż próbował coś zrobić z impulsywną decyzją podjętą jedynie pod wpływem nienawiści.
Czy naprawdę chciał tam dobiec, czy chciał znowu zwolnić? Niezależnie od tego, co w tamtym momencie sobie myślał, wiedział, że jest już za późno. Ciężkie cielska trzech piekielnych ogarów wypadły przez drzwi jego domu. Kurt dojrzał błysk czerwonych ślepi i czerwień ciekających krwią kłów, zanim psy rozpłynęły się w cieniu i teleportowały w nicość.
— Masz jakąś rodzinę poza ojcem?
W świetle reflektorów policyjnych radiowozów Kurt wodził wzrokiem po narzędziach stolarskich rozrzuconych na panelach ganku. Rzucił skrzynkę w kąt, kiedy wpadł do domu. Zamek pękł pod wpływem zderzenia i wypluł z siebie całą zawartość. Gdyby ojciec zobaczył swoje narzędzia w takim poszanowaniu, z całą pewnością by go ukarał. Nie ruszył się z miejsca, chociaż wszystkie komórki w jego ciele błagały go, żeby narzędzia ułożyć starannie w skrzynce jeszcze zanim zobaczy to ojciec.
— Brata. Mieszka daleko stąd.
— Gdzie?
— Nie wiem.
Szeryf posłał mu spojrzenie świadczące o tym, że nie był przekonany o jego poczytalności, ale nie odpowiedział. Zamiast tego odszedł dwa kroki i wymamrotał coś przez walkie-talkie. Kurt w swojej głowie był daleko stąd, tak daleko, że nie był w stanie się tym przejąć.
Ojciec leżał za ścianą ich dotychczasowego domu okryty czarnym workiem.
Jeszcze po drodze Kurtem targało wiele uczuć. Złość, przede wszystkim. W mniejszym stopniu strach. Potem złość dała się zastąpić wyrzutom sumienia. Wyrzuty sumienia przerodziły się w desperację. Teraz sam nie był pewien, czy czuje cokolwiek.
Nie zapłakał. Na widok ciała nienazwane uczucie w podświadomości Kurta umarło razem z ojcem. Czy nie płakał dlatego, że był sparaliżowany szokiem, czy dlatego, że nie miał wobec tego człowieka żadnych pozytywnych uczuć? Skoro nic nie czuł, to dlaczego trzęsły mu się dłonie, kiedy wybierał numer alarmowy?
— Kurt? Adam? Jezus Maria! Matko Boska! Kurt, co się stało?!
— Proszę pani, nie może pani tu wchodzić, nie—
— Kurt!
Półprzytomnie podniósł głowę. Sąsiadka, ta sama, która wcześniej zostawiła ojca pod jego opieką, próbowała przecisnąć się pod taśmą policyjną. Na sobie miała jedynie gumowe buty i fartuszek, który ewidentnie służył jako ubranie zarezerwowane tylko do wycieczek z kuchni do salonu i z powrotem.
— Kurt?! Jezu, przecież to jeszcze dziecko!
Dziecko? Prawnie Kurt był już pełnoletni, chociaż wciąż nie mógł legalnie kupić piwa. Gdyby ktoś go zapytał, nie nazwałby się dzieckiem, ale teraz, siedząc na ganku budynku, który jeszcze chwilę temu był jego domem rodzinnym, otoczony radiowozami policyjnymi, Kurt liczył na to, że zaraz zjawi się ktoś dorosły. To nawet nie był już jego dom. Chciał wrócić do swojego prawdziwego domu, tam, w Obozie Jupiter, wrócić do swojej codziennej rutyny i zapomnieć o wszystkim, co tutaj zostawił, tak, jak robił z każdym powrotem od ojca.
— Pani jest żoną? — zapytał szeryf, zastawiając kobiecie drogę. Próbował chwycić ją za ramiona, żeby odwrócić ją w przeciwną stronę.
— Sąsiadką. Lynda Mulberry, mieszkam pod 16A, to ten dom po drodze z pomarańczowej cegły. Zajmowałam się Adamem pod nieobecność jego synów. Kurt mieszka w szkole z internatem.
— Jeśli nie jest pani nikim z rodziny, to nie mogę…
Kurt miał sztywne kończyny. Ruszył w stronę pani Mulberry, bo czuł, że jest jej coś winien, ale jego nogi wydawały się sterowane przez siłę wyższą. Był tylko kukiełką oderwaną od rzeczywistości, daleko poza ciałem. Mokra trawa nieskutecznie próbowała zmyć resztki zastygłej krwi jego ojca na czubkach tenisówek.
— Kurt? Kurt, dziecko, co się stało?
— Ojciec nie żyje — odpowiedział.
Zadawali mu pytania, więc na nie odpowiadał. Głos miał ciężki od emocji, chociaż wydawało mu się, że nie czuje nic.
— O Boże. O Boże. — Sąsiadka załkała i odmówiła znak krzyża. — Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie.
Szeryf zdjął czapkę z daszkiem i przycisnął ją do piersi, jakby dołączał się do modlitwy. Tylko Kurt nie ruszył się z miejsca. Ciekawe, co myślała o nim jego matka? Czy jako bogini zemsty była dumna z tego, że jej syn był do niej zdolny, czy była zawiedziona tym, że uległ tej pokusie?
— Mogę pożyczyć telefon? — przerwał Kurt, rzucając w eter pytanie między panią Mulberry a szeryfem.
Co mogło stać mu się teraz, po tym wszystkim, kiedy wybierał numer w telefonie sąsiadki? Czy mógł zjawić się tutaj kolejny potwór, przyciągnięty elektroniką używaną przez odsłoniętego półboga? Piekielne ogary, które zabiły jego ojca, rozpłynęły się w cieniu. Lamia nie mogła go zabić, skoro zamierzała go dalej wykorzystać, prawda? Czy spełnienie jej obietnicy dotyczącej zabicia jego ojca nie było wystarczającym dowodem, że był jej potrzebny na tyle, żeby z nim współpracować?
Pierwszy sygnał. Drugi sygnał. Trzeci sygnał. Kurt nie wiedział, co zrobi, jeśli brat nie odbierze, a jeszcze bardziej nie wiedział, dlaczego w ogóle do niego dzwoni. Kain wielokrotnie zaznaczał, że nie chce mieć nic wspólnego z ojcem, Kurta zdziwiłoby wręcz, gdyby nagle zmienił co do tego nastawienie. Kurt nie chciał go widzieć, nie chciał nawet z nim rozmawiać ani wymawiać jego imienia.
Nie chciał też, żeby to był tylko jego problem.
Krótki sygnał dźwiękowy dał Kurtowi znać, że ktoś po drugiej stronie podniósł słuchawkę.
— Ojciec nie żyje — oznajmił sucho.
Zacisnął szczękę. Jeszcze niedawno dostał przecież od brata wiadomość o podobnej treści. „Ojciec jest chory”. Kurt najwyraźniej nie był nawet wart wykonania telefonu. Kain powinien być mu wdzięczny, że nie dowiedział się o tym z lokalnych wiadomości. Tajemnicza śmierć z udziałem psów gończych, tak, jak Kurt przekazał policji, miała stać się miejscową sensacją.
— Kurt, jesteś bezpieczny? — usłyszał po chwili.
Musiał połączyć kropki. Wszystko w ich życiu zawsze sprowadzało się do bogów i wiary w nadprzyrodzone siły. Braciom było przeznaczone, żeby umrzeć z ręki takiej siły i ich ojciec nie mógł być od tego różny.
Jakim prawem Kain pytał o to, czy Kurt jest bezpieczny? To on zostawił go samego z ojcem. To on zostawił go samego w Obozie Jupiter. Nie miał prawa martwić się o jego bezpieczeństwo w tym momencie.
Kainowi odpowiedziała cisza.
— Kurt, co ty zrobiłeś?
Co on zrobił? Nie, to przecież nie był on. To była Lamia. To były piekielne ogary Lamii. To ojciec sam zgotował sobie ten los, Kurt tylko się bronił. To był Kain, który zostawił Kurta samego, mimo że potrzebował dorosłego w swoim życiu, kogoś, kto pokazałby mu, jak żyć czymś innym niż nienawiścią. Wszyscy, ale nie on.
— Chciałem, żebyś wiedział.
— Nie wracaj teraz do obozu. Niedługo będę.
Połączenie urwane. Kurt tępo wpatrywał się w wyświetlony na ekranie ciąg cyfr. Pięć lat minęło od ich ostatniego spotkania. Gdyby Kurt wiedział, że śmierć ojca przywróci brata, zrobiłby to wcześniej. Tylko czemu Kain chciał wrócić, skoro życie ojca podobno go już nie obchodziło?
[1747 słów: Kurt otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz