sobota, 9 maja 2026

Od Kurta CD Doriana i Edel — „Serve the servants”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA, ROK TEMU

Europejski mózg autora tego opowiadania nie był w stanie pojąć, jak działały amerykańskie drogi. Jak daleko mogła się rozciągnąć pieprzona pustynia w Stanach Zjednoczonych? Gdyby przeszedł tyle kilometrów w Europie, to prawdopodobnie już znalazłby się w innym kraju, albo napotkał przynajmniej jakieś Dino. Kurt nie wiedział, ile czasu minęło, odkąd skończyli (no dobrze, to za dużo powiedziane) się kłócić i zaczęli iść. Tym bardziej nie wiedział, ile czasu minęło, odkąd w ogóle znaleźli się na tej pustyni. Nie wiedział nawet, czego to jest kwestia; czy naprawdę spędzili tu już tyle czasu, czy po prostu ten czas mu się dłużył? Nie wiedział, co chciałby, żeby było prawdą. Druga opcja oznaczała, że po prostu był zmęczony (na co nie mógł sobie pozwolić), wkurwiony (to akurat było u niego normalne, ale żeby nawet Dorian?) i tak spragniony, że niedługo zacznie szukać krwi albo… albo gorzej. Kiedy był mały, zdarzało mu się oglądać filmy dokumentalne Beara Gryllsa i teraz obrazy z jego ekstremalnej sztuki przetrwania migały mu przed oczami, niekoniecznie w przydatnym, a tym bardziej pozytywnym znaczeniu.
Dotarli do drogi, ale słowo „droga” mogło wydawać się trochę przesadzone. Przerzedzona, żwirowa ścieżka, typ szlaku, którego nikt o zdrowych zmysłach by nie wybierał, jeśli nie posiadałby quada albo innego monster trucka, bo dziury mogłyby pokonać pospolitą żółtą taksówkę, a do najbliższej stacji diagnostycznej było… no, Kurt nawet sam nie potrafił określić, czy daleko, bo sam, cholera jasna, nie wiedział, gdzie jest. Gorąc bił od spierzchniętej ziemi tak, jakby znajdowali się przy asfalcie. Piasek gdzieniegdzie zakurzył wytyczone przez odważniejszych ślady opon. Chłopak starał się nie odrywać od nich wzroku, bo gdyby na chwilę spojrzał w drugą stronę, to odciski opon mógłby przykryć piasek, ewentualnie okazałyby się tylko fatamorganą. Dopóki myślał, że są prawdziwe i widział je na własne oczy, mógł krzyczeć w niebo: „a nie mówiłem?!” na potwierdzenie swoich słów, że coś tu ostatnio jechało.
Język miał ciężki jak z ołowiu, wysuszony na wiór. Nie chciało mu się już nawet dyskutować z Edel i Dorianem, to wymagałoby przecież zmarnowania na nich resztek śliny już i tak wysuszonej jamy ustnej. Mogliby go zostawić samego, tylko po to, żeby Kurt miał od nich święty spokój. Przynajmniej jeśli umarłby przy drodze, to sam, a nie z gderającym mu nad uchem ślepcem i podrzędną centurionką. Nie chciało mu się już nawet z nimi kłócić, co było dla niego jak wielka, czerwona flaga, że coś się dzieje, albo gorzej, biała flaga, którą nad sobą wywiesił w geście, że już się poddaje, a przecież on się nie poddawał, bo nie był jakimś tam przegrywem.
W jakiś sposób doceniał, że Edel go nie zostawiała. Stała na poboczu, w idealnie wyśrodkowanej odległości pomiędzy braćmi. Nic nie mówiła, tylko patrzyła w jego stronę, jakby potrzebowała jakiegokolwiek potwierdzenia z jego strony, nawet wrednego słowa, żeby mogła się upewnić, że nie będzie mieć wyrzutów sumienia, kiedy go tu zostawi samego. Nie był w stanie już zrobić żadnego kroku ani w stronę Doriana, ani w stronę przeciwną, żeby iść dalej wzdłuż drogi, bo nogi zaczęły odmawiać mu posłuszeństwa i czuł, jak drżą mu mięśnie. Gdyby nie to, że był tak wyzuty z wody, to może nawet uroniłby łzę ulgi, kiedy wreszcie by usiadł.
Minęło kilka sekund, zanim zdecydował się odpowiedzieć. Dorian dalej krzyczał coś do Edel w oddali, coś, co na pewno było wyzywaniem brata i namawianiem dziewczyny, żeby go zostawiła w pizdu, ale Kurt nie potrafił się nawet na nich skupić.
— Poczekam — powiedział, żałośnie wręcz. Głos mu się złamał przez to, jak wysuszone gardło miał i od razu poczuł potrzebę schowania głowy w piasek ze wstydu, że w ogóle wydobył z siebie taki dźwięk przy Edel. Miał nadzieję, że Dorian tego nie słyszał. — Ale stąd nie idę.
Klapnął ciężko na piasek pobocza jako potwierdzenie swoich słów i oparł podbródek na złączonych kolanach. Skulił się jak biegacz pustynny, odwrócony tyłem do Edel i Doriana, żeby nic już do niego nie mówili. Centurionka uszanowała jego decyzję, bo usłyszał, jak pod jej butami ciężko przesuwa się piasek. Nie oderwał wzroku od śladów na drodze, jakby zaraz coś miało z niej wyrosnąć, wielce udając, że nie interesuje go, gdzie Edel i Dorian w ogóle poszli i jak bardzo się od niego oddalą.


To, że Kurt nie dostał udaru słonecznego, było kwestią jakiegoś cudu. Kiedy kolejny raz otworzył oczy, znajdował się wciąż w tej samej pozycji, ale słońce nie prażyło go już w tył głowy.
Uzmysłowił sobie, że przysnął. Nie był nawet pewien, jak do tego doszło, przecież było tak okropnie gorąco, wszystko go bolało i miał jedno zadanie, żeby pilnować drogi przed nim. Nie powinien zasypiać w takich sytuacjach, zwłaszcza przy żwirowej ścieżce, gdzie pod dupą pełzały mu jakieś jadowite węże. W zasadzie równie dobrze mógł zemdleć od gorąca lub z przemęczenia.
Próbował się poruszyć. Dalej bolały go mięśnie, rękę miał obślinioną po drzemce w niewygodnej pozycji. Kark piekł żywym ogniem i Kurt siłą wyobraźni już czuł, jak kolejnego dnia (jeśli dożyje) będzie schodzić mu skóra. Nie czuł już jednak takiego gorąca — jasne, dalej było mu duszno i miał wrażenie, że nie ma czym oddychać, a na obozowej koszulce nie ma już suchego skrawka, ale temperatura zdecydowanie spadła. Kurt spojrzał w niebo i zobaczył, że słońce zaczęło zachodzić. Ile dnia przespał? Jakim cudem Dorian i Edel nie wrócili do tego czasu? Może coś zjadło ich po drodze; nie żeby ich nie ostrzegał, nie powinien się tym przejmować.
Coś trzeszczało na pustyni, jakiś zupełnie nowy dźwięk. Zaczął skanować wzrokiem otoczenie i nagle zdał sobie sprawę, dlaczego się obudził. Powodem pobudki nie była zmiana temperatury, wyspanie się, ból czy cokolwiek innego: Kurt obudził się, bo jego sen pełen niezmąconej ciszy przerwało turkotanie.
W oddali, na żwirowej drodze, wielkim zadupiu z daleka od cywilizacji, zobaczył pickupa.
Gorąc zaburzał mu pole widzenia i przez sekundę nie wiedział, czy pickup zbliża się, czy oddala, ale trzeszczące odgłosy się nasiliły i Kurt zaczął rozpoznawać szczegóły auta. Zardzewiałą karoserię, przekrzywione tablice rejestracyjne, których numerów nie był w stanie jeszcze odczytać, schodzącą srebrną farbę. Pickup wyglądał, jakby był starszy od chłopaka i trzymał się tylko na silnej wierze w Boga kierowcy. Wydawał równie niepokojące dźwięki, świadczące o tym, że mógł się całkowicie rozpaść na części, jeśli prowadzący za bardzo by go rozpędził lub zbyt gwałtownie zahamował.
Niewiele myśląc, Kurt wyskoczył na żwirową ścieżkę. Zapomniał, że bolały go mięśnie i że miał gardło wyschnięte na wiór, po prostu stanął na środku drogi i zaczął wymachiwać rękami do samochodu, który równie dobrze mógł okazać się mirażem.
— HEJ! TUTAJ! — krzyczał. — DORIAN! EDEL! TERMINATOR! CHODŹCIE TU! SAMOCHÓD! SAAAAAAAMOOOOCHÓD!
Na chwilę zapomniał, że wszyscy się na siebie śmiertelnie poobrażali, Dorian był skończonym debilem i najchętniej zostawiłby go samego na pustyni, a do Edel się nawet nie przyznawał. To była chwila słabości, nie będą o tym potem rozmawiać, chłopak osobiście tego dopilnuje.
Pickup zbliżył się na tyle, żeby Kurt zobaczył, że tablice rejestracyjne pochodziły z Teksasu i ponownie stanęło mu serce. Teksasu? Ten pieprzony pies teleportował ich do Teksasu? Nie, to musiał być przypadek. Zbieg okoliczności, istny cud, że jakiś koleś pochodzący z Teksasu prowadził auto pośrodku niczego. Sylwetka kierowcy nie przypominała potwora, chociaż Kurt doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że potwory zawsze dobrze się ukrywały. Na ten moment nawet to by go nie obchodziło, jeśli Meduza miałaby zawieźć go z powrotem do Obozu Jupiter, to nawet zbiłby z nią żółwika i szepnął słówko innym półbogom, że może czasem warto dać się zamienić w kamień.
Nie przestawał krzyczeć i machać rękami. W odpowiedzi auto zatrąbiło. Kiedy pickup zatrzymywał się w chmurze kurzu, na poboczu wyrośli Dorian, Edel i Terminator, cała trójka będąca w stanie ewidentnie podobnym, co Kurt: brudni, zmęczeni, spaleni słońcem, niedowierzający, że jeszcze żyją i że faktycznie na tej drodze pojawił się jakiś samochód.
Drzwi od strony kierowcy otworzyły się. Kurt wskazał na nie palcem i powiedział do swoich oniemiałych towarzyszy:
— Samochód.
Co najwyraźniej miało być bardzo zmęczonym „a nie mówiłem, debile?”.
Z pickupa ociężale wyszedł najbardziej stereotypowy Amerykanin, jakiego Kurt mógłby sobie wyobrazić, a przecież sam był Amerykaninem i raczej się z tym nie krył. Facet w średnim wieku, otyły, o diecie ewidentnie opartej na McDonaldzie i Taco Bellu. Na desce rozdzielczej stał niedopity shake czekoladowy z Wendy's. Brzuch miał widoczny spod T-shirtu. Głowę przykrywała mu intensywnie pomarańczowa czapeczka drużyny Texas Longhorns.
— Ej, zgubiliście się, dzieciaki? Pomóc wam w czymś? — zapytał.
Brzmiał całkiem miło, zdecydowanie nie tak, jakby zaraz miały wyrosnąć mu ostre kły. Towarzyszył mu silny, teksański akcent, Kurt przeklął go za to w myślach.
— Tak, zgubiliśmy się! — Edel wyrwała się z szeregu. — Jestem Edel. To jest Dorian i Kurt. To jest nasz… — Edel sama nie była pewna, co mężczyzna widział w miejscu piekielnego ogara wielkości konia — …nasz zwierzak. Pies przewodnik Doriana. Byliśmy z wycieczką szkolną, odeszliśmy tylko na chwilę i…
— Wycieczka szkolna w Death Valley! W maju! — powtórzył z niedowierzaniem mężczyzna, kręcąc głową.
Death Valley nie brzmiało ani trochę przyjaźnie, ale Kurt czuł, że ze szczęścia dusza opuszcza jego ciało, bo Death Valley było przecież częścią Kalifornii. Nie tak daleko od San Francisco w dodatku. Ze wszystkich bolączek tego dnia, ta była całkiem dobrą wiadomością.
— Jedzie pan może w stronę San Francisco? — zapytała Edel z nadzieją.
Mężczyzna zaśmiał się tubalnym głosem.
— Macie tyle szczęścia, dzieciaki! Tyle szczęścia! — powiedział. Kurt nie czuł ani trochę, że mają jakiekolwiek szczęście. — Jadę akurat z Justiceburga do Tahoe. Podrzucę was, gdzie tylko chcecie. Będzie wam przeszkadzało, jeśli pojedziecie na pace z moimi świniami?
Coś chrumknęło na tyłach samochodu. Kurt nie chciał nic mówić, ale gdyby mężczyzna zaproponował im nawet jechanie na dachu, to i tak by się zgodzili. Świnie nie były wcale takie różne od większości współlokatorów w baraku Dwójki.
— Absolutnie nie będzie nam przeszkadzało — odpowiedziała Edel.
Mężczyzna wskazał tłustym palcem na Terminatora.
— To cholernie wielki pies — stwierdził. — Zmieści się?
— To pies kieszonkowy — potwierdził Dorian. — Jak się popieści, to wszystko się zmieści.
Znowu się zaśmiał. Świnie zawtórowały mu kwikiem.
— Dobra, dobra. Wiecie, ja kiedyś wiozłem tym autem dwie krowy, ściśnięte razem, jedna była w ciąży. I jeszcze cielak urodził się po drodze! Wszystko się zmieściło. Mógłbym tam jeszcze z pięć moich świnek upchnąć nawet. We wszystko już uwierzę. Cholerny bydlak z tego psa, czym wy go karmicie? Ja czasem dorzucam moim świniom do chlewika trochę frytek, jak mi jakieś zostaną z obiadu, a co, świnie też muszą se trochę poużywać. I wiecie co, lepiej rosną na tych frytkach nawet. Szczęśliwe takie są.
Kurt uznał, że mężczyzna mówi bardziej sensownie, niż Edel i Dorian razem wzięci.


Edel? Dorian?
────
[1722 słowa: Kurt otrzymuje 17 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz