JESIEŃ IV
Czy Vergil był odważny? Nie, Vergil ani trochę nie czuł się odważnie, ale przynajmniej jedna osoba w towarzystwie musiała udawać, że wie, co robi, i akurat padło na niego. Na jego nieszczęście przeważnie padało na niego, bo ludzie z góry zakładali, że jako pretor będzie wiedział, co zrobić. Izan w naturalnych warunkach działał odwrotnie: wierzył, że pretor nie jest zdolny do niczego, więc brał sprawy w swoje ręce. Ale w miejscu pyskującego Izana stał teraz śmiertelnie wystraszony chłopak, który ściskał materiał pretorskiej peleryny, a Vergil nawet nie miał okazji, żeby go wyśmiać, bo sam trząsł portkami ze strachu.
Szli korytarzem po omacku. Vergilowi wydawało się, że w świetle płonących pochodni poznaje drogę, ale tunel wyglądał jak każdy inny korytarz w koloseum. Zresztą, nawet ze słabym instynktem samozachowawczym nie mieli wyboru; mogli albo wrócić się do pokoju, gdzie znowu odpalą miotacz ognia albo jakąś inną, bardziej śmiertelną pułapkę, albo iść przed siebie i liczyć na orientację w terenie Halstona.
Vergil prawie wyskoczył z własnej skóry, kiedy przejście doprowadziło ich do następnego pomieszczenia. Wzdłuż półek regałów były umieszczone noże, sztylety i krótkie miecze, osadzone starannie na drewnianych posadzkach. Inskrypty na rękojeściach imitowały starożytne rzymskie ostrza rytualne, którymi zarzynało się zwierzęta dla bogów (dopóki progresywny Nowy Rzym nie przerzucił się na rozcinanie pluszaków). Vergila przeszedł dreszcz na myśl, że może tym razem to oni mieli być rytualną ofiarą.
Stalowe pręty zastawiły im drogę i Izan zaczął panikować jeszcze bardziej. Vergil wstrzymał oddech, przygotowując się na najgorsze, ale otaczające ich bronie nie zaczęły lewitować i nie poderżnęły im gardeł. Wytężył wzrok i ostrożnie zbliżył się do regału z ostrzami. Teraz kiedy mógł zważyć nóż w dłoni, jego palce przejechały po drewnianych słojach rękojeści. W opuszkę wbiła mu się drzazga.
Przeklął siebie za to, że nie założył okularów (chociaż nawet mając świadomość, że byłyby dla niego przydatne, najprawdopodobniej i tak by ich ze sobą nie wziął, nie wychodził przecież z nimi z domu). Gdyby tylko miał lepszy wzrok, zauważyłby od razu, że te straszne bronie to tak naprawdę pomalowane drewno, inskrypty są narysowane krzywo, a mądre starorzymskie słowa to nic innego jak „herbata”, „małża” i „szynka”. Obrócił drewniany nożyk w rękach i zauważył także napis „made in China”. To były dziecięce zabawki, takie same, jakie można było zobaczyć wśród asortymentu straganów na lokalnym targu, sprzedawane nadpobudliwym dzieciom legatariuszy, które bardzo chciały pomachać już mieczem i rozładować swoje ADHD.
Chwilę później pokój zaczął wypełniać się różowym gazem. Vergil chciałby móc przyznać, że zachowywał się lepiej od Izana, wściekle biegającego po pokoju jak mucha, ale jego instynkty przetrwania uciekły gdzieś na samym wejściu do koloseum. Wymachiwał dłońmi, próbując odgonić od siebie dym, ale słodka woń prędko dotarła do jego nozdrzy i spowodowała, że razem z Izanem runął jak długi na ziemię.
Obudził się jako drugi, zdzielony w policzek przez Izana. Po raz kolejny w tym dniu. Izan powinien się cieszyć, że Vergil był wciąż ledwie żywy po tak gwałtownym obudzeniu i nie do końca dochodziło do niego, co właściwie się dzieje. W tej samej sekundzie świadomość trafiła w niego jak pocisk w cietrzewia i poklepał się po ubraniach, jakby chciał sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu i czy naprawdę nie umarł.
Różowy gaz. Czym był ten gaz? Miał słodki zapach. Gdyby Cherry tu była, prawdopodobnie od razu wiedziałaby, co to za specyfik, ale on z chemikiem miał wspólnego tylko tyle, że był z jednym w związku. Różowy gaz o słodkim zapachu, który sprawił, że oboje zemdleli w ciągu kilku sekund. Czemu ktoś chciał, żeby byli nieprzytomni, skoro nie zrobił im potem żadnej krzywdy? Nie przeniósł ich nawet do innego pokoju, dalej byli otoczeni przez regały zastawione drewnianymi mieczykami dla dzieci. No i Izan był różowy. W sumie to wszystko było różowe.
Zaraz, wszystko było różowe?
— Izan, zawsze byłeś taki różowy?
Izan podniósł głowę i Vergil dostrzegł, że mężczyzna ma źrenice wielkie jak spodki. Poza tym wszystko mieniło mu się w oczach jaskrawym różem, a za Kingiem migotała tęcza.
— Vergil, zawsze miałeś taki głupi ryj?
Zaśmiali się. Oboje. Mocniej i głośniej niż wymagała tego sytuacja, a nie wymagała tego wcale. Śmiali się, dopóki Vergila nie zaczął boleć brzuch ze śmiechu.
Vergil zapomniał, że jeszcze chwilę temu zadawał sobie jakieś wewnętrzne pytania i próbował przeanalizować sytuację. Po co miał analizować sytuację, skoro było mu tutaj tak wygodnie? Może gdyby byli bardziej przytomni, zorientowaliby się, że skutkiem ubocznym różowego gazu była absolutnie wesolutka fazunia.
Próbowali się podnieść na chyboczących nogach. Izan musiał znowu przytrzymywać się pretorskiej peleryny brata, ale tym razem Vergil nawet nie próbował go odepchnąć. Trzymał Izana przy sobie w półuścisku.
— Vergil, Vergil brachu, widziałeś, jakie tu są bajeranckie miecze? En garde! — Mężczyzna wystawił jeden z eksponatów naostrzonym końcem w stronę szyi Vergila.
Vergil zachichotał i wziął inny mieczyk. Nawet pod wpływem środków aromatyczno-rozśmieszających, dwóch synów Marsa potrafiło całkiem skutecznie parować swoje ataki. Drewniane miecze obijały się od siebie z trzaskiem, a obu szermierzy śmiało się do siebie jak głupi do sera. Izan raz potknął się o sznurówki swoich butów i wpadł w najbliższy regał, zrzucając kilka zabawek na podłogę. Zamiast zwyzywać niesprawiedliwość świata i Vergila za zbyt głośne oddychanie, tak, jak robił to zawsze, Izan zaczął się śmiać ze swojej niezdarności.
— Ej, obczaj ten sztylet. — Vergil wyciągnął swoje lepkie ręce w stronę jedynej zabawki, która nie spadła pod wpływem uderzenia w szafę przez Izana. Podniósł ostrze, a gdzieś głęboko w podświadomości od czaszki odbiła mu się głucha myśl, że sztylet ten jest cięższy w dłoni niż drewniane zabawki. Zimny w dotyku, jakby metalowy.
Gdzieś za ich plecami kliknął mechanizm, ale oboje byli zbyt zajęci fajną zabawką dla dużych dzieci.
— Ty, pokaż!
— Rzucę ci!
Rzucił. Najprawdziwszy sztylet z cesarskiego złota, świeżo ukradziony z pretorskiego skarbca, wysadzany kamieniami szlachetnymi. Całe szczęście, że rozweselony Vergil chybił, bo ostrze przefrunęło nad ramieniem Izana, odbiło się od ściany i uderzyło z łoskotem o posadzkę.
— Ej, ta dziura w ścianie zawsze tu była? — zapytał Izan, kiedy Vergil schylił się po sztylet.
— Jaka znowu dziura?
Wspomniana dziura była przejściem, które otworzyło się pod wpływem podniesienia sztyletu. Różowy gaz zaczął uciekać z ich zamkniętego pokoju i Vergil czuł, jak powoli klaruje mu się umysł. Zamrugał kilkukrotnie i potrząsnął głową. Na czoło Izana zaczęła znowu wracać gniewna zmarszczka.
────
[1024 słowa: Vergil otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]