sobota, 29 sierpnia 2026

Od Havu — „Gra w węża”

Vincent już lepiej panował nad swoimi mocami, ale dalej potrafił się teleportować w momencie, kiedy tego nie chciał. Zazwyczaj było to spowodowane ekscytacją albo ogólnie rzecz mówiąc silnymi emocjami. Zaczynała wokół niego wtedy powstawać piękna kolorowa tęcza, gotowa, by przenieść dzieciaka na zupełnie nieznaną ulicę w San Francisco.
Tak stało się i tym razem. Vincent miał jednak dużo szczęścia, bo wylądował obok sklepu spożywczego, w którym Havu właśnie kończył robić zakupy. Co prawda nie kupował niczego zdrowego, gotowego by wykarmić głodnego chłopca z obozu dla specjalnych, ale doritosami również można było się najeść.
Vincent stał pod sklepem i rozglądał się we wszystkie strony, bo okolica, w której się znalazł, była dla niego nieznana.
— Nie karmią cię tam? — zapytał żartobliwie Havu, kiedy wyszedł ze sklepu i zauważył kręcącego się w kółko Vincenta.
— O! — Odwrócił się zaskoczony. Poprawił rozczochraną fryzurę i uraczył mężczyznę szerokim uśmiechem godnym niewinnego czternastolatka.
— Kupić ci coś?
W torbie trzymał tylko dwa opakowania czipsów i jednego batona.
— Nie jestem głodny. — Pokręcił głową. — Przez przypadek się tutaj znalazłem.
Nie było to nawet w najmniejszym stopniu zaskakujące, patrząc na to, ile razy Vincent w tym roku zdołał się teleportować. Brakowało jeszcze, żeby miejscem docelowym chłopca okazała się śmierdząca łazienka w centrum handlowym albo co gorsza jakieś miejsce wyjęte z mitologii, skąd pomogą mu wyjść tylko inni półbogowie.
Stali chwilę w ciszy. Vincent odrywał z paznokci pozostałości skórek, a Havu próbował wymyślić, co powinien zrobić z tym dzieciakiem.
— W sumie… — zaczął nieśmiało Vincent. — Mogę jakąś bułkę?
Ze wszystkiego, co mógł wybrać, wybór padł akurat na coś tak prostego, jak bułka. Havu ze zdziwienia nie wiedział, co odpowiedzieć, aż w końcu zdecydował się na odpowiedź odpowiedzialnego ojca, który dba o zdrowie swoich dzieci.
— Bułkę mamy w domu.
Dumnie poprawił torbę na ramieniu i skinął głową do Vincenta, zachęcając chłopca, by za nim poszedł.
W domu Havu rzucił materiałową torbę na kuchenny blat i poszedł poszukać wspomnianej bułki. Jak się okazało, wszystkie bułki już zjadł, a w chlebaku została tylko kromka chleba tostowego. Zapomniana, z nowymi, zielonymi mieszkańcami, zwanymi pleśnią.
— A musi być bułka? — zapytał, udając, że dalej czegoś szuka.
Vincent grzecznie siedział na kanapie w salonie. Zanim jednak odpowiedział na pytanie, coś zapukało w szybę okna. Charakterystycznie, dwukrotnie, jakby chciało zwrócić na siebie uwagę.
Do szyby przykleił się wężowy ogon. A raczej coś, co przypominało wężowy ogon, bo na końcu znajdowała się wężowa głowa. Vincent zapomniał o swojej bułce i jedzeniu, a burczenie brzucha momentalnie ustało. Wystraszyła go nagła obecność potwora na tyle, że nad jego głową pojawiła się mała tęcza.
— Ktoś jeszcze z tobą przyszedł?
Vincent pokręcił głową, wbijając się bardziej w kanapę. Gdziekolwiek się nie znajdował, tam zaraz pojawiały się problemy. Zaczynał się obawiać, że musi być naprawdę pechowym dzieciakiem.
Wężowa głowa raz jeszcze zapukała w okno. Havu, przyzwyczajony do widoku różnych dziwnych stworów, podszedł niespiesznie do okna i je zasłonił. Uznał, że może w ten sposób pomoże Vincentowi i uchroni go przed ewentualną niechcianą teleportacją.
— Chcesz jogurt? — kontynuował.
— On tam dalej jest — wyszeptał Vincent. — Możemy coś z nim zrobić?
— Jak go nie widzisz, to on ciebie też nie widzi — odpowiedział zupełnie poważnie.
— To chyba tak nie działa…
Wężowa głowa ponownie zapukała w okno.
— Może po prostu go wpuszczę tutaj.
Havu podszedł znowu do okna, a Vincent momentalnie poderwał się z kanapy.
— Nie! — krzyknął wystraszony. — Boję się węży.
Dosyć często można było usłyszeć to z cudzych ust. Boję się węży, boję się owadów, boję się pająków. Dobrze, że ten wąż był kulturalny, bo gdyby w okno pukał dwugłowy pająk, to Vincent mógłby tego nie przeżyć.
— Poczekaj, zobaczymy, czego chce.
Havu odsłonił okno i je otworzył. Wężowa głowa uśmiechnęła się, skinęła jakby w podziękowaniu i wpełzła do środka mieszkania. Był to dosyć duży potwór, na dodatek ubrany w garnitur, co mężczyźnie do bólu przypominało tego żabiego stwora, który jakiś czas temu nie dawał mu spokoju i przez którego wylądował w misce zupy.
— No, jak widzisz Vincent, jest to bardzo kulturalny…
Nie dokończył, bo w tym momencie zestresowany i wystraszony dzieciak utworzył na tyle dużą tęczę, że zaczął znikać w jej oparach. Havu zareagował zbyt późno, by go złapać i przytrzymać. Vincent zniknął. Teleportował się i nikt nie wiedział dokąd.
— Widzisz, co zrobiłeś? — Odwrócił się do węża. — Dziecko mi zgubiłeś.
— Przeprassssssszam… — wysyczał. — Ssssssgubił czapkę.
Rzucił na ziemię najzwyklejszą czapkę z daszkiem. Szkoda, że Vincent nawet jej nie ubierze, bo zdążył zniknąć.
— Super — westchnął. — Dzięki. Przekażę mu.
Wąż się ukłonił i wypełznął przez otwarte okno.

────
[732 słowa: Havu otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz