LATO
Winter chciałby powiedzieć, że nie pamiętał nic po wybuchu. Że ogień buchnął mu w twarz, pogrążył go w ciemności i obudził się dopiero w zupełnie innym miejscu, bezpieczny i opatrzony. Prawda była taka, że nie skorzystał z takich luksusów.
Jego instynkty samozachowawcze kliknęły szybciej, niż mechanizm otwartej przez niego pułapki. To były instynkty półboga, który większość swojego życia spędził na ulicy, uciekając przed potworami i broniąc się tylko na podstawie swoich nikłych umiejętności survivalu. Trening Blanche w ciągu tych kilku lat tylko pokazał mu, jak wykorzystywać jego moce, żeby lepiej się chronić, inne instykty przyszły same z siebie, wydawało się, że w pakiecie z byciem półbogiem.
Usłyszał trzask otwieranego mechanizmu i rzucił się w stronę Blanche. W ostatniej chwili przed wybuchem otoczył ich ścianą lodu, która pochłonęła pierwszy impakt uderzenia. Prawdopodobnie tylko dzięki temu oraz nieświadomym patronacie matki Blanche dalej żyli. Winter, półprzytomny, kilka razy w ciągu ostatnich godzin pomyślał, że może wolałby nie żyć.
Był dzieckiem bogini śniegu i lodu, nigdy do końca nie miał do czynienia z ogniem. Zdarzało mu się oparzać, raz czy dwa, zwłaszcza przy gotowaniu. Przy pierwszym spotkaniu z Blanche goniła go ziejąca ogniem drakona – potwory mitologii greckiej wyjątkowo upodobały sobie płomienie jako ich główna broń. Poparzenia były najgorszymi ranami do zagojenia, dużo gorszymi od ran od miecza, nieważne, jak niewielkiego obszaru dotykały. Winter podejrzewał, że miało to wiele wspólnego z jego zmniejszoną odpornością na ciepło.
Tego bólu, który poczuł po uderzeniu, nie był w stanie porównać do żadnego innego oparzenia. Nie porównałby tego do bycia smagniętym przez ogień drakony, zanim zdążył się schować, a już zdecydowanie nie do dotknięcia gorącego garnka. Piekła i pulsowała mu cała prawa strona twarzy, od policzka aż po szyję. Miał ochotę zedrzeć z siebie skórę żywcem. Zrobiłby to, gdyby oranie paznokciami cokolwiek by dawało, ale nie czuł już ani skrawka twarzy, a na palcach zostawała tylko krew i wysięk. Mdlał i wracał do świadomości w niekończącym się cyklu, ale za każdym razem, kiedy znowu otwierał oczy, nie był w stanie się skupić na niczym innym oprócz bólu i własnych jękach cierpienia. Wiedział, że ktoś wyniósł go z domu Ziona. Wiedział, że przemieścił się w inne miejsce. Czego nie wiedział, to to, kto go zabrał ani gdzie go zabrał.
To, że ktoś polał mu ranę nektarem, uświadomił sobie dopiero wracając do zmysłów. Tkanka wokół ran nadal pulsowała, ale ból ewidentnie zmalał. Samą ranę przestał czuć całkowicie – obawiał się, że może ogień spalił mu wszystkie nerwy, ale nie miał zamiaru sprawdzać tej teorii. Gdyby podniósł rękę do twarzy, może znowu poczułby ten piekielny ból. Bał się, że jeśli chociażby drgnie, świat znowu zamknie się w tym uczuciu. Po otwarciu oczu tylko gapił się w metalowy sufit i napawał chłodem bijącym od podłogi, na której leżał. Świat mu się kiwał i było mu niedobrze. Czuł się jak na statku wycieczkowym, ale niestabilność wizji mogła wynikać równie dobrze z ciągłego bólu i dymu, którego nawdychał się w trakcie pożaru. Jego wybawcy może podali mu doraźnie nektar na ranę, ale nie uraczyli go ambrozją, bo Winter czuł, że gardło ma spalone od żaru. Oddychał, świszcząc.
Po godzinie świat kiwał się dalej. Spróbował wstać, ale poczuł, że ręce i nogi krępują mu więzy. Był więźniem swoich wybawców, mógł się tego spodziewać. Przechylił głowę, żeby mieć lepszy obraz na otoczenie, i zarejestrował, że widok zasłaniają mu metalowe kraty. Rana na szyi znowu zaczęła boleć, ale nie na tyle, żeby Winter ponownie zemdlał z bólu – zacisnął zęby i próbował zignorować pulsowanie, skupiając się na przyjemnym chłodzie metalu przy policzku. Wizja mu się rozmazywała. Potrzebował dłuższej chwili, żeby zrozumieć, że za kratami widzi rząd kartonowych pudeł… nie, cały cholerny magazyn.
Wybuch otumanił mu też słuch, mógł mieć tylko nadzieję, że czasowo. Pomiędzy piskiem w uszach, słyszał rozchodzący się po budynku odgłos pracujących maszyn. Metalowy łańcuch nad jego głową kołysał się i wydawał skrzypiące dźwięki.
Co on tu w ogóle robił? Oprócz bólu pamiętał wybuch. Oprócz wybuchu pamiętał dom Ziona. Oprócz domu Ziona pamiętał, że ktoś tam z nim był i… Blanche. To była Blanche. Próbował ją osłonić ścianą lodu w momencie wybuchu. Przechylił głowę na wszystkie strony mimo bólu, ale w jego celi nie było kobiety. Poza tym poczuł, że coś ogranicza mu ruchy szyi, ale wciąż był zbyt otumaniony, żeby w ogóle zacząć myśleć logicznie. Jego jedyne myślenie na ten moment ograniczało się do gorączkowego przypominania sobie w głowie wyglądu Blanche, jakby to była ostatnia deska, której się trzymał. Reszta jego głowy była zaprzątnięta wyuczonymi metodami przetrwania.
Pomyślał, że musi się uwolnić. Próbował przywołać jedyną rzecz, którą wykonywał instynktownie i która jako jedyna była w stanie mu pomóc. Lód pełznął po jego nadgarstkach i kostkach, żeby pokryć metalowe więzy. Był do niczego z fizyki, ale liczył, że świat czasem działał jak w filmach i że jeśli dostatecznie się postara, to zamrozi metal na tyle, żeby pękł pod uderzeniem o podłogę. Kilkusekundowa próba zakończyła się fiaskiem, kiedy poczuł, jak wzdłuż jego szyi przebiega go prąd. To, co cały ten czas ograniczało mu ruchy, dusiło i wywierało nacisk na ranę, okazało się metalową obrożą. Prąd elektryczny przebiegł przez wszystkie jego komórki i poparzenie na nowo zaczęło palić żywym ogniem.
Z bólu przed oczami zatańczyła mu światłość, poprzedzona piskiem w uszach. Ocucił go głośny alarm. Wszystkie światła w jego celi zmieniły kolor na czerwony. Wciąż słyszał pisk, a dźwięki dochodziły do niego jak zza ściany, ale rozpoznał zdanie cyklicznie powtarzane przez alarm:
— ALARM! PRÓBA UŻYCIA MOCY! ALARM!
— Winter! — Pojedyncze zawołanie ledwo przebiło się przez alarm. Półprzytomnie do Wintera doszło, że to jego imię. Wrzask zrozpaczonej matki, która nie potrafiła go uratować, ten sam słyszał kilka godzin temu, kiedy otwierał mechanizm pułapki.
— Blanche — próbował krzyknąć, ale gardło miał wciąż przepalone. Wydał z siebie tylko żałosny, łamiący się szept.
Była gdzieś w dole. Tak daleko, a tak blisko. Kiedy metalowa cela zaczęła się opuszczać na ziemię, leżał w miejscu, wgapiając się w dyndający na suficie łańcuch i myśląc o tym, że to pewnie Blanche, zaraz go ściągnie i już nie będzie sam.
Spiżowe więzienie z łoskotem opadło na ziemię, tak, że całe ciało Wintera bezwładnie podskoczyło. Przy kratach zaczęły krzątać się dwie sylwetki. Alarm ucichł. Metalowe pręty odsunęły się.
Wzrok wciąż rozmazywał się Winterowi, ale był w stanie rozpoznać, że żadna z tych sylwetek nie była Blanche. Światło lamp zasłoniły mu postury dwóch kobiet odzianych w czarne kombinezony. Na piersi miały napis, prawdopodobnie swoje imię, ale nie był w stanie odczytać zlewających się literek.
Ze zgrozą zauważył, że obie dzierżą okropnie długie i idealnie naostrzone włócznie.
────
[1074 słowa: Winter otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz