wtorek, 9 czerwca 2026

Od Arnar CD Dahlii i Luciena — „Duchokonie??? Bardzo straszne naprawdę brawo”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA IV

Wiedza nie wypełnia ich umysłów w magiczny sposób, powietrze nie migoce od fascynującego brokatu zwiastującego pojawienie się bogini na środku korytarza ani zniknąd nie rozbrzmiewa nieznajomy, donośny głos. Nawet nigdzie nie pojawia się tęcza, co w zamkniętym pomieszczeniu byłoby całkiem interesującym zjawiskiem. Bogowie są od zawsze znani z bycia niewysłowienie leniwymi istotami, dla których nawet najprostsze przekazanie informacji stanowi czynność na tyle trudną do zrobienia, że starają się uprościć ją do najbardziej elementarnego kiwnięcia palcem. Zwłaszcza jeśli prosi ich o to jakieś marne herosiątko. Wtedy dodatkowo mają tendencję do rozumienia wszystkiego na opak albo niedokładnego wykonania powierzonego im zadania.
Biorąc pod uwagę światowej klasy debilizm i ogólne nieogarnięcie życiowe Arnar, ono nigdy nie dowiedziałoby się, że coś miało zostać mu przekazane. Irys wykonując swoją pracę, za którą Dahlia musiała wybulić niezłą kasę, postanowiła, niczym jakaś marna podróba Batmana, wyświetlić wiadomość od córki Demeter w punkcie ogólnodostępnym dla wszystkich. Na środku czystego, bezchmurnego nieba, które ciężko byłoby doprosić o tęczę, gdyby nie wspaniała boska interwencja. Dla zwykłych śmiertelników litery pewnie przybierają postać smutnych, trochę zdeformowanych chmurek, a każdy półbóg z wadą wzroku jest aktualnie biedny i niedoinformowany, bo iFajstosy w całej swej innowacyjności nie posiadają jeszcze żadnego odpowiednika Twittera. Na razie Hefajstosiaki wypuściły wersję beta aplikacji o kreatywnej nazwie Iriphonny, której ikonka przypomina słabą apkę randkową dla osób ze społeczności queerowej. Jeszcze nie dodali opcji zmiany profilowego, które defaultowo jest soczystą emotką truskawki, co zdecydowanie zniechęca półbogów do instalacji.
Arnar, jak zawsze, ratuje ktoś inny niż jego mózg lub cokolwiek powiązanego ze świadomością. Na niebo zwraca uwagę wyłącznie dzięki Lucienowi, który w konsekwencji ataku paniki szarpie się właśnie z klamką najbliższego okna, próbując otworzyć je bardziej niż na szerokość kilku marnych centymetrów (czyli tym samym wyrwać je z ramy).
– Ejejejej, kochanie, popatrz! – Arnar próbuje zwrócić uwagę Luciena na napisy na niebie, ale on nie ma najmniejszego zamiaru go słuchać. Wreszcie odpuszcza molestowanie klamki i skupia na złapaniu do płuc jakiegokolwiek powietrza. Szybkie wdechy i jeszcze szybsze wydechy skutecznie rozpraszają Arnar, które choć raz w życiu próbuje skupić się na czymś, co rzeczywiście może im pomóc. Nie na co dzień obserwuje się sekretne wiadomości wyświetlane na niebie. – Uwa-uwaga. herme… herOsi? Dzik. Dziki. Dziki labiryyynt w… o. To chyba o nas chodzi. Dziki Labirynt w naszym hotelu – oznajmia skonsternowane Arnar, ledwo odczytawszy chwiejne litery. W jego głowie układa się bardzo chwiejny i niekoniecznie dobry plan, którego osią mają być nowo zdobyte informacje. – Dobra, Lucien? Czas na wydostanie się stąd.
– Co? – odpowiada mu płaczliwie, ledwo wyduszone słowo. Zaczerwienione oczy wbijają w Arnar smutne spojrzenie, za którym widocznie nie ma zbyt wielu koherentnych myśli. Dobrze przynajmniej zobaczyć, że chłopak jest w stanie opanować swoją panikę na tyle, że by zacząć w miarę normalnie oddychać.
– Jesteśmy w dzikim Labiryncie – radośnie odpowiada Arnar, co wydaje się tylko jeszcze mocniej pogrążać Luciena w ogromnej dziurze pesymizmu.
– Czyli nie znajdziemy Dahlii? I co to w ogóle znaczy, że dziki Labirynt?
– Nie no, znajdziemy. Ja to w ogóle myślę, że to ona wysłała nam tę wiadomość, ale nie wiem, czemu pojawiła się na środku nieba, to trochę takie, wiesz, ekstrawaganckie rozwiązanie, nie? A dziki Labirynt, no, nie wiem, może po prostu nikt go jeszcze nie udomowił i nie wie, jak się zachować – odpowiada Arnar i swoim bardzo dobrym sposobem prze do przodu, nie zwracając uwagi na to, że literalnie nie ma pojęcia, w jakiej części hotelu są, a tym bardziej które to piętro. – Poza tym. Dahlia wróci, jak skończy sikać.
– Coś długo sika – kąśliwie zauważa Lucien, drepcząc za Arnar i nerwowo rozglądając się dookoła.
– Może ma zaparcie.
– Gubisz się w zeznaniach – oskarża go chłopak, wyraźnie coraz bardziej zdenerwowany tą sytuacją.
– Oj tam, kochanie, trzeba po prostu wrzucić na luz i oswoić Labirynt. – Arnar nie traci swojego optymizmu, chociaż te słowa brzmią dziwnie w jego ustach. Ostatnim, czym rzeczywiście by się zajęło, jest oswajanie czegokolwiek lub kogokolwiek, bo w tej sztuce jest piekielnie niedoświadczone (chyba że zaliczamy do tego jego przyjaźń z Dahlią).
– Ty nigdy nawet nie wyprowadzałoś psów ze schroniska, o czym ty w ogó-
– Ktoś tu jest?!
Wydaje się, że głos dochodzi zza załomu korytarza, na którym aktualnie znajdują się Lucien i Arnar. Może być to wrażenie złudne, biorąc pod uwagę niemożliwy do pojęcia układ hotelu, ale Hermesiątko i tak zakłada, że jeżeli ktoś tu jest, to właśnie za załomem korytarza. Ignorując zdrowy rozsądek i ściskającą jego przedramię dłoń Luciena, który bardzo gwałtownie kręci głową i układa usta w słowa: „Arnarze Bakke, NIE”, ono nie tylko stawia parę kroków w domniemanym kierunku, z którego dochodzi niezidentyfikowany głos, ale też postanawia nie zachować absolutnej ciszy.
– Tak!! My!!! – krzyczy na tyle głośno, żeby ta nadprogramowa osobistość usłyszała go nawet w przypadku znajdowania się gdzieś indziej niż za mistycznym załomem korytarza.
– My, czyli kto?! – odwrzaskuje Ktoś i rzeczywiście wyskakuje zza tego zakrętu, mierząc w parkę półbogów krótkim sztyletem (skutkuje to przerażonym piskiem Luciena, który na śmierć zapomina o tym, że posiada podobny, może nawet dłuższy sztylet). – O. Nie jesteście potworem?
– No chyba ci się coś ostro pomyliło – mamrocze roztrzęsiony Lucien, wycierając spocone dłonie o spodnie. – To ty tutaj sprawiasz większe zagrożenie.
– Co wy tu- ooo, pewnie jesteście niczego nieświadomymi gośćmi i mam okazję uratować was z opresji?! – pyta podekscytowana, jak się okazuje, dziewczyna i aż klaszcze w dłonie, uważając, żeby nie pociąć się swoim sztyletem. – Jestem Khai, przyjaciele mówią na mnie Khai, jakby co!
– Siema, a ja jestem Arnar. – Ściskają sobie dłonie, a coś dziwnego w wypowiedzi nowej koleżanki zauważa wyłącznie Lucien, który wygląda, jakby próbował przeprocesować, czym różni się „Khai” od „Khai”. Przynajmniej Arnar (które wybrało opcję niekwestionowania niczego) wyczytuje to z jego skonfundowanej miny i prawie niezauważalnie poruszających się ustach, które raz po raz układają się w kształt imienia dziewczyny. – A to Lucien – dodaje z uśmiechem, bo chłopak nie wygląda na skorego do przedstawienia się samodzielnie.
– Świetnie, super, fajnie!! – oznajmia wciąż niezmiernie podekscytowana Khai. – To nie pierwszy raz, jak kogoś ratuję, żebyście wiedzieli. Jestem kimś w rodzaju tutejszego superbohatera i, nikomu nie mówcie, ale potrafię parę różnych sztuczek, które mogą nas stąd wyprowadzić! - opowiada tonem rasowego przewodnika wycieczek szkolnych, który bardzo chce wzbudzić zainteresowanie w znudzonych uczniach podstawówki.
– Bardziej nas interesuje, gdzie jest wyjście, a nie jakieś sztuczki – życzliwie informuje ją Lucien. – Zgubiliśmy naszą koleżankę. Przyjaciółkę. Eee, moją kuzynkę z trzeciej wody po kisielu. Nieważne. Nieważne, trochę mi…
– Kochanie, spokojnie. – Arnar pocieszająco głaszcze chłopaka po roztrzepanej czuprynie i odwraca się do Khai. – No, to prowadź!
– Pewnie nie do końca rozumiecie, co tu się dzieje – zaczyna Khai, gdy już prowadzi ich w stronę, z której prawdopodobnie przyszła (przy czym Arnar i Lucien wiedzą, że to raczej ich nigdzie nie doprowadzi i więcej sensu rzeczywiście miałoby wyskoczenie przez okno). – I nie wiem, czy dacie radę w ogóle to zrozumieć…
– Nie no, proste, przecież był ten wielki napis na niebie i w ogóle. – Arnar próbuje wzruszyć ramionami, ale wczepiony w jego rękę Lucien skutecznie mu to uniemożliwia.
– Widzieliście go?
– Taaaaak??
– Jesteście herosami?
– A myślałaś, że czym, koniem? – prycha Lucien, ale jego prychnięcie bardziej przypomina żałosny kwik.
– Słońce, nie mów tak. Proszę. Bo jeszcze tu przyjdą. – Nagle Arnar przybiera znacznie poważniejszy wyraz twarzy i Lucien rzeczywiście wyszeptuje przeprosiny.
Khai przez moment po prostu stoi, trochę zszokowana, jako że to, w jaki sposób postrzegała rzeczywistość jeszcze chwilę temu, okazało się całkowicie niepoprawne. Przenosi wzrok z Arnar na Luciena i z Luciena na Arnar, podczas gdy oni wbijają w dziewczynę spojrzenia pragnące natychmiastowego wydostania się z tego przeklętego hotelu. Wszystko kwituje śmiech Khai, niekoniecznie zrozumiały dla pozostałej dwójki.
– Sorry, ja jestem z Obozu Herosów, więc wiecie…
– Ale ja przez sześć lat byłom grupowym! Ty tak serio nie pamiętasz? – pyta Arnar, choć samo nie pamięta Khai i jakby teraz powiedziała, że też była grupową, to by chyba pierdolnęło głową w ścianę tego cholernego labiryntu. – On w sumie też. – Lucien posłusznie kiwa głową na te słowa.
– Przez SZEŚĆ LAT?
– Tak????
– Okej dobrze wiedzieć to teraz chodźmy – Khai usilnie próbuje zamaskować niezręczność sytuacji. Arnar to akceptuje, bo dla co jak co, ale ono niezręczności się nie boi (tylko dlatego, że dla niego niezręczność nieszczególnie istnieje). Lucien wydaje się tylko trochę bardziej przerażony niż zazwyczaj, co też wychodzi wszystkim na plus. – To, skoro mamy się-
– Czy ja nie słyszałom rżenia przypadkiem. – Arnar odwraca się i bardzo uważnie skanuje cały korytarz, który nagle wygląda na znacznie dłuższy, niż chwilę wcześniej. – Jak nic słyszałem rżenie.
– Daj już spokój z tymi końmi! – jęczy Lucien, a zdezorientowana Khai aż opadają ręce. – Po prostu chodźmy, jak wyjdziemy, to tam już w ogóle nie będzie koni! Ja ci przysięgam, nigdy już nie zażartuję z tego głupiego kaktusa, pozwolę ci go w końcu wyrzucić!
– On tam jest – szepcze Arnar, ze zmrużonymi powiekami wpatrując się w zbyt długi korytarz. Gdzieś na jego końcu coś miga czerwienią. Jak nic właśnie stuka na niego kopytem. – ON TAM JEST – powtarza, tym razem już z większą dozą paniki w głosie (ogromną) (przekraczającą panikę Luciena) (poprzeczka akurat jest dość wysoko). – MUSIMY STĄD NATYCHMIAST SPIERDALAĆ – oznajmuje i od razu rusza przed siebie, ciągnąc za sobą Luciena.
Khai stoi parę kroków przed nimi, ale nagła szarża przerażonego Arnar, które co jedną dwudziestą szóstą kroku zerka za siebie, sprawia, że parę kroków powoli przestaje być jakimikolwiek krokami. W tej niemożliwej do opanowania sytuacji Khai cofa się, nie zdążywszy się obrócić.
Na jej nieszczęście, rozwiązały jej się buty. To znaczy, już dawno były rozwiązane i dopiero teraz żałuje, że nie chciało jej się na moment schylić i z powrotem zasupłać sznurówek.
Zwykłym zrządzeniem losu, wszystko idzie nie tak, jak powinno. Piekielnie długi dywan, którym wyłożona jest podłoga korytarza, zwija się pod jej nogami. Khai nadeptuje na jedną ze swoich sznurówek, może też podłoga nagle staje się krzywa, że dopomóc w zniszczeniu brawury dziewczyny. Albo ona po prostu nie potrafi chodzić do tyłu.
W każdym razie Lucien w desperacji próbuje zacisnąć palce na jej koszulce, ale okazuje się zbyt wolny.


Lucien?
────
[1622 słowa: Arnar otrzymuje 16 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz