JESIEŃ
— Ale zajebista! — Kalina podbiegła do Isobel i zaczęła oglądać krokodyla ze wszystkich stron. Wyglądała naprawdę ciekawie, była niewielka, na baterie, a przy okazji nie aż tak dziwna, żeby spotkać się z dezaprobatą Amandy.
Piękny sen skończył się, kiedy przejęła lampę od dziewczyny i, w poszukiwaniu cenówki, odwróciła do góry nogami. Miała nadzieję, że lampa będzie w miarę tania. Była poobijana z kilku stron i wymagała zamalowania ubytków w farbie, co powinno obniżać jej cenę. Plus, z definicji, używane rzeczy powinny być tańsze. Spojrzała na cyfrę z niedowierzaniem, upewniając się, czy na pewno nie patrzy na nią od złej strony. Isobel, zainteresowana reakcją Kaliny, nachyliła się nad przedmiotem i spojrzała na przyklejoną na podstawce metkę.
— Bóg ich opuścił — westchnęła Kalina, delikatnie ostawiając krokodyla na półkę. — I to nie jeden.
— Wszyscy bogowie świata — skrzywiła się Isobel. — On jest ze złota, czy co?
— Ceni się, skubany — wystawiła krokodylowi język i spojrzała na niego urażona. — Ciekawe, ile bierze za noc — zaśmiała się.
— Może dodali jedno zero za dużo? — dziewczyna ponownie spojrzała na spód krokodyla, zupełnie tak, jakby cena przez te kilka sekund miała ulec zmianie. — Albo inna waluta? Jest sama cyfra.
— Co tu jest blisko? Meksyk? Bo koron się nie spodziewam — odparła ironicznie, niezbyt przekonana. — Proszę cię, oni nie wiedzą o istnieniu innych walut — przewróciła oczami, a dopiero później przypomniała sobie, że nie ma pojęcia skąd pochodzi Isobel. — Bez urazy, nie wszyscy Amerykanie…
— Wyglądam na Amerykankę? — zdziwiła się. — Rany, jak chciałaś mnie urazić, to tym — dodała żartobliwie.
— A to nie jesteś stąd? — nie wiedziała, czy ma odetchnąć z ulgą, czy panikować, że naprawdę obraziła Isobel. Zamiast tego postanowiła zacząć się tłumaczyć. — Znaczy, nie, nie wyglądasz! Po prosty zdziwiłam się, że ktoś tu przyjechał z własnej woli… znaczy, ja też, ale ja tu mieszkam pół życia, ale to inna sprawa, nieważne. Nie uważam, że jesteś głupia, w życiu! Wydajesz się super, po prostu… dobrze mówisz po angielsku? — uśmiechnęła się głupio, gotowa do ucieczki. Podczas pobytu w obozie spotkała ludzi z całego świata. Nie powinna być zdziwiona, zwłaszcza w tym mieście. — PRZEPRASZAM! Już przestaję mówić!
— Ja też… nie słychać ak… NIE PRZEPRASZAJ! — Isobel próbowała wbić się w krótkie przerwy, jakie robiła Kalina na wzięcie oddechu. Za każdym razem dziewczyna zdołała ją przegadać, co nie zdarzało się za często. — jestem ze Szkocji — wyjaśniła w końcu.
— To dlatego jesteś ruda! — wypaliła od razu Kalina, nie zastanawiając się nad brzmieniem jej słów.
— Ee… chyba?
— AAAA TO NIE MIAŁO BRZMIEĆ ŹLE! — spanikowała. — Rude włosy są super! Chciałam kiedyś pofarbować się na rudo, ale farba była dziwna i skończyłam żółta jak kurczak. A potem stwierdziłam, że super będzie przykryć to fioletowym no i wyszło jeszcze większe gówno. Kiedyś to zrobię.
— Tak, są ładne — przytaknęła Isobel. — Ale… ludzie przez nie mylili mnie z matką, nie wiem, teraz matka mieszka daleko więc chyba mi się podobają. No i-
— Twoja matka też jest ruda?! — wybuchła Kalina. — Damn, cała rodzina rudych, ale super! Prawdziwa szkocka rodzina… A może to w Irlandii było… jeden ciul. Twój ojciec też jest rudy? A chodzi w kilcie? I gra na tym… jak to było? Dudach? Naprawdę tak jest???
— Tak właściwie- to raczej w święta…
— Nieeee, teraz to ja brzmię jak głupia baba ze Stanów, przepraszam!
— Spoko, one są raczej głupie w inny sposób — zaśmiała się Isobel. — Ostatnio taka jedna była zaskoczona, że w piwie jest alkohol, bo przecież nazywa się piwo. O albo inna się zdziwiła, że wyprosiliśmy ją jak przyszła z małym dzieckiem.
— Pracujesz w jakimś barze? — zainteresowała się Kalina.
— Tak — przytaknęła. — Innym razem przyszła jakaś Karen z pretensją, że świeżo lane piwo nie smakuje jak smakowe ze sklepu. Głupia pizda, chciała zwrot kasy.
— To u mnie w kawiarnii ostatnio chciała latte bez mleka, albo inna chciała ode mnie zniżkę pracowniczą… której nawet nie mam!
— Przynajmniej czasem potrafią być zabawne — zaśmiała się. — Co z tą lampą?
— Lampą? — Kalina zdążyła na moment zapomnieć, że szukała lampy. — A kij z tą lampą, znajdę gdzieś indziej, ty szukałaś doniczki, nie? O albo wczoraj jakaś baba wylała na siebie kawę i miała pretensje DO MNIE, że się nią pobrudziła. I jeszcze chciała nową.
— No, patrzyłam na nie- — przytaknęła, kiedy Kalina znowu zaczęła mówić. — U mnie przynajmniej raz w tygodniu pijane chłopy wylewają tak piwo! I też pretensje!
— Podziwiam, że ich obsługujesz — stwierdziła poważniejszym tonem. — Mi się o dziwo nie zdarzyło obsługiwać chlejusów… Nie mogłabym tak.
— Nie no, niektórzy są spoko. To są raczej… powiedzmy, że wyjątki.
— Ale te wyjątki są najgorsze — przytaknęła.
Wolnym krokiem ruszyły w stronę doniczek, na kilka sekund przerywając rozmowę. Ta krótka cisza trwała jednak za długo. Pierwsza odezwała się Kalina.
— Wiesz co? Trochę ci mimo wszystko zazdroszczę.
— Pracy w barze? — Isobel spojrzała na nią zaskoczona. Dopiero co powiedziała, że nie byłaby w stanie tam wytrzymać, a teraz zmieniła zdanie?
— Nie! W życiu — zaśmiała się. — Tego, że wiesz do kogo z rodziny jesteś podobna.
— Serio? — dziewczyna nie wiedziała, czy bardziej zdziwiłaby ją poprzednia opcja, czy może jednak ta. — Możemy się zamienić — odparła, wysilając się na uśmiech.
— W sensie, cała rodzina mojej matki ma raczej ciemne włosy, a ja jestem blondynką. Nie wiem jak działają geny, pewnie jakiś dziadek miał jasne, ale nie znam go, więc się nie liczy.
— Przynajmniej możesz się do nich nie przyznawać — zaśmiała się Isobel, a Kalina ze śmiechem przyznała jej rację. — A ojciec?
— Nie wiem, widziałam go lata temu — przyznała. — Pewnie siedzi najebany i zbiera truskawki. Może i miał blond… albo już siwe… nie pamiętam.
— Truskawki? — ożywiła się nagle Isobel, w głowie której pojawił się obraz pijanego Dionizosa na polu truskawek. Szybko jednak wyrzuciła tą myśl z głowy. Jakby Kalina rzeczywiście była jego córką, poznałyby się lata temu.
— W Holandii — wyjaśniła szybko. — Wiesz, ten mem że się pojedzie na truskawki do Holandii… i legalne narkoty- z resztą co ja pierdolę, to nie jest nawet mój ojciec.
— To może ten prawdziwy jest blondynem — zauważyła Isobel.
— Może… nie, raczej nie.
— A skąd wiesz?
— Przeczucie — zaśmiała się Kalina. — Nieważne, sorry, dość o mnie.
────
[975 słów: Kalina otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz