LATO
Ból Wintera zszedł na dalszy plan w momencie, w którym zobaczył Ziona. Nagle przypomniał sobie, po co się tu znaleźli, po co robił to wszystko i z jakiego powodu dałby się nawet pokroić żywcem, gdyby to zapewniłoby bezpieczeństwo Zionowi i Blanche. Jak on w ogóle mógł przejmować się bólem, jeśli nie był jedyną cierpiącą osobą? Nie mógł tak po prostu być takim egoistą.
Nie zdążyło mu nawet na dobre ulżyć na widok Ziona, bo zauważył, że mężczyzna siedzi nieruchomo, przywiązany do krzesła łańcuchami. Głowa opadła mu na pierś i Winter przez krótką chwilę był pewien, że to już koniec, że Amazonki pokazują im ten widok tylko po to, żeby ich torturować, chociaż Ziona nie ma już z nimi. Chłopak swój zamglony wzrok przeniósł na Blanche, dostrzegając w jej oczach podobne, przerażone ogniki, które zaraz zgasły. Blanche odetchnęła, więc Winter też odetchnął; jej spokój oznaczał, że Zion oddycha i żyje. Z trudem. Na jego ciele nie widać było żadnych poparzeń, ale za to miał pokaźną liczbę zadrapań i pręg, które wyglądały, jakby ktoś smagał go biczem. Jeśli Winter nauczył się czegokolwiek o Amazonkach w ciągu swojego kilkugodzinnego pobytu w ich magazynie (włączając to czas, przez który był nieprzytomny), to to, że przeczytały konwencję ONZ w sprawie zakazu stosowania tortur i postanowiły robić wszystko wbrew zasadom. Czarną koszulkę polo Zion miał brudną i potarganą w wielu miejscach. Przez strzępki materiału prześwitywały fioletowo-zielone siniaki na piersi. Z całą pewnością miał złamane żebra i oddychał z wysiłkiem.
Z tego wszystkiego Winter najbardziej cieszył się, że wreszcie dostał krzesło.
Nie było to zdecydowanie najwygodniejsze krzesło w jego życiu, ale nie była to też zimna posadzka jego klatki, a przede wszystkim nie musiał być przytrzymywany przez co najmniej dwie Amazonki, co samo w sobie było już poniżające. Podsunięcie mu krzesła potraktował prawie jak akt miłosierdzia dla jego obolałego ciała. Mógł się przez chwilę nawet poczuć w miarę bezpiecznie, mieć złudną nadzieję, że zaraz wszystko będzie dobrze, oczywiście pod warunkiem, że zamknąłby oczy i zatkał uszy. Byli w końcu wszyscy razem w jednym miejscu. Jeśli Winter miał trzymać się ostatków optymizmu, musiał pamiętać, że odnalezienie się z Zionem było ich priorytetem na liście celów.
— Zion — spróbował z siebie wydusić imię mężczyzny. Użycie głosu boleśnie przypomniało mu o tym, że ogień (a potem także kompulsywne wymiotowanie) kompletnie przepalił mu gardło. Wciąż szumiało mu w uszach i nie był nawet pewien, czy wydał z siebie jakikolwiek odgłos, dopóki któraś z Amazonek nie przycisnęła grotu włóczni mocniej do jego skóry. Winter poczuł, jak strużka krwi ściekła mu po szyi. Zion wciąż nie podnosił głowy.
Zaraz potem rozpoczęła się lekcja historii.
Winter nie wiedział nic o Amazonkach. Ogólnie rzecz biorąc o mitologii — która przecież stanowiła jeden z najważniejszych, a przede wszystkim najbardziej uciążliwych elementów jego życia — wiedział zdecydowanie mniej, niż powinien był wiedzieć. Szkoła była zbyt nudna, żeby o tym słuchać. W Obozie Herosów spędził zbyt mało czasu, żeby pojąć najdrobniejsze wydarzenia albo skomplikowane relacje rodzinne między bogami. Zion też próbował, co mógł, żeby wtłoczyć wiedzę do jego małego móżdżku, ale Winter i tak zapamiętywał tylko to, co sam chciał. Wiedza chłopaka o Amazonkach ograniczała się do tego, że są to wojownicze kobiety. Nie miał pojęcia, kto właśnie udziela im prelekcji, czym jest pas na jej biodrach, imię Thalestris słyszał pierwszy raz w życiu. Amazonki oczerniały ich, powołując się na jakieś mityczne włócznie, mimo że żadne z ich trójki nie było włócznikiem. Zion nosił miecz, do cholery!
Był cały czas słaby. Zagryzał zęby, żeby skupić się na czymś innym, niż na bólu. Od opowiadania królowej Amazonki rozpraszało go wszystko: chrapliwy oddech Ziona i nasłuchiwanie, czy się budzi, celowane w ich głowy włócznie, ciągła obserwacja strażniczek, paląca rana, ciągnąca się od policzka aż po szyję. Jego mózg ADHD przetwarzał wiadomości na swój sposób i nie potrzebował do tego dodatkowych rozpraszaczy. Cały czas w myślach odbijało mu się jedno pytanie: „okej, ale co my mamy z tym wspólnego?”.
Winter był zawiedziony, ale nie zaskoczony. Przyzwyczaił się już, że całe jego życie to tylko manipulacja fatum i że bycie półbogiem wiąże się z funkcjonowaniem jak marionetka, której sznurki pociągali bogowie. Królowa Amazonek sama podkreśliła, że kradzież włóczni odbyła się kilka pokoleń wstecz, czemu akurat Zion miał za to odpowiadać? Winter nie wierzył, że mężczyzna w ogóle posiada zaginione włócznie, a co dopiero wątpił w jakąkolwiek kradzież, w którą byłby zaangażowany.
Był naiwny, myśląc, że Amazonki nie zamordowałyby ich za coś, czego nawet nie posiadali.
Chrzęst łańcuchów poinformował ich, że Zion zaczął się wybudzać. Mężczyzna zdążył tylko jęknąć słabo, a w ułamku sekundy kilka włóczni znalazło się tuż przy jego szyi.
— Dobudźcie go — rzuciła królowa Amazonek, posyłając swoim podwładnym skinięcie głowy. Jedna z kobiet nachyliła się nad Zionem i strzeliła mu z otwartej ręki w twarz. Odpowiedział jej kolejnym półprzytomnym jękiem bólu.
Mięśnie Wintera reagowały szybciej niż jego zdrowy rozsądek. Spróbował się podnieść, zrobić cokolwiek, może osłonić Ziona, odepchnąć te kobiety, odwrócić ich uwagę. Zanim zdążył na dobre wstać, któraś ze strażniczek uderzyła go płaską częścią grotu włóczni w tył głowy. Zakręciło mu się w głowie i otumaniony z powrotem opadł na swoje miejsce.
— To było ostatnie ostrzeżenie — warknęła do niego królowa Amazonek. Błysnęła oczami do Blanche, dając jej do zrozumienia, że ten sam komunikat dotyczył także jej. — Pamiętajcie, że nie mamy żadnego powodu, żeby trzymać waszą dwójkę przy życiu.
To przypomniało Winterowi, że to wszystko było od początku pułapką. Paczka Amazonu, zwabienie ich do mieszkania Ziona; nie trafili tutaj, bo heroicznie odnaleźli Ziona, ale dlatego, że Winter dał się nabrać. Wyrzuty sumienia zassały jego wnętrzności. To była jego wina. Sprowadzili ich tutaj, żeby torturować Ziona. Misja ratunkowa okazała się tylko kolejną formą tortur wobec syna Ateny.
— Oni nie mają z tym nic wspólnego.
Winter rozpoznał głos Ziona, słaby i przypominający raczej rzężenie. Mężczyzna miał przymrużone powieki i potrzebował kilku sekund, żeby wziąć kolejny oddech. Klatka piersiowa unosiła się nierównomiernie.
— Nie wiemy, czy nie udzieliłeś im informacji, co stało się z artefaktami — odpowiedziała królowa oschle.
— Jak miałem udzielić im informacje, których nie posiadam? — Uniósł głos, co zostało poprzedzone atakiem astmatycznego kaszlu. Winter wystraszył się, że Zion się dusi, ale atak kaszlu zaraz ustał, a on splunął na podłogę krwią.
— Właśnie dlatego to nie jest główny powód, dla którego tutaj są, synu Ateny — syknęła.
— Wiem, że śledzicie mnie od dwóch miesięcy. Na własną rękę szukałem informacji o tych artefaktach. Nie przywrócę mojego ojca zza grobu, żeby zmusić go do gadania. Powiedziałem wam wszystko, co wiem o Thalestris i o mojej prababce.
Do tej pory Winter ani razu nie założył, że Zion mógłby kłamać. Taka opcja wydawała się zbyt absurdalna. Po co Zionowi byłyby jakieś starożytne artefakty, a tym bardziej czemu miałby je ukrywać? Nie mógł jednak odgonić od siebie mrożącego krew w żyłach uczucia, że zna Ziona na tyle długo, żeby wiedzieć, że kłamie.
────
[1119 słów: Winter otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz