poniedziałek, 27 lipca 2026

Od Kaliny CD Isobel — „Umarła lampa normalna i narodziła nienormalna”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

— Ładne — zgodziła się Isobel, przyglądając się trzymanym przez Kalinę kolczykom.
— To chyba jakaś pawica — zastanowiła się dziewczyna. — Albo… nie wiem, ciężko stwierdzić jaka. Ale coś z oczkami.
— Paź królowej? — Isobel powiedziała na głos pierwszą, lepszą nazwę, która wpadła jej do głowy.
— One są inne — pokręciła głową Kalina. — Takie żółto-czarne. O, a może nastrosz półpawik… chociaż on chyba miał mniej oczek. Albo…
— Jezu, i ty to wszystko pamiętasz? — zdziwiła się Isobel, słuchając kolejnych nazw rzucanych przez Kalinę.
— Albo po prostu jakiś nieistnieją-… co? — wyrwana z motylego transu Kalina spojrzała zdezorientowana na Isobel, na co dziewczyna zareagowała śmiechem.
— Może się mylę, ale chyba lubisz motyle — stwierdziła i zaśmiała się ponownie. Tym razem powodem śmiechu był nieplanowany rym. — Masz jakiegoś ulubionego?
— O kurcze, na pewno mam — zastanowiła się. — Właśnie te pawice są super. Na przykład pawica gruszówka jest świetna, taka szaro-zielona. I one mega ładnie się nazywają po łacinie. Saturnia jakaśtam. Jak saturn, mega im pasuje.
— Tak kosmicznie.
— I wyglądają kosmicznie! Jest na przykład pawica atlas, która zamiast kropek ma trójkąty — opowiadała rozemocjonowana. — Dosłownie jak nie z tej ziemi! Czekaj, pokażę ci.
Kalina odłożyła kolczyki z powrotem na regał i sięgnęła do kieszeni po telefon. Już chciała wybrać ikonkę przeglądarki, ale zamiast okna wyszukiwania na ekranie pojawiło się wielkie powiadomienie. „Pozostało 5% baterii. Twoje urządzenie wyłączy się za 30… 29… 28…". Zdążyła jedynie zobaczyć urywek wiadomości od Amandy. Coś o lampie i pieczarce za półtora dolara? Zanim jednak zdążyła dowiedzieć się, o co chodzi, ekran zmienił kolor na czarny. Z westchnięciem włożyła telefon z powrotem i wzruszyła ramionami.
— A jednak nie — wyszczerzyła zęby w głupim uśmiechu. — Zwykle zapominam telefon z domu i zostawiam go na kablu, a teraz całkiem zapomniałam go naładować — wytłumaczyła się.
— Nic się nie stało, kiedyś zobaczę — odparła Isobel z uśmiechem. — Mi też się zdarza.
— Wiesz co? Chyba serio je wezmę, lampy i tak tu nie znajdę — Kalina znowu zaczęła przyglądać się kolczykom. — Są ładne, nawet jeśli nie są niczym konkretnym.
— To prawda, super są. Ja chyba też nie znajdę tu doniczki — Isobel ostatni raz rzuciła okiem na ogrodniczą alejkę. — Miało być tanio i dobrze, a jest droga tandeta. Idziemy stąd? — zaproponowała.
— Jasne, tylko pójdę zapłacić.
Kilka minut później wyszły ze sklepu. Stojąc na chodniku, Kalina zajęła się odpakowywaniem kolczyków i zamienianiem ich miejscami z tymi, które miała na sobie jeszcze przed sekundą. Isobel rozglądała się dookoła, próbując wypatrzeć miejsce, do którego mogą się udać.
— Szukamy innego sklepu? — zaproponowała Kalina, gdy w końcu uporała się z kolczykami.
— Wiesz co? Nie chce mi się za bardzo — stwierdziła Isobel, niechętnie analizując szyldy pobliskich lokali.
— Tu blisko chyba i tak nie ma nic ciekawego, musiałybyśmy pójść gdzieś dalej.
— Nie chcesz może iść do jakiejś kawiarni? Jakiejś taniej? — zapytała Isobel po chwili ciszy. — Przy okazji poszukamy toalety — dodała ciszej ze śmiechem.
— Mieszkam niedaleko — Kalina jakby odruchowo wskazała głową kierunek. Ścisnęła w kieszeni drobniaki, które zostały jej po zakupie kolczyków. To był drogi interes… ale dla motyli było warto. — Może wpadniesz na herbatkę?
— Jasne! — odpowiedziała żywo, nie ukrywając zadowolenia z braku konieczności wydawania pieniędzy na overpriced kawę tylko po to, żeby dostać dostęp do kawiarnianej łazienki.
— Okej, a wracając do motyli…
Kalina prowadziła Isobel najpierw chodnikiem, a później osiedlowymi skrótami, którymi po zmroku odważyłby się iść co najwyżej dresiarz albo idiota. Po drodze opowiedziała jej o zmrocznikach, które w większości zdobią ładne paseczki. Szczególną uwagę zwróciła na zmrocznika oleandrowca, który podobnie jak pawica atlas, wyglądał jak przybysz z innej planety. Isobel dowiedziała się również o wstęgówkach, które zostały porównane przez Kalinę do włosów, które może i mają najnudniejszy kolor świata, ale ich spód, przez większość czasu ukryty, pofarbowany jest na przepiękny, żywy róż, czy błękit.
— Jest jeszcze cerura vinula — przypomniała sobeie. — Nie pamiętam angielskiej nazwy, ale łacińska brzmi jak rura. I jej gąsienica też wygląda jak taka rura.
— Jak rura? — wizja gąsienicy-rury wydała się Isobel bardzo interesująca.
— No, jakby ciągle coś pożerała — zaśmiała się Kalina. — Albo jakby była czymś wiecznie zawiedziona.
— Skąd ty to wszystko wiesz? — zaciekawiła się Isobel. — W sensie, skąd w ogóle pomysł, żeby się tym zainteresować?
— Kilka lat temu kupiłam na lotnisku atlas, no i tak jakoś wyszło — odpowiedziała Kalina po chwili zastanowienia. — Usłyszałam, że na obozie… na który wysłała mnie matka, będą nam zabierać telefon i spanikowałam, że się zanudzę — zaśmiała się.
— Jakiś obóz dla niegrzecznych dzieci? — zaśmiała się Isobel. — Ciebie też na takie wysyłali?
— A żebyś, kurwa, wiedziała. Jesteśmy.
Kalina musiała wysilić mózg, aby przypomnieć sobie kod do domofonu. Zwykle otwierała te drzwi tak po prostu, przypadkowym kluczem z kieszeni, ale nawet jeśli była to wina trefnego zamka (co wyjaśniałoby częstą obecność meneli), nie chciała tego robić przy Isobel. Na szczęście zasada „do trzech razy sztuka” sprawdziła się idealnie i trzecia próba okazała się udana.
— Zapraszam, drugie piętro — otworzyła drzwi i puściła Isobel przodem. — Mam nadzieję, że współlokatorka nie zostawiła bałaganu — dodała żartem. W rzeczywistości bardziej martwiła się o swój bałagan. Najbardziej stresujący był fakt, że nie miała pojęcia, gdzie zostawiła używaną obecnie jako piżamę, obozową koszulkę. Były trzy opcje — pod kołdrą, na krześle, albo na wierzchu w łazience. Pozostało liczyć na to, że Isobel nie skojarzy spranego SPQR z obozem dla półbogów, a co najwyżej częstym myśleniem o Starożytnym Rzymie.


Isobel?
────
[854 słowa: Kalina otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz