wtorek, 25 sierpnia 2026

Od Dahlii CD Chaita — „Haul away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Wzdrygnęła się.
— Jakie potwory, Chait? Zombie? — Próbowała zażartować, choć nie było jej do śmiechu.
W odpowiedzi dostała wzruszenie ramionami.
Spojrzała na swoją część ściany, która już była wyszorowana. Najlepsze za nimi minęło, dalej będzie tylko gorzej. Krople ściekały po ciemnej, chropowatej powierzchni, a bąbelki przesuwały się wraz z nimi. Mogłaby przysiąc, że raz ułożyły się w złośliwy uśmieszek. Wzięła głęboki oddech i kontynuowała.
— Tam są śmieci. Nie zaskoczę cię, będziemy je zbierać. Recyklingować. Kolejne ściany do wyszorowania. A, uważaj, jak tam będziesz szedł. Zerknęłam i jakieś dziecko tam narzygało.
Chait tylko przytaknął. Dahlia była wdzięczna losom za to, że miał duże doświadczenie w pracy z dziećmi. Wiele współpracowników w tym parku miało z tym problem. Zasłaniali się emetofobią, byleby reszta sprzątała za nich. Miała tylko nadzieję, że nie spełnią się jego słowa odnośnie potworów. Szorowanie syfu, bo odrzuciła absztyfikanta z urażonym ego, to jedno. Drugim była walka z tatałajstwem z Tartaru, akurat wtedy, kiedy by nie miała swojej broni. Nie licząc plastikowych pierdółek, które mogły co najwyżej uszkodzić oko. Oraz jej dumę.
Jedyną drogą wyjścia była bramka, otwarta. Raczej nie powinna magicznie się zamknąć. Raczej. Nie miała beefa z żadnym z bogów czy z pomniejszymi popierdółkami, które uprzykrzają życie. Korytarz był przestronny, problem leżał w metalowej rampie, o którą obijali się głowami. I którą też musieli czyścić z wymiocin anonimowego dzieciaka. Gdyby ktoś ich zaatakował, mieliby czystą drogę ucieczki. W dodatku jest dość jasno, a potwory rzadko atakują w biały dzień, przy tłumie. Widocznie i one łatwo się przestymulowały przez jazgoty i krzyki dzieci. Czas wyrzucić z głowy głupie myśli o potencjalnym ataku.
Przez kolejne pół godziny przestrzeń wypełniały odgłosy szorowania. W pewnym momencie było tak cicho, że z nudów przewidywała, czy Chait szoruje w prawo, czy lewo. Przerwa i cichy pomruk sygnalizowały, że natrafił na kawałek ściany, który lekko podpleśniał i odpadał. Oczywiście, że to nie był prawdziwy kamień, tylko jakieś paskudztwo pomalowane żywicą, bo kto by chciał ryzykować pozwami. Czy to od inspektorów, czy wzburzonych rodziców. Barki oraz kolana Dahlii zaczęły boleć, od ciągłego schylania się. Parę razy też uderzyła się w głowę. Przeklinając w głowie potokami, zdecydowała się na przełamanie ciszy.
— Długo już pracujesz?
— Odkąd mam osiemnaście lat. — odpowiedział zdawkowo.
Odgłosy szorowania znowu wypełniły korytarz. Nie zniechęciło to Dahlii, która miała jakieś doświadczenie z tego typu odpowiedziami. Nie dałaby rady zliczyć, ile już próbowała coś wycisnąć z wywiadu, który mógł się zmieścić na paragonie z pomniejszego sklepu.
— A co przed osiemnastką?
Chait w tym momencie zawahał się, zastanawiając się nad odpowiedzią.
— W sumie to nic szczególnego…
Jego wypowiedź nagle przerwał brzdęk. Pochodzący z czeluści. Tej samej, o której mówił Chait.
On automatycznie podniósł mopa, kierując w stronę potencjalnego przeciwnika powierzchnią czyszczącą. Dahlia zasłoniła połowę swojego ciała wózkiem. Kto wie, może butelki z detergentami są dobra amunicją na potwora. Jeszcze by się okazało, że zamiast wydawać kupę kasy na spiż, mogli po prostu rzucać w blemmejów czy erynie kapsułkami do prania. Poza tym miała tylko szczotkę. Bogowie niech będą przeklęci, jeżeli coś ich tutaj zaatakuje. Chyba że zawsze chcieli zobaczyć wyjątkowo umytego stwora.
Dźwięk rozległ się jeszcze parę razy. Brzdęk, klang, klang, dzyń. Tak, jakby garnek spadł.
Spojrzeli na siebie pytająco. W końcu postanowili podejść, krok po kroku, do źródła, ze starannym ominięciem zastygniętej kałuży rzygowin. Może było to idiotyczne, ale to był naturalny dylemat półboga: zobaczyć, jaki to potwór i zostać zjedzonym, albo wybiec z krzykiem w tłum ludzi i zostać uznanym za czubka. Dahlia nie miała ochoty się dobijać nadszarpnięciem statusu wśród współpracowników. Chaitowi też by się to nie uśmiechało, nie podczas pierwszego tygodnia.
— Chyba dawno tu nie sprzątali. — skomentowała Dahlia, kiedy im oczom ujrzała się sterta śmieci.
— Co za niespodzianka. — odmruknął towarzysz niedoli.
Śmieci były specjalnie przesunięte tak, żeby odwiedzający nie byli w stanie tego dostrzec. Gdyby nie okoliczności, narzekałaby na lenistwo oraz kretynizm.
Chait flankował, odsłaniając jak najwięcej światła z reflektorów. Spojrzał na Dahlię pytająco.
— Ja mam tam zajrzeć, rozumiem? — zapytała ze znużeniem.
Zerknął w czeluść ze zwątpieniem.
— No jak nie chcesz, to mogę zobaczyć, co się tam dzieje.
— Dobra, oby to było nic. Żaden potwór, żadne zombie, proszę. — skwitowała.
Oby nikt tutaj nie przyszedł. Wystarczająco by się zapadła pod ziemię, gdyby ktoś ją zobaczył w pozycji obronnej, ze szczotką jako bronią. Albo, co gorsza, uwiecznił w jakimś cholernym Iphone.
Przez chwilę weszła w półmrok. Przypomniała sobie problem z tym korytarzem. Wstepnie „jaskinia” miała mieć więcej komór, w tym siedlisko korsarzy i przemytników. Ucięli później te plany, tłumacząc to brakiem budżetu oraz niedostatecznymi zabezpieczeniami na wypadek ewakuacji czy pożaru. Zostawili parę korytarzy, w tym ten, na wypadek, gdyby plany się zmieniły. Szansa na potwora była wysoka. Jeszcze większa na cholerne śmieci, upchnięte przez człowieka zarabiające psie pieniądze. Z jednej strony rozumiała to, a z drugiej wolałaby naprawdę nie wdeptywać w jakieś gumy do żucia, żelki, czy cholerne wiaderko. Przy ostatnim przedmiocie akurat plułaby sobie potężnie w brodę.
Rozległy się kolejne brzdęki. Jej oczy przyzwyczajały się do półmroku, a sama powstrzymywała się przed odruchowym wycofaniem się. Dopóki nie zlokalizowała źródła problemu. Weszła całkowicie w półmrok i się pochyliła.
— Co tam masz, Dahlia?
Chait widocznie się niecierpliwił, nie mogąc dostrzec, co się tam działo. Dalej trzymał mop w gotowości bojowej.
— Niebezpieczną bestię. — odparła spokojnie.
Skonfundowało go to trochę.
— Jaką?
Rozległo się donośne miauknięcie. Dahlia wychyliła się z ciemności, trzymając w ręce mizernego, brudnego kota. Widocznie nie był zadowolony z nagłego podniesienia, protestował jak mógł. Szczęki zaciskał na jej kciuku, kiedy była okazja.
— No Sfinks to nie jest, na pewno. Chyba tym wiaderkiem przesunęłam parę śmieci i się na niego zawaliły. Lubisz koty? — nie czekała na odpowiedź, złapała kota za skórę szyi i od razu dała Chaitowi potrzymać.
Chait z bliska mógł zobaczyć, że było to kocię. Kocię na etapie radzenia sobie w dorosłym życiu, nie wymagało opieki matki. Bure, z jasnymi oczami, cherlawe, z małym brzuchem. Umorusane w czymś, co przypominało tłuszcz oraz smołę. Dobrze, że trzymał tego kota w rękawiczkach. Płci nie umiał sprecyzować.
— Widocznie szukał tu jedzenia. — mruknął Chait, oglądając zwierza z każdej strony.
— Potwór poskromiony, czas wysprzątać te śmieci. — dodała Dahlia, z nieskrywaną z ulgą.


Chait?
────
[1002 słowa: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz