poniedziałek, 31 marca 2025

Od Sylvie — „Not now, not never" — część 1

Czasy licealne

Do dziś pamiętam ból obtartych od chodzenia pięt i ciężar mojej szkolnej torby, trzymanej przez cały dzień na lewym ramieniu.
Mimo to wtedy nigdy bym nawet nie zwróciła na to uwagi. Tak dobrze się przecież bawiłam, a raczej bawiłyśmy. Co i rusz słyszałam dźwięczny chichot towarzyszki, która mimo trzeźwości, nie potrafiła utrzymać prostego kroku. Zamiast stawiać stopy w mniej więcej podobnych od siebie odstępach, jej ciało mimowolnie nagabywało ją do zakręcania się, a następnie wpada we mnie, zmuszając mnie do oddania jej tym samym. Nawet spadnięcie jej okularów słonecznych z nosa nie przeszkodziło jej w powtórnej próbie staranowania mnie na chodniku pełnym pieszych; była po prostu zbyt pochłonięta figlarną zabawą.
Instytucji, którą nasz szanowny pan dyrektor nazywał najlepszą na całym świecie, a może nawet i w Nowym Jorku, nie dzielił duży dystans od galerii handlowej. Z tego powodu stała się ona częstym miejscem schadzek okolicznych nastolatków, w tym oczywiście i nas, jednak o tej porze raczej nie powinno być tam nikogo. Zerwałyśmy się wtedy bowiem z dwóch matematyk, które zwykle ciągnęły się przez niemiłosiernie długi czas. Domyślałam się, że wieczorem dostanę przez ten wybór srogie kazanie, jednak to ona zaproponowała, a ja po prostu nie mogłam jej odmówić.
— Chodźmy do tego nowego sklepu — rzuciła, stając nade mną na ruchomych schodach. — No wiesz, tam gdzie mają niby fajne miniówki.
Zgodziłam się z nią. Lubiłam się z nią zgadzać, bo mogłam wtedy ponownie zobaczyć, jak promiennie się do mnie uśmiecha, jak błysk w jej oczach ponownie się pojawia. Pamiętam, że czułam wtedy coś, czego nie czułam w innych momentach, nie mogłam tego odwzorować nigdzie indziej.
Mimo tego, co zakładałyśmy, miejsce było dość oblegane. Trzymałam ją wtedy za ramię, by nie zgubić jej w tłoku; zainteresowane towarem kobiety chodziły w każdą możliwą stronę, przebierając wystawę aż po samo dno. Przyznam, chętnie sama zrobiłabym to samo, patrząc na to, jak cudowne były niektóre z sukienek, czy koszulek, które trzymały, jednak moja uwaga była skupiona w większości na innym temacie. Gdy zatrzymałyśmy się przy jednej z wystaw, postanowiłyśmy się rozdzielić w poszukiwaniu wymarzonych ubrań. Jednak mimo trzymania rąk pomiędzy wieszakami, mój wzrok wciąż uciekał w inną stronę. Kątem oka zerkałam co kilka chwil na nią, przyglądając się temu, w jaki sposób zastanawiała się nad wyborem spódnicy; jej dłoń wędrowała między włosami, zaczepiając palce w lekko spuszonych już od dotyku lokach. Jej brwi były nieco zmarszczone, a zaróżowione pomadką usta rozdziawione i wydęte. Wpatrywała się w manekiny, a ja w nią.
— Pójdę ją przymierzyć — odezwała się do mnie, trzymając jeden z wieszaków. — Weźmiesz moją torbę?
Wzięłam. Obydwie skierowałyśmy się w stronę przymierzalni, gdzie ona schowała się za kurtyną, a ja usiadłam na jednym z plastikowych krzeseł. Położyłam obydwie torby na skrzyżowanych kolanach, zauważając, że ta należąca do niej, jest zdecydowanie lżejsza. Pomyślałam sobie, że może dziewczyna zdążyła na krótkiej przerwie zjeść całe swoje śniadanie.
Z głośników dochodziła do mnie dudniąca popowa piosenka, która od dwóch tygodni nieustannie mielona była przez wszystkie stacje radiowe. Nie rozumiałam wtedy jeszcze wszystkich odniesień, które z czasem okazały się zbyt sprośne dla umysłu przeciętnego nastolatka, jednak wtedy była to moja ulubiona nutka. Więc czekałam dalej, nucąc pod nosem dwuznaczny tekst i wpatrując się w moje podskakujące stopy.
— Hej, Sylvie, chodź zobaczyć! — krzyknęła, wyjawiając się zza zasłony.
Z podłogi spojrzałam się na nią, jednak momentalnie poczułam jak gorący płomień przeszył moje policzki. Zauważyłam, co faktycznie na sobie miała; białą, powiewającą spódniczkę z falbanką, kończącą się w połowie uda, ledwie zakrywającą wszystko to, czego uczą nas, by zakrywać. A mimo to tak wiele dla niej robiła. Wyglądała pięknie.
— Jest... urocza — zapewniłam, wstając z siedzenia. — Powinnaś ją wziąć.
Wtedy też odważyłam się z powrotem na nią spojrzeć; zakręciła się kilkukrotnie wokół własnej osi, wprawiając spódniczkę w ruch. Widok skaczących falbanek zdecydowanie przekonał ją do zakupu, co spowodowało pojawienie się niewielkiego uśmiechu na jej twarzy. Widziałam, jak jej palce lekko zgięły się pod wpływem ekscytacji. Sama nieświadomie odwzajemniłam ten gest.
 
Szłyśmy wtedy między między kolejnymi restauracjami i przeróżnymi kafejkami, wypatrując w stadzie wyborów idealnego miejsca, by przysiąść na krótki lunch. Co chwilę któraś z nas z zaciekawieniem podnosiła wskazujący palec w stronę jednego z lokali, by zachęcić drugą do chociażby zapoznania się z menu, chociaż każda z prób kończyła się rezygnacją. Jednak mimo łączącej nas wybredności, co do rodzaju ulubionego jedzenia, zdołałyśmy postawić na przytulną kawiarnię, która schowana była na samym końcu alejki. Z zewnątrz była ona ozdobiona drewnianymi panelami, zaś w środku przywitała nas zachęcającą witrynką, pełną słodkich smakowitości. Nie wpatrując się w nią nawet przez dziesięć sekund, momentalnie zrozumiałam, że jest to miejsce dla mnie.
— Z podwójną gałką lodów, jeśli można — oznajmiłam, odpowiadając nastoletniej kasjerce na pytanie „z jakimi dodatkami ta gorąca czekolada?”.
Po odebraniu zamówień, usiadłyśmy przy jednym z okrągłych stolików. Znajdował się na nim wazon z kilkoma fiołkami w środku, od czego zaczęłam rozmowę. Dziewczyna chętnie pociągnęła, kosztując zamówionego przez siebie sernika. Ja natomiast dotknęłam niebieskich płatków, by upewnić się, że roślina jest prawdziwa.
Nie wiem dokładnie, ile czasu tam spędziłyśmy. Pamiętam jednak, że o wiele więcej, niż początkowo planowałyśmy. Mimo tego żadnej z nas wcale się nie spieszyło, najważniejsza była dla nas bowiem rozmowa. I to właśnie podczas niej, gdy skończyłyśmy już konsumować zamówione desery, słońce pośpiesznie wyszło zza chmur. Przez znajdujące się obok dziewczyny okno wpadło do pomieszczenia nieco więcej światła, wprost na nią. Promienie delikatnie otuliły jej twarz, podświetlając każdy detal, który potrafię wymienić. Pieprzyk pod prawym okiem, rozmytą kredkę na ustach, spadające kosmyki włosów. Jej śmiech dzwonił w moich uszach, wprawiając bębenki w ruch. Dłonie wciąż wędrowały po wydeptanej ścieżce nękanych kosmyków, a powieki były lekko przymknięte. Czułam jej waniliowe perfumy, nieznośnie drażniły moje nozdrza. Mimo tego, czułam się z nią wtedy tak swobodnie...

──── 
 [937 słów: Sylvie otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz