JESIEŃ, rok temu
Ivy wpatruje się w Dantego przez długą chwilę, w towarzystwie zagłuszających jego oddech głosów oraz muzyki — która zdecydowanie jest zbyt głośna dla zdolności trzeźwego (ha!) myślenia — będącej połączeniem gatunku rocka oraz hip-hopu. W głowie mężczyzny dzieje się dużo rzeczy, nie mogących znaleźć konkretnego wątku, przez co wygląda na tępo zamyślonego, jakby go odcięło od rzeczywistości. W końcu dochodzi do niego, co może mieć na myśli jego pacjent. Uchyla lekko usta, choć po nieprzewidywalnym Dante mógłby się spodziewać pytań wszelkiego rodzaju, niekoniecznie właściwych. Nie sądził jednak, że może być aż tak bezpośredni oraz że naprawdę może mieć na myśli to, co powiedział. Odwraca wzrok, nie będąc w stanie znieść dłużej spojrzenia błękitnych oczu. Ma nadzieję, że nie czerwieni się na twarzy, jak to robi w chwilach publicznego stresu.
— Nie — stwierdza tylko, mając poczucie, jakby ścierpiał mu język i nie chciał wypowiedzieć więcej słów.
Z jednej strony żałuje, że nie skłamał. Z drugiej, było to oczywiste, że nikogo nie ma. W końcu Dante widział, że Ivy mieszka sam, że nie ma obrączki na palcu, że jedyne, co ma w życiu, to praca, że nie ma w sobie radości, którą widać na twarzach osób będących zakochanymi. Nie trzeba być szczególnie inteligentnym, by stwierdzić, że Ivy nie jest ani wyjątkowo przystojny, ani pociągający z charakteru, by mieć powodzenie. Kobiety nigdy nie zwracały na niego uwagi. Mężczyźni tym bardziej nie. Już same myśli o tym, że ktoś mógłby na niego spojrzeć — w metaforycznym sensie, choć nie tylko — wzdrygają nim. Bycie zauważanym, byciem obiektem czyjegoś zainteresowania, bycie ocenianym pod względem wyglądu wywołuje w nim zarówno wstrząsające, zimne dreszcze, jak i rozlewające się ciepło w żołądku, wszystkie skrajności jednocześnie.
— A co? — rzuca, udając, że to pytanie go nie ruszyło.
Dante wzrusza ramionami i uśmiecha się beztrosko, wciąż nie odsuwając się od Ivy.
— Nic takiego. Jestem ciekawy, wiesz?
Nie chce kontynuować rozmowy i wprowadza pomiędzy nich grobową atmosferę, którą zdaje się, jakby pacjent nie zauważał, pochłonięty swymi surrealnymi myślami i fantazjami.
Drink smakuje i pachnie z jakiegoś powodu majerankiem, przez co o mało nie ma odruchu wymiotnego. Z trudem go przełyka, ale powstrzymuje się od pokazania słabości i sączy go bez cienia niezadowolenia, kłamiąc tak samo, jak przed chwilą, gdy stwierdził, że napój jest ,,całkiem dobry”. Nie wie, co zamówił mu Dante i chyba nie chce wiedzieć, starając nie wprowadzić się w jeszcze większą gonitwę myśli, niż dotychczas, bo jeszcze chwila i zacznie podejrzewać go o wpuszczenie mu czegoś do alkoholu. Ostatnim razem pił coś takiego może kilka-kilkanaście lat temu. Od czasu do czasu, w zaciszu domowym, naleje sobie lampkę wina do filmu, aby się rozluźnić i dać ujściu niepokojowi, ale oprócz tego, unika procentów, szczególnie w niezbyt zaufanym towarzystwie.
— Mało wiem o tobie.
— Nie jesteśmy ze sobą blisko.
— Nie? — Dante marszczy brwi. — Jak to? Przecież ty wiesz o mnie zupełnie więcej, niż większość osób, które znam. Ale to trochę niesprawiedliwe, skoro ty nic nie mówisz.
— Nasza relacja jest profesjonalna, nie bliska — burczy dobitnie. — Dlatego nie powinienem nic mówić.
— Ale teraz nie jesteśmy w gabinecie.
Ivy patrzy na niego z iskierką w oczach, którą Dante podłapuje. Psychiatra zaduma się, jak bardzo jego pacjent zdaje sobie z zasad, które między nimi obowiązują, a mimo to, coraz bardziej je przekracza. Jest ich zupełnie świadomy. I nieważne, jak bardzo Ivy stara się dawać mu do zrozumienia, jak powinna wyglądać ich relacja, Dante pozostaje uparty przy swoim.
— I tak nie mam nic ciekawego o sobie do powiedzenia.
— Ja myślę, że jesteś bardzo ciekawą osobą. Ci tajemniczy są najciekawsi. — Opiera brodę na dłoniach. — Chcesz więcej o nich wiedzieć.
— Nie jestem tajemniczy.
Białowłosy chichocze, zasłaniając pomalowane usta.
— Jesteś za to skromny.
— Tajemniczy to dobra cecha?
Znowu się śmieje. Uważa go, nie dość, że za tajemniczego i skromnego, to za zabawnego? Ivy spuszcza wzrok na oblepiony stolik. Łaskocze go w klatce piersiowej, a nabieranie kolejnych słów na język przychodzi mu z trudem.
— I tak nie mam nic interesującego do powiedzenia — mamrocze tak cicho, że Dante z trudem go słyszy.
— Daj spokój. Przecież to… proste. Wiesz, co lubisz robić, jakie filmy oglądać, jakiej muzyki słuchasz, no wiesz, tego typu kiepskie pogadanki, które ludzie przeprowadzają na pierwszych randkach. Możesz powiedzieć coś o swojej pracy. Sama w sobie jest ciekawa.
— Czy ja wiem? — Uśmiechnął się mimowolnie. — Codziennie przepisywanie psychotropów to dość monotonne zajęcie.
Dante uśmiecha się jeszcze szerzej.
— Mam czuć się urażony?
— Nie. Ty zaliczasz się do tych przypadków, które nie są tak… — Zawahał się. — Nie są aż tak nudne.
— Och, tak? Co jest we mnie ciekawego?
Jasny gwint.
— Osobowość — stwierdza, samo nieprzekonane tym, co mówi.
Nawet nie orientują się, jak wiele upłynęło czasu, a pracownicy zaczynają sprzątać i wyganiać podpitych (bądź już pijanych i upadających) klientów. Ivy z każdą kolejną mijającą minutą traci siły na dalsze rozmowy, męcząc się psychicznie, coraz bardziej przebodźcowane harmidrem i wyeksponowaniem się na publikę. Chce wrócić do domu, ale gdy tylko pojawia się okazja do tego, aby się ulotnić, Dante skutecznie mu to utrudnia, jakby przeczuwawszy, że mężczyzna ma zamiar go opuścić. Męczy go zmuszanie się do mówienia, ale pomaga mu to w udawaniu, że pije tego samego drinka pół nocy — woli uniknąć wciskania mu przez Dante kolejnych.
Potem palą razem papierosa (tego samego) przy budynku, z którego ścian już odrywa się tynk. Chłodne powietrze łaskocze ich w policzki. Dante okrywa się bardziej futrzaną kurtką, Ivy zapina guziki płaszcza, a jego powieki coraz bardziej się do siebie lepią na myśl o konieczności pójścia z rana do pracy — czyli za dosłownie parę godzin. Zastanawia się, czy może po zarwaniu nocki będzie czuł się lepiej niż po przespaniu tak krótkiego czas.
Zauważył podczas ich wspólnego wieczoru (a raczej nocy) dwie rzeczy. Po pierwsze, Dante, gdy pije, to do stanu nieświadomości. Domyślał się istnienia u niego problemów z alkoholem, ale teraz otrzymał rzetelny dowód w tej sprawie — ucieka od rzeczywistości oraz swoich halucynacji dzięki używkom. Ani razu nie wykazał symptomów zaniepokojenia, nie mówił bzdur i prawdopodobnie (a bynajmniej nie dał tego po sobie poznać) nie doświadczał żadnych omamów.
Po drugie, nie czuje się tak przytłoczony, jak się tego spodziewał. Nie wie, czy przestał czuć się niekomfortowo przy Dante, czy to trzy drinki i chwila ucieczki od codzienności były tego przyczyną. Może są to te obie rzeczy i dzięki rozluźnieniu skojarzył mężczyznę z poczuciem tego spokoju, który go obwładnął.
Przebiega obok nich szczur, kierując się w stronę śmietników. Ivy towarzyszy mu spojrzeniem. Już jakiś czas temu wszystkie osoby, które były w bardzo, udały się do domów. Została tylko ich dwójka. Chce powiedzieć, że idzie do domu, ale długo się waha, pomimo że białowłosy milczy, wpatrując się w osianą pustką ulicę. Nos i policzki Dantego czerwienią się od mrozu, przybierając kolor cieni na jego powiekach. Szkarłatny kolor kontrastuje z włosami w kolorze śniegu, jakby został stworzony specjalnie dla niego, by podkreślać jego naturę.
Ivy bierze głęboki wdech. Niewielka ilość promili w krwi rozluźnia mu język.
— Co oznacza twój tatuaż?
Dante mruga na niego, w chwilowym bezruchu. Po chwili kąciki jego warg drgają i przyciska do siebie założone ręce.
— Skąd to pytanie?
Dopala do końca papierosa, rzuca go na ziemie i depcze butem, odwracając wzrok.
— Wiesz co? Zapomnij.
Wykonuje krok w stronę ulicy, ale mężczyzna nie pozwala mu łatwo od niego uciec. Łapie go za łokieć i uśmiecha się zalotnie.
— W ogóle, dzięki za wspólny wieczór.
— Nie ma za co.
Dante podejrzliwie marszczy brwi, widząc twarz i postawę Ivy — wygląda jak kamień, a schowane w kieszeni ręce tylko podkreślają jego niezręczność.
— Coś nie tak? Nie podobało ci się? — Zaniża nagle ton.
— Co? Nie, to nie tak… — mruczy. — Jestem zmęczony.
W odpowiedz uzyskuje powolne, nieprzekonane pokiwanie głową. Dante jednak nie odchodzi i nie przestaje się w niego natarczywie wpatrywać.
— Czyli się mnie nie boisz?
— Ja? Boję? — wydobywa z siebie kłamliwe parsknięcie. — Nigdy się ciebie nie bałem.
Ma nadzieję, że to pozwoli mu uciec do zacisznego mieszkania, gdzie będzie mógł wetknąć wzrok w sufit i z zażenowaniem zastanowić się, na co tak właściwie się zgodził i co ma dalej zrobić z tym faktem, do czego to może doprowadzić i jak wielkim jest idiotą. Uśmiecha się znacznie szerzej, niż to robi na co dzień i liczy na to, że Dante załapie, że chce się z nim pożegnać — nawet bez słów, bo wyczerpał już swój limit na dziś. Skutkuje to odwrotnością, bo białowłosy tylko przybliża się do niego, możliwe, że odbierając znaki mężczyzny w zupełnie odwrotnym znaczeniu, zbliżając nie tylko swoje ciało, swój zapach i alarmującą aurę.
Nie wie, jak reaguje się na coś takiego, szczególnie, gdy nie wyraziło się na to żadnej zgody, a tym bardziej nie werbalnie. Gdy wilgotne wargi lądują na jego popękanych ustach, w pierwszych sekundach zamiera, ale gdy niewinne muśnięcie przemienia się w coś głębszego, gwałtownie odpycha od siebie Dantego, na tyle, by może to być potraktowane jako oznaka obrzydzenia. Powietrze staje się dla Ivy duszne, z trudem je łyka, jakby ktoś odciął mu dostęp do tlenu. Przytyka rękaw płaszcza do ust i rzuca swojemu pacjentowi porażające, srogie spojrzenie, jednocześnie odrzucając od siebie uczucie mdłości. Nigdy nie sądził, że pocałunek, ze wszystkich możliwych emocji, wywoła w nim akurat strach.
Do końca dnia nosi ze sobą uczucie brudu na wargach, którego nie może niczym zmyć. Postanawia, że przy najbliższej okazji zerwie ich terapeutyczną relację. O ile się odważy.
smacznego
────
[1528 słów: Ivy otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz