niedziela, 22 marca 2026

Od Kurta — „Scentless Apprentice” cz. 1

„Ojciec jest chory” było ostatnią wiadomością, której Kurt spodziewał się od brata. Może inaczej; Kurt nie spodziewał się żadnej wiadomości od brata, a zwłaszcza takiej. Nie spodziewał się nawet, że Kaina nadal jakkolwiek jeszcze obchodzi ich ojciec i że orientuje się, co u niego słychać, mimo że zarzekał się, że już nie ma nic wspólnego z tym człowiekiem.
Kurt też nie chciał mieć nic wspólnego z tym człowiekiem. Spędzał w Obozie Jupiter większość swoich dni. Powroty do domu zawsze kończyły się źle. Nie miał innej rodziny poza szalonym ojcem i bratem, który przebywał chuj wie gdzie i chuj wie po co. Mógł zatracać się w treningach, zapominać o tym, że w ogóle miał inny dom poza barakiem Drugiej Kohorty, ale potem dostawał taką wiadomość i nagle przypominał sobie, że był tylko egoistycznym dupkiem i może niczym nie różnił się od Kaina, który uznał ojca za problem kogoś innego. I nawet jeśli Kurt usilnie przypominał sobie, że jego ojciec jest dorosły i powinien umieć się zająć sam sobą, to zawsze wracały do niego wyrzuty sumienia. Zupełnie tak, jakby to on był najgorszym synem, a nie Adam Munroe najgorszym ojcem.
„Ojciec jest chory”. Taka prosta wiadomość od brata, która znaczyła tyle, co „to nie mój problem, ale ciebie może to zainteresuje”. Przeczytał ją w kafejce internetowej z kilkudniowym opóźnieniem, bo nie miał nawet własnego telefonu, a Kain nie pofatygował się nawet o zadzwonienie do niego iryfonem lub wysłanie wiadomości orłem. Kurt mógł gapić się w tę wiadomość w nieskończoność, mógł wyłączyć czat i udać, że nigdy jej nie wyświetlił, a w ogóle to nie ma czasu i musi wrócić do swojego treningu, ale potem znowu uderzyły go te wyrzuty sumienia, złość i poczucie, że Kain to gnój i nie chce być jak on.
Następnego dnia otwierał drzwi rodzinnego domu Munroe i rzucał plecak upchany ciuchami na podłogę w przedpokoju. Wyobrażał sobie, że Adam Munroe będzie przykuty do łóżka. Może wykryto u niego nieuleczalną chorobę i właśnie umierał, a może po prostu dopadła go gorączka i katar i Kain niepotrzebnie spanikował. Ale ojciec był chory już od dłuższego czasu i Kurt nie zobaczył w jego oczach zupełnie nic nowego, a szczególnie brak było jego obecności. Chyba nawet go nie rozpoznał. Odzywał się bardzo mało, głównie, kiedy zaczynał się modlić.
— Kurt, on już chyba nie jest już zdolny do samodzielnego życia.
Nie potrafił być nawet zły na tę kobietę za szczerość. Była ich sąsiadką, kobietą w średnim wieku z kilkorgiem dzieci na karku, która zdecydowanie zbyt szybko zaczęła siwieć. Jeszcze zanim urodziła dzieci i stała się kurą domową dla swojego męża, zrobiła kurs pielęgniarski. Kain od kilku miesięcy płacił jej za pomaganie ojcu i dbanie o to, żeby nie umarł z głodu i nie zarósł w brudzie.
— Jeszcze niedawno wychodził z domu chociaż po to, żeby zajmować się warsztatem. Teraz już nawet nie przyjmuje zleceń. Strasznie się zapomina. Raz zapytał mnie, kim jest Adam.
Kurt wbił paznokcie w przedramiona, czekając na kolejne ciosy.
— Ja już chyba nie dam rady się nim zajmować — stwierdziła. Wyglądała, jakby kamień spadł jej z serca. Kolejna osoba, która zrzucała na Kurta problemy (jego problemy, od których do tej pory uciekał). — Moja najstarsza córka niedługo będzie wyprowadzać się na studia i będę musiała sama zajmować się moimi chłopcami, nie dam rady pilnować Adama, jeśli znowu wyjdzie do sklepu i zapomni, gdzie mieszka. — Powiedziała to z takimi szczegółami, że Kurt wiedział, że musiało się to już wydarzyć. — Czy ty i Kain nie myśleliście nad tym, żeby przekazać go pod jakąś opiekę całodobową? Któryś z was nie może wrócić do domu?
— Nie mogę tak po prostu rzucić szkoły — odpowiedział.
To było częściowo zgodne z prawdą; nie mógł tak po prostu opuścić Obozu Jupiter, bo właśnie jego miał na myśli, kiedy mówił o szkole. Wyrzuty sumienia wróciły do niego ponownie, kiedy pomyślał, że miałby zostawić w obozie Claude'a, Doriana, Bee, a nawet obślinionego psa Terminatora. Obóz Jupiter był dla niego wszystkim.
— Nie mam nawet pieniędzy, żeby mu coś zapewnić — obnażył się. Powiedział to w liczbie pojedynczej, bo nie miał żadnego zamiaru prosić Kaina o pomoc przy ojcu. Wiadomość „ojciec jest chory” powiedziała mu wystarczająco dużo o tym, że to nie był problem jego brata.
Sąsiadka uśmiechnęła się współczująco.
— Na pewno dacie sobie jakoś radę, Kurt — powiedziała, pocieszająco rozmasowując jego ramię. Tymi słowami przypieczętowała to, że nie miała z tą sytuacją już nic wspólnego. To Kurt miał dać sobie radę. Bez niej. I bez Kaina, o czym nawet jej nie wspomniał.
Kiedy wyszła, Kurt wrócił do kuchni, w milczeniu pomagając ojcu posłodzić herbatę. Posprzątał bałagan po rozlanym napoju, bo mężczyźnie ręce trzęsły się zbyt mocno, żeby napić się z kubka. Adam nie ruszył się z miejsca, odkąd go tak zostawił.


Nie czuł, że minął rok. Powtarzany koszmar śnił mu się zbyt często, żeby miał poczucie, że coś się w jego życiu od tego czasu zmieniło. Minione miesiące mógł odmierzyć tylko w tym, że na powrót zrobiło się ciepło. Miał wrażenie, że wszystkie te uczucia wracają, ten sam gorąc na skórze, duszne powietrze, zapach krwi, przygniatające go wyrzuty sumienia, brak oddechu.
To, że to były tylko sny, przypominał mu tylko towarzyszący im brak twarzy. Już nawet nie pamiętał, jak oni wyglądali. Nie pamiętał, jak wyglądała jego matka, chociaż był to prawdopodobnie pierwszy i ostatni raz, kiedy ją spotkał. Nie powinno go to dziwić; przecież wtedy to też był tylko sen. Szkoda, że to, że zginęli wtedy ludzie, było już jak najbardziej prawdziwe. A on jak ostatni kołek dał się pomiatać bogini, która przez ostatnie kilkanaście lat jego życia udawała jego matkę, ale była tylko mistyczną postacią, której powinien oddawać cześć i ślepo wykonywać jej rozkazy. Kurt nie uważał się za zabawkę bogów. Znał wiele osób, które już im uległy. Żadna z nich nie skończyła dobrze.
Do tej pory jeszcze nie spłonął za swoje myśli. Nie wymówiłby ich na głos, absolutnie nie wątpił w to, że zostałby za nie trafiony piorunem. Rodziły się w jego głowie i tam pozostawały, kiedy budził się po nocy pełnej koszmarów. W swojej głowie mógł przez chwilę poczuć kontrolę, słabą otuchę, że w swojej głowie może robić wszystko poza wglądem bogów. Mógł im powiedzieć, jak bardzo chciałby, żeby nigdy nie istnieli, żeby jego ojciec nigdy nie zwariował, nigdy nie poznał Invidii i żeby sam Kurt nigdy nie powstał.
Potem nie myślał już o bogach do końca dnia. Miał ważniejsze rzeczy do zrobienia, na przykład naprawianie boskich błędów. Zajmowanie się chorym ojcem, który oszalał, bo miłość jego życia okazała się mistycyzmem, czymś poza jego zasięgiem i pojęciem, a jego synowie należeli do świata, do którego on nie należał. Dopiero pod koniec dnia przewracał się w łóżku i znowu pochłaniała go nienawiść do własnej matki.


Poszedł do warsztatu stolarskiego, kiedy ojciec jeszcze spał.
Nie cierpiał tam chodzić. Sztukę obróbki drewna znał tylko dlatego, że kiedy jeszcze był dzieckiem, ojciec za wszelką cenę próbował przekazać mu tę wiedzę. Chciał, żeby jego syn nie był „zniewieściały”. Może początkowo Kurtowi się to podobało, w końcu mógł rozładować na czymś swoją dziecięcą energię i spędzić czas z ojcem, ale „spędzanie czasu” szybko zmieniło się w okrutne przypomnienie o perfekcjonizmie ojca. Kurt w jego oczach okazał się zniewieściały już jako ośmiolatek i dwunastolatek. Nie trzymał dłuta tak, jak powinien. Drewno miało nierówną powierzchnię. Za wolno piłował. Nie miał odpowiedniego poszanowania wobec drewnianego krzyża i drewnianej kapliczki, ale kilka razów pasem szybko nauczyło go szacunku. Ojciec bił tylko wtedy, kiedy Kurt popełniał błędy, a najwięcej popełniać zdarzało mu się w warsztacie. Zrozumiał, że musi całować gwoździe w dłoniach drewnianego Jezusa, żeby nie dostać pasem, jeszcze zanim w ogóle pojął koncepcję czegoś takiego jak Bóg.
Jakaś siła wyższa od zawsze go kontrolowała, czy tego chciał, czy nie.
Drzwi zaskrzypiały, kiedy wszedł do warsztatu. Podniosła się chmura kurzu i drewnianych wiórów. Kurt w pierwszym odruchu zakaszlał, więc zasłonił usta przedramieniem i zdecydował się otworzyć wszystkie okna.
Przez chwilę patrzył na otaczającego go figury w pomieszczeniu. Zewsząd patrzyły boskie postacie, krzyże i kapliczki, okazjonalnie meble zamówione przez kogoś, kto doceniał fach jego ojca. Zbliżył się do blatu i zaczął przebierać w szkicach i planach, zapewne z zamówieniami klientów, szkice, których nigdy nie dokończył. Na stole nadal leżał dorodny kawał drewna porzucony w powijakach. Kurt zastanawiał się, czy ojcu odebrało rozum z dnia na dzień.
Nawet nie wiedział, co powinien zrobić. Przyszedł tutaj, bo potrzebował pieniędzy. Mógł zadzwonić do dawnych klientów ojca i ustalić z nimi dokończenie projektów. Mógł sprzedać wszystko, co znajdowało się w warsztacie, i liczyć, że pieniądze z tego na jakiś czas starczą na utrzymanie ojca. Mógł sprzedać cały warsztat i mieć nadzieję, że ojciec nigdy nie odzyska rozumu i nie zabije go za to, że odebrał mu cały życiowy dorobek i jego dumę.
Musiał zrobić coś z rękami, więc chwycił za dłuto, wygrzebał ze stosu papierów ostatni projekt i zaczął kończyć dzieło ojca.

Nie miał w warsztacie zegarka, więc nie wiedział, ile czasu minęło, od kiedy usiadł do projektu, ale z transu wybudziło go dopiero skrzypienie drzwi. Nie poderwał się tylko dlatego, że półświadomie pomyślał, że to pewnie tylko ojciec przyszedł sprawdzić, jak sobie radzi w warsztacie. Pewnie znowu powie, że żłobienia w tym krzyżu powinny być traktowane jak obraza religijna i że nawet Kain robił to lepiej.
Wszystkie jego zmysły zaczęły bić na alarm tak szybko, jak tylko Kurt zdał sobie sprawę, że jego ojciec nie mógł tutaj przyjść o własnych siłach. Ręka powędrowała mu do sakwy przy spodniach, miejsca, gdzie trzymał złożoną swoją włócznię.
Przez drzwi przeszła kobieta. Zawirowało mu w głowie i przez chwilę miał wrażenie, że widzi podwójnie. Poczuł się otępiony, spowolniony, a najgorsze było w tym to, że doskonale znał to uczucie i nie miał na nie wpływu — czuł się tak, jakby ktoś manipulował Mgłą.
No tak, był głupi, kiedy myślał, że tutaj będzie bezpieczny. Za bardzo skupił się na innych rzeczach, żeby pamiętać o tym, że nadal jest tylko półbogiem i istnieją stwory, które będą polować na jego życie.
Kobieta wyglądała całkiem normalnie. Jak staruszka, taka, która próbowała stłumić starość nadmierną ilością żółtej tapety i nieudolnie wykonanego botoksu, ale z drugiej strony jak babcia, która upiekłaby ci ciasteczka. Miała na sobie zdecydowanie zbyt wysokie, czerwone obcasy, które nie pasowały do jej wieku i do miejsca, do jakiego trafiła.
Na pierwszy rzut oka nie wyglądała na potworzycę, ale Kurt wiedział, że właśnie takie potwory były najniebezpieczniejsze. W jednej dłoni cały czas trzymał dłuto w taki sposób, jakby awaryjnie miał wydłubać nim czyjeś oczy, a drugą zaciskał na pochwie z włócznią.
— Dzień dobry, kochanieńki — powiedziała. Zbliżyła się na kolejne parę kroków. Tętno Kurta przyspieszyło i wszystkie komórki w jego ciele krzyczały, że powinien coś zrobić, cokolwiek, ale kobieta nie dawała mu żadnych znaków, że miała zamiar wyrosnąć kły i pazury i spróbować go zaatakować; poza tym, że Mgła wokół niego gęstniała i wirowała w powietrzu. — Chciałabym zamówić regał na moje przetwory.
— Warsztat jest nieczynny — bąknął niezbyt uprzejmie.
— Och, trafiłam tutaj z polecenia. — Uśmiechnęła się. Miał wrażenie, że jej zielone oczy świdrowały go na wylot. To nie był ciepły odcień zielonego, który Kurt widział w oczach Claude'a. To była szmaragdowa zieleń, widoczna co najwyżej na karykaturalnych plakatach przedstawiających czarownice. — Powiedziano mi, że pan Adam Munroe nie przyjmuje już zamówień, ale jego syn przejął po nim talent do obróbki drewna.
Kurt liczył czas. Nie mrugnęła ani razu, odkąd weszła do warsztatu.
— Czego chcesz? — syknął.
— Przecież powiedziałam! Regał na przetwory.
Uśmiechnęła się szeregiem zębów i wtedy Kurt dostrzegł, że posiadała cały arsenał kłów.
Wyciągnął włócznię z takim impetem, że przy okazji przewrócił jeden z wyrzeźbionych przez jego ojca krzyży. Zanim potworzyca zdążyła uskoczyć, ostrze rozerwało jej babciny sweterek, ukazując wężowe łuski.
— Czym ty jesteś? — szczeknął w jej stronę.
— Chyba nie tak się wita potencjalnych klientów, synu Invidii — odpowiedziała. — Skończyłam z potworowaniem.
Gdyby nie to, że nie było mu wcale do śmiechu, mógłby zaśmiać jej się w twarz. Jednak nie próbowała go zaatakować. Stała, lustrując wzrokiem to Kurta, to jakiś punkt za jego plecami. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że wpatrywała się w przewrócony wcześniej krzyż.
— Wierzysz w Boga, synu Invidii? — zapytała.
Nikt wcześniej nie zadał mu tego pytania. Ojciec zakładał, że wierzy w Boga, bo tak wychował swoich synów i tylko takie pojęcie mieściło się w jego świecie. W Obozie Jupiter nikt nie pytał, bo i tak wszyscy wierzyli w tych samych bogów, w których musieli wierzyć, bo przecież powiedziano im, że są ich dziećmi i muszą robić to, co bogowie chcą. Kurt nie przykuwał zbyt dużej uwagi do myślenia o Bogu przez duże B. Podświadomie zakładał, że on istnieje, gdzieś w alternatywnym do Olimpu świecie astralnym. Podświadomie się go bał, bo tak wyuczył go ojciec. Sam z siebie miał już wyrzuty sumienia, jakby go zdradzał, będąc dzieckiem bogini z innego panteonu. Nie wiedział już, w co ma wierzyć.
— Hera mi to zrobiła — ciągnęła dalej kobiecina, kiedy Kurt nagrodził ją milczeniem. — Najpierw zabiła moje dzieci, a potem zamieniła mnie w potwora i kazała mi żyć tak przez kolejne tysiąclecia.
Próbowała go zmanipulować, oczywiście, że próbowała. Kurt nie ufał jej ani trochę. Karmiła go słodkimi słówkami, bo stał właśnie na rozdrożu.
Powiedziała, że przyszła z czyjegoś polecenia. Domyślił się, kto ją przysłał. Jego matka zawsze patronowała zemście i zazdrości, ale też losie i rozdrożom.
— Nie chciałbyś czasem, żeby w twoim życiu nie było żadnych bogów, Kurt? — Kolejny raz posłała mu swój uśmiech pełen kłów.
Kurt opuścił włócznię, nadal zaciskając pięść na trzonku tak, że pobielały mu knykcie.
— Gdybym chciała, zabiłabym cię w pierwszej sekundzie, kiedy byłeś rozproszony, synku. Nie żartowałam z tym regałem na przetwory — powiedziała. — Mogę zapłacić ci tyle, ile tylko chcesz. W tych waszych… ludzkich dolarach, czy czego wy tam teraz używacie. — Machnęła ręką. — Och, zapomniałabym. — Jej ręka powędrowała do kieszeni swetra, na co Kurt odpowiedział ponownym wyciągnięciem broni. Uśmiechnęła się sztucznie miło i wyciągnęła z kieszeni drobny kartonik, coś, co dziwnie przypominało wizytówkę, po czym szerokim łukiem ominęła chłopaka i zostawiła kartkę na drewnianej ladzie. — Gdybyś jednak chciał mi pomóc, tutaj są moje dane kontaktowe. Możesz zmierzyć ścianę w mojej chacie, żeby odpowiednio dobrać wymiary regału.
To brzmiało tak absurdalnie. Nigdy w życiu nie sądziłby, że jakiś potwór jest w ogóle zdolny do wypowiedzenia takiego zdania.
— Myślę, że możemy pomóc sobie nawzajem.
Kurtowi znowu zawirowało w głowie. Czas zwolnił na chwilę, a kiedy znowu oprzytomniał, był już tylko sam w warsztacie. Pomyślałby, że wariuje tak samo, jak jego ojciec, ale kiedy się odwrócił, wizytówka nadal leżała na blacie. Nie puszczając broni, rzucił się łapczywie w stronę karteczki.
Tępo wpatrywał się w zwyczajny kawałek papieru, na którym szponiastymi literami napisane było: MARIAN LAMIA, 518-555-4164.


────
[2410 słów: Kurt otrzymuje 24 Punkty Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz