sobota, 19 września 2026

Od Vergila CD Izana — „Pretor zawsze będzie moim wrogiem”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Czy Vergil był odważny? Nie, Vergil ani trochę nie czuł się odważnie, ale przynajmniej jedna osoba w towarzystwie musiała udawać, że wie, co robi, i akurat padło na niego. Na jego nieszczęście przeważnie padało na niego, bo ludzie z góry zakładali, że jako pretor będzie wiedział, co zrobić. Izan w naturalnych warunkach działał odwrotnie: wierzył, że pretor nie jest zdolny do niczego, więc brał sprawy w swoje ręce. Ale w miejscu pyskującego Izana stał teraz śmiertelnie wystraszony chłopak, który ściskał materiał pretorskiej peleryny, a Vergil nawet nie miał okazji, żeby go wyśmiać, bo sam trząsł portkami ze strachu.
Szli korytarzem po omacku. Vergilowi wydawało się, że w świetle płonących pochodni poznaje drogę, ale tunel wyglądał jak każdy inny korytarz w koloseum. Zresztą, nawet ze słabym instynktem samozachowawczym nie mieli wyboru; mogli albo wrócić się do pokoju, gdzie znowu odpalą miotacz ognia albo jakąś inną, bardziej śmiertelną pułapkę, albo iść przed siebie i liczyć na orientację w terenie Halstona.
Vergil prawie wyskoczył z własnej skóry, kiedy przejście doprowadziło ich do następnego pomieszczenia. Wzdłuż półek regałów były umieszczone noże, sztylety i krótkie miecze, osadzone starannie na drewnianych posadzkach. Inskrypty na rękojeściach imitowały starożytne rzymskie ostrza rytualne, którymi zarzynało się zwierzęta dla bogów (dopóki progresywny Nowy Rzym nie przerzucił się na rozcinanie pluszaków). Vergila przeszedł dreszcz na myśl, że może tym razem to oni mieli być rytualną ofiarą.
Stalowe pręty zastawiły im drogę i Izan zaczął panikować jeszcze bardziej. Vergil wstrzymał oddech, przygotowując się na najgorsze, ale otaczające ich bronie nie zaczęły lewitować i nie poderżnęły im gardeł. Wytężył wzrok i ostrożnie zbliżył się do regału z ostrzami. Teraz kiedy mógł zważyć nóż w dłoni, jego palce przejechały po drewnianych słojach rękojeści. W opuszkę wbiła mu się drzazga.
Przeklął siebie za to, że nie założył okularów (chociaż nawet mając świadomość, że byłyby dla niego przydatne, najprawdopodobniej i tak by ich ze sobą nie wziął, nie wychodził przecież z nimi z domu). Gdyby tylko miał lepszy wzrok, zauważyłby od razu, że te straszne bronie to tak naprawdę pomalowane drewno, inskrypty są narysowane krzywo, a mądre starorzymskie słowa to nic innego jak „herbata”, „małża” i „szynka”. Obrócił drewniany nożyk w rękach i zauważył także napis „made in China”. To były dziecięce zabawki, takie same, jakie można było zobaczyć wśród asortymentu straganów na lokalnym targu, sprzedawane nadpobudliwym dzieciom legatariuszy, które bardzo chciały pomachać już mieczem i rozładować swoje ADHD.
Chwilę później pokój zaczął wypełniać się różowym gazem. Vergil chciałby móc przyznać, że zachowywał się lepiej od Izana, wściekle biegającego po pokoju jak mucha, ale jego instynkty przetrwania uciekły gdzieś na samym wejściu do koloseum. Wymachiwał dłońmi, próbując odgonić od siebie dym, ale słodka woń prędko dotarła do jego nozdrzy i spowodowała, że razem z Izanem runął jak długi na ziemię.

Obudził się jako drugi, zdzielony w policzek przez Izana. Po raz kolejny w tym dniu. Izan powinien się cieszyć, że Vergil był wciąż ledwie żywy po tak gwałtownym obudzeniu i nie do końca dochodziło do niego, co właściwie się dzieje. W tej samej sekundzie świadomość trafiła w niego jak pocisk w cietrzewia i poklepał się po ubraniach, jakby chciał sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu i czy naprawdę nie umarł.
Różowy gaz. Czym był ten gaz? Miał słodki zapach. Gdyby Cherry tu była, prawdopodobnie od razu wiedziałaby, co to za specyfik, ale on z chemikiem miał wspólnego tylko tyle, że był z jednym w związku. Różowy gaz o słodkim zapachu, który sprawił, że oboje zemdleli w ciągu kilku sekund. Czemu ktoś chciał, żeby byli nieprzytomni, skoro nie zrobił im potem żadnej krzywdy? Nie przeniósł ich nawet do innego pokoju, dalej byli otoczeni przez regały zastawione drewnianymi mieczykami dla dzieci. No i Izan był różowy. W sumie to wszystko było różowe.
Zaraz, wszystko było różowe?
— Izan, zawsze byłeś taki różowy?
Izan podniósł głowę i Vergil dostrzegł, że mężczyzna ma źrenice wielkie jak spodki. Poza tym wszystko mieniło mu się w oczach jaskrawym różem, a za Kingiem migotała tęcza.
— Vergil, zawsze miałeś taki głupi ryj?
Zaśmiali się. Oboje. Mocniej i głośniej niż wymagała tego sytuacja, a nie wymagała tego wcale. Śmiali się, dopóki Vergila nie zaczął boleć brzuch ze śmiechu.
Vergil zapomniał, że jeszcze chwilę temu zadawał sobie jakieś wewnętrzne pytania i próbował przeanalizować sytuację. Po co miał analizować sytuację, skoro było mu tutaj tak wygodnie? Może gdyby byli bardziej przytomni, zorientowaliby się, że skutkiem ubocznym różowego gazu była absolutnie wesolutka fazunia.
Próbowali się podnieść na chyboczących nogach. Izan musiał znowu przytrzymywać się pretorskiej peleryny brata, ale tym razem Vergil nawet nie próbował go odepchnąć. Trzymał Izana przy sobie w półuścisku.
— Vergil, Vergil brachu, widziałeś, jakie tu są bajeranckie miecze? En garde! — Mężczyzna wystawił jeden z eksponatów naostrzonym końcem w stronę szyi Vergila.
Vergil zachichotał i wziął inny mieczyk. Nawet pod wpływem środków aromatyczno-rozśmieszających, dwóch synów Marsa potrafiło całkiem skutecznie parować swoje ataki. Drewniane miecze obijały się od siebie z trzaskiem, a obu szermierzy śmiało się do siebie jak głupi do sera. Izan raz potknął się o sznurówki swoich butów i wpadł w najbliższy regał, zrzucając kilka zabawek na podłogę. Zamiast zwyzywać niesprawiedliwość świata i Vergila za zbyt głośne oddychanie, tak, jak robił to zawsze, Izan zaczął się śmiać ze swojej niezdarności.
— Ej, obczaj ten sztylet. — Vergil wyciągnął swoje lepkie ręce w stronę jedynej zabawki, która nie spadła pod wpływem uderzenia w szafę przez Izana. Podniósł ostrze, a gdzieś głęboko w podświadomości od czaszki odbiła mu się głucha myśl, że sztylet ten jest cięższy w dłoni niż drewniane zabawki. Zimny w dotyku, jakby metalowy.
Gdzieś za ich plecami kliknął mechanizm, ale oboje byli zbyt zajęci fajną zabawką dla dużych dzieci.
— Ty, pokaż!
— Rzucę ci!
Rzucił. Najprawdziwszy sztylet z cesarskiego złota, świeżo ukradziony z pretorskiego skarbca, wysadzany kamieniami szlachetnymi. Całe szczęście, że rozweselony Vergil chybił, bo ostrze przefrunęło nad ramieniem Izana, odbiło się od ściany i uderzyło z łoskotem o posadzkę.
— Ej, ta dziura w ścianie zawsze tu była? — zapytał Izan, kiedy Vergil schylił się po sztylet.
— Jaka znowu dziura?
Wspomniana dziura była przejściem, które otworzyło się pod wpływem podniesienia sztyletu. Różowy gaz zaczął uciekać z ich zamkniętego pokoju i Vergil czuł, jak powoli klaruje mu się umysł. Zamrugał kilkukrotnie i potrząsnął głową. Na czoło Izana zaczęła znowu wracać gniewna zmarszczka.


Izan?
────
[1024 słowa: Vergil otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Filemona CD Kala — „Chłopiec na posyłki i bardzo nieprzyjemna impreza integracyjna”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA

Filemon najpierw zmierzył wzrokiem młodego chłopaka, a potem odwrócił się do niego plecami. Nawet nieszczególnie przyjrzał się temu, co trzymał w rękach, bo już wystarczająco był zmęczony. Ostatni raz zgodził się uczestniczyć w jakimś nudnym przyjęciu pracowniczym. Ostatni. Nie przyszedłby, ale przez bite trzy godziny zachęcała go koleżanka z pracy.
— Przepraszam? — powtórzył.
Filemon nie mógł odwrócić się bardziej do ściany, więc postanowił zostać w bezruchu. Może jak uda, że nie słyszy, to pójdzie do kogoś innego? Taktyka warta przetestowania.
— Mam tort — powiedział jeszcze raz. — I też nie chcę tutaj być.
— No to wyjdź — odburknął.
— Nie mam na to czasu. — Chłopak złapał Filemona za łokieć i pociągnął.
Zaskoczony mężczyzna gwałtownie się odwrócił. Nie spodziewał się, że doświadczy czegoś takiego. Niechcianego dotyku.
— Bierz to ode mnie. — Wcisnął Filemonowi pudło z tortem do rąk i szybko wyszedł z przyjęcia.
Bezczelny, pomyślał. Tak właśnie zapamiętał tego chłopaka. Jaki bezczelnego gówniarza.
Filemon oddał pakunek komuś innemu i wrócił na swoje miejsce. Mianowicie pod ścianę, skąd mógł wszystkich obserwować i w spokoju spoglądać na zegarek. Jeszcze trzy godziny i dwadzieścia sześć minut.
Kiedy w spokoju próbował wytrwać ten okropny wieczór, zauważył tego samego chłopaka. Przecież wychodził jakąś godzinę temu. Samo odwrócenie się do ściany może mu nie pomóc, więc od razu odstawił talerz z niedojedzonym jabłecznikiem i skierował się w stronę toalet.
Zanim zdążył zamknąć się w jednej z kabin, poczuł, że ktoś chwyta go za skrawek rękawa koszuli.
— Też nie chciałem tutaj wracać — powiedział, widząc, że Filemon nawet nie drgnął. — Okazało się, że jeszcze mam dla was ciasteczka.
— To daj komuś.
— Nie wkurwiaj mnie — warknął nagle. — Połowa osób na tej imprezie jest już nawalona. Bierzesz to ode mnie, czy nie?
— Rozkazujesz mi, gówniarzu? — Odwrócił się. Brwi na jego czole groźnie się ze sobą zbiegły. — Dawaj to, wrzucę do kibla. — Wyrwał mu torebkę z wypiekami.
— No to wrzucaj, mi to zwisa!
Poszedł. Tak po prostu. Filemon nie wyrzucił ciastek do toalety, bo jeszcze miał minimalny szacunek do osoby, którą musiała je wypiekać i też nie chciał marnować dobrego jedzenia. Rzucił torebkę na stół i wrócił do toalety, gdzie przesiedział ostatnie piętnaście minut i wyszedł, nie informując nikogo, bo nie było nawet kogo. Cała grupa chodziła pijana, wątpliwe, że pamiętaliby o tym, że wyszedł.
— Czego ty znowu chcesz?
Chłopak, jak się okazało, stał przed wejściem. Akurat zaczęło padać, a on chował się pod małym daszkiem.
— Jak myślisz? — odparł niezbyt zainteresowany.
Filemon bez słowa wyciągnął parasol, otworzył go przed nosem chłopaka i poszedł do domu. Szczerze miał nadzieję, że stał tam wystarczająco długo, bo na to zasługiwał. I że tort był niedobry. Najlepiej byłoby, gdyby wszyscy się zatruli, posrali i nie przyszli jutro do domu. Miałby spokój.


Pierwsze, co usłyszał po przekroczeniu progu banku, było to, że dzisiaj pójdzie na inne stanowisko, zastąpił jakiegoś debila z kacem. Oczywiście długo dyskutował, bo dlaczego on, akurat on ze wszystkich dostępnych osób, musi zastępować jakiegoś alkoholika?
Ostatecznie się zgodził (został zmuszony), więc poszedł do nieswojego biurka. Syf, jaki zastał, był gorszy, niż syf, który zostawiają pijani studenci. Jeszcze brakowałoby tylko nasrać na środku.
Rzucił na ziemię brudne kartki, osmarkane chusteczki i wypisane długopisy. Obrzydliwe. Nie dość, że wczoraj musiał użerać się z jakimś nieznośnym dzieciakiem, to teraz musiał pracować w takich obrzydliwych warunkach.
Nagrodą okazała się możliwe szybsze wyjście z pracy. Świetnie, może powinien za to prezesowi buty wycałować? Nieważne, najważniejsze, że mógł stąd wyjść. To się liczyło.
Dobry humor skończył się (nigdy nie miał dobrego humoru) w momencie, kiedy znowu zobaczyć tamtego chłopaka. Po prostu szedł chodnikiem, ale sama jego obecność sprawiła, że Filemon się zdenerwował. Może powinien go zatrzymać i trochę mu jeszcze nawrzucać za wczoraj? Nie, może lepiej nie, bo jeszcze ktoś to zgłosi za znęcanie się nad dziećmi.
Zignorował go. Myślał, że go zgubił, ale chyba ich los inaczej napisał całą tę historię. Wpadli na siebie jak w tandetnym filmie.
— Śledzisz mnie? — to było pierwsze, co powiedział Filemon do chłopaka.
— Daj mi spokój.
— Nie, ty mi daj spokój.
— No, chciałbym, ale za mną łazisz.
Obydwoje stali pośrodku chodnika i gniewnie się na siebie patrzyli. Najgorsze było, że żaden z nich nie chciał z jakiegoś powodu odpuścić.
— Jak się nazywasz, gówniarzu?
— A co, policjantem jesteś? — prychnął i wyminął Filemona.
— Zaraz mogę się przejść na policję. Tylko cię ostrzegam.


Kal?
────
[700 słów: Filemon otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Od Izana CD Vergila — „Pretor zawsze będzie moim wrogiem”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ IV

Izan napierał na mebel całym ciężarem swojego ciała. Na jego czole pojawiły się żyły. Wyglądał, jakby przeżywał bolesną walkę na kiblu po zjedzeniu kebaba z ostrym sosem. Vergil również z całych sił starał się przesunąć szafkę. Dwójka mężczyzn miała problem ze zwykłym meblem.
Szafka ustąpiła nagle. Zawzięty Izan nie odsunął się w odpowiednim momencie. Poleciał do przodu, lądując boleśnie na ziemi. Dobrze, że w ostatniej chwili osłonił twarz, bo wybiłby sobie jedynki.
Vergil przeszedł nad nim, ale poczekał, aż sam się podniesie. Nawet chciał wyciągnąć do niego rękę, ale zrezygnował po krótkim namyśle. Izan i tak odrzuciłby pomoc pretora.
— Ty mnie popchnąłeś?! — krzyknął na cały głos, gdy już się podniósł.
Zaczął namiętnie poprawiać włosy. Vergil przewrócił oczami.
— Sam się przewróciłeś.
Izan zapłonął na twarzy. Przyznanie się do błędu było dla niego poniżające. Lepiej zrzucić winę na kogoś innego. Najlepiej na Vergila, tego bezużytecznego, denerwujące pretora i brata jednocześnie.
— Nieprawda!
Zamierzał wykłócać się dalej, ale Vergil już go nie słuchał. Szafka bowiem skrywała kolejne tajne przejście. Na dodatek było tak schowane, jakby właściciel pokoju nie chciał, żeby nieproszeni goście je odnaleźli.
Na ścianach wisiały pochodnie, które ładnie oświetlały całe przejście. Vergil szedł pierwszy, a Izan dwa kroki za nim. Pomimo tego, że widoczność była dobra, mężczyzna nie odrywał dłoni od ściany, bojąc się, że zaraz się zgubi.
Tunel wydawał się nie mieć końca. Szli przez dłuższy czas, a Izan zaczynał coraz głośniej dyszeć. Próbował ukryć fakt, że ma klaustrofobię i zaczyna robić mu się duszno.
— Daleko jeszcze? — zapytał poirytowany.
— Boisz się?
Izan od razu się wyprostował. Nikt nie będzie mu sugerować, że się czegoś boi! Jest synem Marsa i również jego ambasadorem!
— Ja się niczego nie boję! — odwarknął od razu.
Vergil się odwrócił, żeby na niego zerknąć, a kiedy wrócił spojrzeniem na niekończący się tunel, Izan wypuścił z trudem powietrze. Tak naprawdę cholernie się stresował i chciałby w końcu stąd wyjść.
Pretor nagle się zatrzymał. Zagapiony Izan wpadł na jego plecy. Zanim jednak zdążył się oburzyć i zwyzywać Vergila, jakiś dziecięcy śmiech odbił się echem o ściany tunelu. Izan ze strachu się zatrząsł i zacisnął palce na pretorskiej pelerynie.
— To ty? — zapytał, mocniej uwieszając się na ubraniu Vergila. — To nie jest śmieszne! Przestań!
— Puść mnie, porwiesz mi ubranie. — Spróbował wyrwać się z uścisku Izana, ale ten tylko mocniej chwycił kawałek materiału. — Co ty robisz?
— Nie interesuj się! — odburknął.
Śmiech dziecka znowu odbił się echem. Izan cicho jęknął ze strachu. Jeszcze jeden raz, a wskoczy Vergilowi w ramiona.
Vergil zamachnął się, uwalniając się od Izana.
— Idziemy — zarządził.
Izan przecząco pokręcił głową. Prędzej wolałby walczyć ze stadem dużych mrówek niż iść w stronę przerażającego, dziecięcego śmiechu. Scena jak z horroru. Obydwoje też mieli instynkt głównych bohaterów takich filmów, bo zamiast uciekać, pchali się w źródło problemu.
Skulony Izan szedł za Vergilem, obierając taktykę, że gdyby coś się stało, to pretor posłuży mu za tarczę.
Tunel w końcu się skończył. Wyszli do pomieszczenia podobnego do tamtego pokoju, tylko w tym nie wisiały sugestywne plakaty na ścianach. Nie było też półek z książkami, a zamiast tego na regałach leżały różne tasaki, noże oraz sztylety. Izanowi włos zjeżył się na karku.
— Ej, debilu, chodźmy stąd. — Izan chciał się wycofać, ale ktoś zamknął wyjście. Mógł tylko patrzeć na grube, metalowe pręty. — Ktoś sobie jaja robi!
— W takim miejscach jest dużo pułapek, to nic dziwnego, że…
— Gówno! — krzyknął. — Chcesz mnie zabić. Pewnie współpracujesz z tym gówniarzem!
Vergil trzymał się na ostatnich resztkach cierpliwości. Zbyt długo przebywał z Izanem w tej samej przestrzeni. Dobrze, że nie był wilkiem, bo wtedy musiałby dodatkowo walczyć ze smrodem potu i okropnych męskich perfum podobnych do tych szamponów 12w1 zapach gorącego samca alfa.
Postanowił nie odpowiadać (dobry wybór) i zignorował przeklinającego na cały świat Izana. Vergil jako jedyny potrafił trzeźwo spojrzeć na tę sytuację. Chciał się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Kto robił im żarty? Dlaczego chcą ich nastraszyć?
Podszedł do regału i podniósł nóż. Obrócił go zwinnie w dłoniach i dosyć szybko zrozumiał, że nie jest wykonany nawet z metalu. To drewno pomalowane srebrną farbą.
— Te rzeczy nie są prawdziwe — powiedział, zerkając na Izana. Raczej mówił to do siebie, bo mężczyzna siedział w kącie, mamrocząc, że tutaj zginie.
— Dlaczego to zbudowałeś?! — krzyknął nagle do Vergila. Jego krzyk stał się na tyle przerażający i ochrypły, że pretor prawie wypuścił z dłoni drewniany nóż. — Nigdy stąd nie wyjdziemy. Umrzemy z głodu…
— Myślałem, że jesteś odważniejszy.
Izan się nastroszył.
— Ja tylko trzeźwo myślę — odpowiedział wymuszonym, spokojniejszym tonem. — Jestem realistą.
Vergil miał ochotę wbić kolejną szpilkę, ale wolał nie ryzykować ewentualnym szałem ambasadora. Musiałby wtedy kolejną godzinę wysłuchiwać bluzgów. Na co mu to?
— Myślę, że kolejne wyjście będzie… — przerwał mu dziwnie głośny syk. Pokój zaczął napełniać się różowym gazem.
— Zatruje nas! — wrzasnął rozpaczliwie Izan.
Zaczął biegać po całym pokoju, jak mucha, która przez przypadek wleciała do domu i nie potrafiła z niego wylecieć. Gazu zaczęło przybywać. Izan kaszlnął i w ostatnim momencie, zanim stracił przytomność, rzucił się Vergilowi w objęcia. Obydwoje padli na ziemię.
Izan obudził się, czując pod sobą coś miękkiego. Nie była to jego pościel ani łóżko (bo chwilę myślał, że to sen i wcale nie gania z pretorem jakiegoś srala), a Vergil. Leżał na swoim bracie. Swoim największym wrogu.
Poderwał się jak poparzony. Obudzili się w pomieszczeniu, które wydawało się jakieś inne. Wydawało, bo przecież nikt nie zdołałby przenieść dwójki ciężkich chłopów. Wszystko też byłoby do zniesienia, gdyby nie fakt, że tutaj nie znajdowało się żadne oświetlenie. Żadnych pochodni. Żadnych lampek albo chociaż smutno zwisających żarówek.
— Wstawaj, kurwa! — zamachnął się i trzepnął Vergilowi z liścia.
Pretor otworzył z trudem oczy. Złapał się za policzek.
— Ej, Izan, za przeproszeniem… czy ciebie pojebało?
— Nastaw drugi policzek! Nie bądź cipcią! — Uniósł dłoń.
Zanim zdążyli się pobić, przeszkodził im ten sam dziecięcy śmiech. Teraz wydawało się, jakby był jeszcze bliżej. Jakby nad ich głowami.
Izan się uspokoił. Nie będzie bić pretora, kiedy sam srał w gacie ze strachu. Zostawi to sobie na później.
— To pewnie ten sral. — Zazgrzytał zębami. — Jakieś go dorwę… jak go dorwę, to mu nogi z dupy powyrywam!
Vergil chciał się wtrącić, żeby dodać, że ciężko byłoby mu wyrwać nogi duchowi, ale powstrzymał się od tego komentarza.
— Wypuść nas gówniarzu!


Vergil?
────
[1018 słów: Izan otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Ivy CD Dantego — ,,For the hell of it”

Poprzednie opowiadanie

ZIMA


Ivy opiera się o biurko ze zwieszoną głową i nie podnosi nadal wzroku na mężczyznę, jednak może wyczuć, że w oczach Dantego pojawiają się łzy. Może też wyczuć tę charakterystyczną, przeciągłą nutę w jego głosie, przypominającą skomlenie. Waży na języku potencjalne słowa, ale wszystkie mają zbyt duży ciężar, aby pacjent mógł je udźwignąć (tak samo jak ono). Tkwi w jednej, ciągle tej samej sekundzie, aż cierpną mu przedramiona, aż martwi się, że nigdy nie wydostanie się z tej pozycji.
— Dante-
Ten, jakby dość się nie niecierpliwił, na dźwięk swego imienia sztywnieje, oczekując na odpowiedź Ivy, jakakolwiek by ona nie była. Chce po prostu cokolwiek od niego usłyszeć, przygotowuje się więc jak na nadchodzący cios. Ivy trzyma go w niepewności — zupełnie, jakby robił to specjalnie.
— Nie jest normalne, że mnie tak nachodzisz — mówi z trudem. — Nie jest normalne, że mnie śledzisz.
— Ale…
— Wiemy obydwaj, co robisz. Nie udawaj głupiego. Nie jesteś głupi, naprawdę.
Półbóg kuli się w sobie spłoszony, a Ivy kontynuuje, zastanawiając się, czy może do Dante docierają konsekwencje jego akcji. Czuje przypływ nagłych myśli i musi pozwolić im swobodnie przedrzeć się przez barierę, aby nie utopiły się w gąszczu lęku.
— Złamałem przez ciebie swoje zasady, ale nawet nie o to tu chodzi. Naruszasz ciągle kolejne granice. Naruszasz… moją przestrzeń. Też fizyczną.
— Co takiego źle robię? — pyta ze zduszonym jęknięciem.
— Czuję się, jakbyś obserwował każdy mój krok.
— Gadasz w kółko o swoich głupich zasadach. Może dlatego jesteś taki nieszczęśliwy — parska ze zbolałym śmiechem.
Psychiatra kręci głową, wzdycha i prostuje się, zaczynając chować rzeczy do torby. Dopiero zauważa, jak mocno trzęsą mu się dłonie, gdy Dante podchodzi bliżej, zagradzając mu drogę do wyjścia. Psychiatra nie rusza się ze swojego miejsca.
— Wystarczy tego — mówi Ivy, zaciskając zęby i rzucając Dantemu nieprzyjazne spojrzenie.
— Poczułeś się urażony? Myślisz, że czemu całe życie nikogo nie masz? Taka prawda! Jestem jedynym, który chciał spędzić z tobą czas, a tak mi się odwdzięczasz! Sam sobie to robisz. — Popycha go tak niespodziewanie, że Ivy z trudem utrzymuje równowagę. — Czemu? Czemu robiłeś mi nadzieję? No, powiedz coś! Jesteś naprawdę… okropny. Nienawidziłeś mnie ten cały czas i udawałeś, przyznaj to. Po prostu powiedz to. Wolę usłyszeć prawdę.
— Nie wywołasz we mnie poczucia winy. Nie uda ci się mnie zmanipulować już nigdy więcej.
Dante po tych słowach wygląda, jakby miał wybuchnąć, ale zamiast tego, pociąga teatralnie nosem, odsuwając od mężczyzny — wciąż torując mu drogę, nie chcąc dać mu nigdzie uciec, a swoją obecnością nadal roztacza groźby zatrzymania go w pułapce, jeśli się zbuntuje. Psychiatra z podejrzliwością trzyma się na baczności, spinając swoje barki. Rośnie mu gula w krtani, nie może powstrzymać trzęsienia kończyn, a o dziwo zachowuje spokój.
— Nie chcesz… mnie więcej widzieć? 
— Nie wiem — waha się, nie wiedząc samo, czy tak naprawdę jest. — Tak by było najlepiej. Polecę ci innego lekarza. I tak nie widzę, aby moje leczenie ci pomagało. Może ktoś inny bardziej ci pomoże.
— Pomaga. To ty mi pomagasz najbardziej! Naprawdę. Daj mi szansę. Nawet mi jej nie dałeś i tak po prostu chcesz się mnie pozbyć?
Ton Dantego na zmianę łagodnieje, po czym wznosi się z drżeniem. Każda kolejna fala jest coraz bardziej niespodziewana i prawdopodobnie Ivy powinno przystopować, ale gdy już się otworzyło i przez ten moment nie czuło strachu, wykorzystało okazję. Tę błogą krótką chwilę bez zduszonego w sobie lęku. Żałować może później.
— Nie wiem, jak do ciebie przemówić.
— Może zaczniemy od nowa?
— Wiesz, jak głupio to brzmi?
— Nie, mówię serio. Musisz mi tylko zaufać. Dać drugą szansę.
— Nie.
— Czemu, Ivy?
W końcu, nie wytrzymując braku odpowiedzi, Dante ponownie wybucha, a łzy ciekną mu po twarzy i skapują z brody na podłogę. Pada na kolana przed Ivy, pociągając nosem i wyjąc jak dziecko. Psychiatra o mało się nad nim nie lituje — ten widok ściska go za serce, a mężczyzna musi myśleć, że zaraz Ivy otrze jego poliki, pomoże wstać i pozwoli siebie uścisnąć, po czym, jak za każdym razem, da się uwieść urokowi Dantego. Zamiast tego, odwraca wzrok — czeka, aż płacz ustanie. Ignoruje półboga, który łapie go za nogawki spodni, skomląc brzydko i żałośnie, mamrocząc pod nosem niezrozumiałe frazy. Uspokaja się dopiero po paru dłużących się minutach, jego płacz łagodnieje, ale nie przestaje trzymać Ivy za ubranie. Nie poddaje się do samego końca. Robi wszystko, aby zwrócil na niego uwagę, aby wrócił ten sam Ivy, który tyle razy zwracał się do niego z troską. Tym razem jej nie otrzymuje. Zostaje sam ze swoimi emocjami, myślami, nikt nie może pomóc mu ich rozplątać, bo nikt już nie chce mu pomóc. Zaciska mocno powieki, modląc się, by albo zniknął z tego świata, albo został zabity (bo po co mu tu być, skoro został właśnie tak okrutnie odrzucony?).
Rani go znowu nieznośną ciszą. Dante jest już pewien, że robi to wszystko specjalnie, aby go poniżyć, w odwecie za to, co mu robił. Skierowana przeciw niemu zawiść dopada go w jednym momencie. Jest bezsilny, rozstrzęsiony, nieprzewidywalny. 
— Czy chociaż… przez chwilę mnie lubiłeś? — pyta cicho,  zachrypniałym, słabym głosem.
Ivy nie odpowiada na to pytanie.

 
Dante?
────
[824 słowa: Ivy otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

środa, 16 września 2026

Od Doriana CD Kurta i Edel — „Serve the servants”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, dwa lata temu

Dorian trzymając Terminatora za kark wszedł do restauracji. Zaraz za nim pojawił się Kurt, który nie mógł się nawet na chwilę powstrzymać z obraźliwymi komentarzami na temat Edel. Dziewczyna wypuściła ciężko powietrze z ust. Przeżyła z ich dwójką wystarczająco dużo czasu, że zdążyła się jakkolwiek przyzwyczaić do sarkastycznych, zupełnie niepotrzebnych docinek.
John Johnson zniknął z pola widzenia Edel i Kurta. Brat nawet nie uznał tego za dziwne, bo pierwszą jego myślą było to, że na pewno poszedł skorzystać z toalety.
— Nikogo tutaj nie ma — szepnęła zdenerwowana Edel. Zdążyła już pozbawić się wszystkich skórek przy paznokciach. — Dlaczego w ogóle ta restauracja stoi po środku niczego?
Dorian może nie widział, ale słyszał i potrafił stwierdzić, że restauracja świeci pustkami. W takich fast-foodowych restauracjach zawsze było głośno, a w tej nie było słychać nawet muchy. Na dodatek powietrze w środku było ciężkie, jakby ktoś rozpuścił tutaj niedawno jakiś gaz.
— Oj, dzieci, dzieci — John odezwał się niespodziewanie. Wystraszona Edel podskoczyła, na co Kurt prychnął i przewrócił oczami. — To specjalna restauracja dla specjalnych gości.
— Ciekawe kto jest tym specjalnym gościem — zastanowił się Kurt, mrużąc oczy.
— Chyba nie myślisz o mnie?
Dorian zacisnął dłonie w pięści i ze złości aż zapłonął czerwienią na policzkach. Kurt zachichotał pod nosem.
— Przecież nie jesteście zwykłymi dziećmi — kontynuował John, ignorując nagły wybuch złości Doriana. — Wycieczki szkolne tutaj się nie zapuszczają. Trafiliście tutaj przez przypadek, mam rację?
John uśmiechał się szeroko, chodząc wte i wewte po pustej restauracji. MacDonald bez klientów wyglądał strasznie dziwnie. Nienaturalnie.
Edel wyczuwając zagrożenie, zaczęła się powoli wycofywać. Przez ten czas musiała znosić dwójkę nieznośnych braci, a teraz trafiło na obcego faceta, który przywiózł ich do restauracji po środku niczego. Wolała się stąd ulotnić, nawet jeśli nie miała już żadnych sił.
— No i co? — odezwał się Dorian. Nie bał się staruszka. Miał ze sobą Terminatora i nie zawahałby się go użyć. — Nawet jeśli trafiliśmy tutaj przez przypadek, to co to zmienia?
— Spokojnie, nie chce wam zrobić krzywdy — odpowiedział szybko, zmieniając ton głosu na taki, w jakim mówi się do małych dzieci. — Ta restauracja naprawdę istnieje. Nie postawiła jej żadna magia.
— To dlaczego nikogo tutaj nie ma? — Dorian był już znudzony tą rozmową. John ciągle omijał sedno sprawy, a oni musieli tutaj stać i czekać na nie wiadomo na co. Może za chwilę spadnie im na głowę jakiś potwór?
— Restauracja jest niewidoczna dla zwykłych ludzi — wytłumaczył. — Mam oczywiście na myśli śmiertelników.
Edel mimowolnie chwyciła Kurta i Doriana za dłoń. Obydwoje wyrwali się z jej uścisku jak poparzeni. Dziewczyna to zignorowała.
John klasnął w dłonie. Spanikowana Edel odwróciła się w stronę drzwi, ale wtedy zauważyła, że przed nimi stoi… stado koni. Dokładniej mówiąc, stado centaurów.
— Poznajcie moich kolegów! — krzyknął uradowany i w tym momencie do środka zaczęło wchodzić kilkanaście nieparzystokopytnych.
Nagle w restauracji, w której chwilę temu panowała pustka i jedynym odgłosem były oddechy trójki półbogów oraz kroki Johna Johnsona, zawrzało. Centaury zaczęły ze sobą żywo rozmawiać, kilku z nich podeszło do lady, aby coś zamówić, bo niespodziewanie wraz z nimi pojawili się także pracownicy. Kurt i Edel pierwszy raz widzieli centaura w ubraniu roboczym z MacDonalda, sypiącego frytki.
— Usiądźcie — polecił John. — A jeśli chcecie coś zamówić, to zapraszam do lady! Mamy świetnych kasjerów.
Jak na zawołanie, całej trójce zaburczało w brzuchu. Terminator cicho zaskomlał, bo też nie jadł od dobrych kilkunastu godzin i jeśli zaraz nie zostanie nakarmiony, to zje na kolacje koninę (której miał tutaj pod dostatkiem).
— No to… zamawiamy? — zapytała nieśmiało Edel. Siedziała naprzeciwko braci, nerwowo odrywając resztki skórek przy paznokciach.
— Myślicie, że nuggetsy są z kurczaka czy z konia? — zażartował Dorian.
Zaśmiał się tylko Kurt.
— Jeśli nic nie chcecie, to ja spróbuję coś zamówić. — Edel podniosła się i podeszła do lady, przy której obsługiwał niezwykle przystojny centaur. Szkoda, że Dorian nie mógł go zobaczyć.
Inne koniowate pozajmowały wolne miejsca i zaczęły ze sobą głośno rozmawiać. Naprawdę głośno. Terminator ziewnął i położył się u stóp Doriana, upominając go o jedzenie.
— Zamawiasz? — zapytał Kurta.
— Jeszcze mi tam naplują, fuj. — Odwrócił się.
— Paniusia z ciebie — zadrwił i sam podszedł do lady, żeby wziąć sobie jakiegoś burgera, frytki i nuggetsy dla Terminatora.
— Ile tych nuggetsów dla ciebie, kochany? — zapytał kasjer, stukając kopytami.
— Nie mów do mnie kochanie — zwrócił mu natychmiast uwagę. — A ile myślisz, że zjadłby taki pies? — Wskazał na Terminatora.
— Hmm, myślę, że przynajmniej czterdzieści.
Dorian się zamyślił. Czy naprawdę pies wielkości Terminatora najadłby się jedynie czterdziestoma małymi nuggetsami?
— Niech będzie.
Centaur podał mu numerek i poprosił, żeby usiadł, bo u nich panuje kultura przynoszenia jedzenia do stolika. Dziwne, bo przecież w normalnych fast-foodach trzeba samodzielnie odebrać swoje zamówienie.
Edel siedziała przy stoliku z obrażonym Kurtem i ciężko wzdychała. Nie wiadomo, czy była to wina stresu, zmęczenia czy przebodźcowania, bo było tutaj naprawdę głośno. John Johnson, który ich przed chwilą zostawił, przyszedł i bez pytania usiadł obok Edel.
— Jak wam się podoba, dzieciaki? — zapytał z szerokim uśmiechem. — Centaury potrafią się bawić, prawda?
— Pan też jest centaurem?
— A jak myślicie?


Kurt?
────
[813 słów: Dorian otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne do Arisu — „I solemnly swear that I am up to no good”

Elianne tego dnia zdecydowanie wstała lewą nogą.
Przede wszystkim, przez pół nocy nie mogła spać. Jakaś wyjątkowo uparta i głośna mucha wybrała sobie akurat ją za ofiarę, i co chwilę wybudzała dziewczynę ze snu, który był bardziej drzemką, kręcąc się nad jej głową. Eli naprawdę kochała wiosnę, ale wolałaby, gdyby z jej przybyciem nie pojawiało się stado insektów. Gdyby mogła, otoczyłaby cały Obóz Jupiter niewidzialną barierą, która zatrzymywałaby całe to paskudztwo. Niestety, jedyne co dała jej w genach boska matka to taki wygląd, że wszyscy wiecznie zakładali, że ma dwanaście lat. Niezbyt przydatna umiejętność.
Na śniadaniu dwoje obozowiczów in probatio pokłóciło się na tyle, że musiała interweniować, więc ostatecznie nawet nie zdążyła wypić do końca kawy. Była niewyspana i poddenerwowana, a dzień przecież dopiero się zaczął. Poza tym, oprócz wykonania swoich zwykłych obowiązków, musiała też wybrać się po coś do San Francisco, a nie wymyśliła jeszcze, kogo zaciągnie za sobą. Wszyscy akurat dzisiaj musieli być zajęci. Chciała mieć to już po prostu za sobą, więc postanowiła, że złapie kogoś ze swojej kohorty i postawi przed decyzją dokonaną.
Nieszczęśnikiem, na którego padło, była Arisu. Elianne dostrzegła ją, kiedy akurat zmierzała w stronę Pola Marsowego i magazynu z bronią. Ot, miała pecha i była pierwszą osobą, jaką centurionka zauważyła.
— Hej, Arisu! — zawołała, próbując zwrócić na siebie uwagę dziewczyny znajdującej się kilkanaście metrów przed nią.
Arisu zatrzymała się i obejrzała przez ramię, a Eli szybkim krokiem pokonała dzielący je dystans.
— Robisz teraz coś ważnego? — zapytała, kiedy tylko znajdowała się w odległości, z której mogła normalnie mówić.
— Miałam pomóc przy przeglądzie broni — odpowiedziała Hayashi, wciskając dłonie do kieszeni.
Wiosenne poranki bywały chłodne i Elianne sama czuła, że wieje jej po karku. Może przed wyjściem powinna jednak jeszcze zabrać szalik z baraku.
— To świetnie się składa, bo potrzebuję pomocy w znalezieniu czegoś, czego będzie wam brakować. Słyszałaś o tym dzieciaku na in probatio, który wczoraj wybrał się na wycieczkę do San Francisco? — zatrzymała się i poczekała, aż Arisu skinie głową. — Spanikował i zostawił grecki ogień na jednym z osiedli mieszkalnym. W kontenerach na śmieci. Trzeba to stamtąd zabrać, zanim nie daj boże ktoś to podpali, albo po prostu znajdzie. Pójdziesz ze mną?
Może i w pewnym stopniu to była prośba, i to taka zadana z uśmiechem, ale jednocześnie było słychać, że na to pytanie jest raczej tylko jedna odpowiedź. Elianne naprawdę rzadko musiała powoływać się na swoją pozycję, ale dzisiaj była gotowa to zrobić. Była w zdecydowanie bardziej bojowym nastroju, niż zwykle. Na szczęście Arisu może i skrzywiła się lekko (Eli wcale jej się nie dziwiła, sama wolałaby zostać w obozie), ale najwyraźniej postanowiła ugryźć się w język.
— Gdzie konkretnie? Znaczy, na którym osiedlu? — zapytała jedynie.
Eli zmarszczyła brwi, próbując sobie przypomnieć nazwę. Była pewna, że Vergil jej ją podał. ale ciągle jej umykała.
— Chyba Hayes Valley. Tak czy siak, trzeba będzie iść labiryntem — dodała, kiwając głową.
— …Po prostu załatwmy to szybko — mruknęła Arisu, idąc w kierunku punktu, gdzie znajdowało się wejście do labiryntu.
Zapowiadał się naprawdę owocny dzień.

Elianne nie miała innego wyjścia, niż dobrze znać labirynt. Musiała przyznać, że naprawdę się rozleniwiła, odkąd ponownie go otworzono; nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio udała się gdzieś normalnymi drogami, ale czy można było ją winić? Zdecydowanie wolała przejść się dziesięć minut podziemnym korytarzem, niż spędzić czterdzieści w dusznym, zatłoczonym autobusie. Żałowała tylko, że nie da się go nauczyć na pamięć. Zdecydowanie łatwiej by się z nim pracowało, gdyby tylko nie trzeba było mieć oczu dookoła głowy, nawet kiedy w teorii dobrze znało się część przejść. Kiedyś za każdym razem nosiła ze sobą papierowe zapiski, żeby broń boże nie skręcić gdzieś źle, ale teraz je wszystkie miała w głowie.
Po drodze raczej nie rozmawiała z Arisu. Przede wszystkim, przez labirynt najlepiej było przejść jak najszybciej i jak najciszej. Niby nikt w ostatnim czasie nie zgłaszał, żeby jakieś potworzysko kręciło się w tunelach w pobliżu Obozu Jupiter, ale nigdy nic nie wiadomo. Może coś przypałętało się akurat dzisiaj, specjalnie dla nich? Elianne naprawdę nie miała ochoty tego dnia brudzić sobie rąk. Wystarczy już, że będzie zmuszona grzebać w śmietniku, bo jakiś dzieciak postanowił urządzić sobie samowolną wycieczkę i nie pomyślał, że to, co wyniósł z obozu, wypadałoby zwrócić.
Zawsze była bardziej pobłażliwa wobec obozowiczów in probatio, niż zwykłych legionistów. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że dla większości z nich to już do końca będzie najtrudniejszy rok ich obozowej kariery i nie chciała im tego jeszcze bardziej uprzykrzać. Zresztą, sama pamiętała jeszcze, jak to jest być dzieciakiem z tabliczką na szyi. Nic miłego. Ten wybryk jednak wyjątkowo wyprowadził ją z równowagi, bo była to taka głupota, że aż trochę szkoda było jej czasu, który musi poświęcić na posprzątanie tego bałaganu. Nurkowanie w kontenerach z pewnością było na jednym z ostatnich miejsc listy rzeczy, które miała ochotę robić.
Śledziła wzrokiem ściany, szukając punktów rozpoznawczych, które miały zaprowadzić je mniej więcej w okolice tamtego osiedla. Na razie wszystko jej się zgadzało.
— Powinniśmy być już blisko — powiedziała w końcu przyciszonym głosem, odwracając głowę do Arisu.
— Wcześniej tu tak nie cuchnęło — rzuciła Arisu, marszcząc nos.
Eli oderwała swoją uwagę od malunku na kamiennej ścianie i na chwilę skupiła się na tym, że wokół nich faktycznie unosił się nieprzyjemny odór. Była nieco zbyt skupiona na innych rzeczach, żeby to wcześniej zauważyć, ale teraz w nozdrza drapał ją smród zgniłych jajek. Tylko tego jej dzisiaj brakowało, żeby dopadło je coś, czemu daje z pyska siarką.
— W takim razie chodźmy szybciej, a z powrotem trzeba będzie pójść innym przejściem — powiedziała, przyspieszając kroku.
Nie miała ochoty na interakcje z czymś, co mogło ją powalić już samym swoim smrodem. Zaraz powinny być na miejscu, więc przecież nic już nie mogło pójść nie tak.


Arisu?
────
[937 słów: Elianne otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 15 września 2026

Od Weroniki CD Mikołaja — „Ach te klasyki”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, obecnie

Ikar przynajmniej miał przyzwoitość spaść.
To więcej, niż można powiedzieć o większości ludzi, którzy obierają sobie cel, poświęcają mu lata, zdrowie i kilka relacji, a po jego osiągnięciu natychmiast przesuwają granicę odrobinę dalej. Szczyty mają tę paskudną właściwość, że z bliska przestają wyglądać jak szczyty. Zawsze widać z nich coś wyższego.
Być może właśnie na tym polega największa ułomność człowieka: nie na tym, że jest mały, śmiertelny i wyjątkowo łatwo zrobić mu krzywdę, lecz na jego całkowitej niezdolności do uznania któregokolwiek z tych faktów za argument przeciwko czemukolwiek.
Dlatego przepływa oceany.

Wszystkie linijki z mentalnego notesu kotłowały się teraz w głowie z tej feralnej jesieni, kiedy się prawie utopiła. Powodem była woda. Oraz spojrzenie w oczy Mikołajowi. Pamiętała wątki, jakie sie tam rozgrywały. Pamiętała również wybuch chłopaka. Potem, na spotkaniach grupowych, jescze bardziej zlewał się ze ścianą i niechętnie odpowiadał na pytania. Weronika tylko liczyła na to, że czegoś się nauczył po tym całym bajzlu, a tak to ignorowała go. Jeszcze bardziej forsowała pomysły, jakie należało wprowadzić. Coraz częściej zaszywała się też w odludziu leśnym, z książką w rękach. Ostatnimi czasy też pisała recenzje nowych wydań.
Ale najpierw ab ovo. Wcześniej wpatrywała się w toń wody, stojąc na brzegu. Jezioro tego dnia było wyjątkowo spokojne. W dodatku nie było obozowiczów, kto lubił wodę ten siedział w największym, a w dodatku musiał lubić względnie niską temperaturę. Gdy przyjdzie lato, wtedy to będzie problem, w dodatku wrócą ci wakacyjni obozowicze. Pokręciła głową, gdy pomyślała, ile dzieciaków musi ustawić do pionu. Czas na naukę. Ważną naukę.
Za każdym razem, kiedy zanurzała głowę pod powierzchnią, ogarniała ją panika. Starała się z nią walczyć na wiele różnych sposobów, ale wciąż wracały do niej obrazy z topienia się, zarówno po raz pierwszy, jak i po raz drugi. Prychała na wszelkie strony i sapała jak lokomotywa. W głowie przewijała strony staroświeckich podręczników „ABC Pływania”, próbowała powtarzać rysowane ręcznie schematy. Nogi prosto, skręt tułowia, ręka do kraula. Wpatrywała się minutami w nie. Ręce do kraula, woda w gardle, zakrztusiła się. Obrót głowy w teorii był prosty, teraz, w praktyce, był zadaniem wręcz niemożliwym. To było niezwykle irytujące, że woda stawiała jej opór na tyle, że nie miała jak zręcznie przełożyć tego na taniec (tak, w ten sposób uczyła się walki). Już przejście na pointy było względnie krótsze niż opanowanie machania nogami w tych głupich pozycjach. Motywowała się, jakżeby inaczej, cytatami z książek. To tylko jedna z wielu stacji krzyżowych, jakie spotka na swojej drodze. Kiedy się poddawała, przed oczami stawał jej ojciec, który marszczył krzaczaste brwi i mruczał coś o niepowodzeniu.
Kaszląc, wyturlała się na brzeg. Pochyliła się nad tymi stronami ponownie, wyciągając również z plecaka „Pływanie dla idiotów” jako ostatnią deskę ratunku. Kto by chciał uznawać się za idiotę? Nagle podniosła wzrok, czując, że ktoś ja obserwuje i nie myliła się. Grupowy domku Dionizosa stał przy kierunkowskazie i wpatrywał się w nią. Na szczęście dla Weroniki nie jadł truskawek. Nie była zaskoczona, co najwyżej zmarszczyła brwi.
— Pływamy, co? — nerwowo zaczął.
— Długo już tak obserwujesz? — odparła z chłodem Weronika.
— Jakieś dwie minuty? Może mniej?
— Mhm.
Wciąż stała nad książkami, wciąż woda z niej spływała i kapała na liście oraz papier. Była ubrana tylko w najprostszy czarny kostium dwuczęściowy, była przyzwyczajona do niskiej temperatury. Jej kostki i kolana oblepiały bandaże oraz taśmy kinezjologiczne, milczące świadectwo dawnych lekcji baletowych. W gorszych dniach nagi potrafiły mocno pobolewać, przez co wcale nie wyżywała się na współobozowiczach. Ani trochę. Widziała, jak wzrok Mikołaja analizował jej ciało, dopóki nie zauważył blizn na udach. Na jego wesołkowato głupiej twarzy zawitało zafrasowanie.
— Ja nie chciałem… Znaczy się, nie miałem tego na myśli. Że no. Żebyś się pocięła. Tak tylko głupio powiedziałem. Nawet jeżeli mnie wkurwisz czasem… Czy tam zawsze. Nie myślałem… Eee, bardzo źle jest?
Przewróciła oczami, już nawet nie siląc się na ironizowanie.
— Cichaj już. To są stare blizny. Nawet się nie znamy, to po co bym miała przejmować się twoim zdaniem? — skrzywiła się.
Pamiętała ten wyrzut, ale bardziej przejęło ją to, że się skupił na niej, zamiast poprawić to, co zjebał. Imbecyl. Do tej pory uważała, że nie było w tym nic z jej winy. Jeżeli płakała w poduszkę tamtego dnia, to z powodu prawie odejścia na tamten świat, a także tego, że Obóz był cholernie niewydolny. Ze świadomością, że za niedługo z niego odejdzie. I zostawi wiele niedokończonych spraw.
Wróciła do ćwiczeń w wodzie, tylko po to, żeby dostać kolejnego ataku paniki przy zanurzeniu głowy i po raz kolejny schrzanić kraula.
— Fuuuuck! — wrzasnęła zirytowana.


Mikołaj?
────
[741 słów: Weronika otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]