sobota, 29 sierpnia 2026

Od Elianne CD Kala — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

— Czy moje włosy wyglądając, jakby kiedykolwiek widziały lakier do włosów? — zapytała Eli, splatając palce ich dłoni. — Za dużo bym miała z tym zabawy. Po prostu… wyglądałeś, jakby to było ostatnie miejsce, w którym chciałbyś być — przyznała, uważając, żeby nie potknąć się przy schodzeniu z krawężnika.
Kal ani jej nie przytaknął, ani nie zaprzeczył. Wzruszył tylko ramionami, wpatrując się w chodnik przed nimi. Elianne zerknęła na niego kątem oka i zagryzła wargi.
— Florence była bardzo miła. To dobrze, że twój tata ma kogoś takiego.
— Ta.
— A ty jej nie lubisz, czy…? — Eli pozwoliła pytaniu zawisnąć w powietrzu, odwracając twarz w stronę chłopaka, ale zasłonił się kapturem tak, że mogła dostrzec co najwyżej czubek jego nosa.
W momencie, w którym już miała wziąć milczenie Kala za niewerbalną, choć dość dosadną odpowiedź, chłopak jednak postanowił się odezwać.
— To nie tak, że jej nie lubię — mruknął, zatrzymując się przed pasami, gdzie świetle migało do nich czerwone światło. Niemal musiał pociągnąć za sobą Elianne, bo zagapiła się na tyle, że prawie bezmyślnie weszła na jezdnię; mocniej złapał ją za rękę. — Po prostu Florence jest… wszędzie — powiedział tylko, jakby to wszystko wyjaśniało.
Eli zamrugała, myśląc o tym przez chwilę, ale znała Kala na tyle długo, żeby dopowiedzieć sobie resztę historii. Sygnalizacja świetlna zmieniła kolor na zielony, więc szybko przeszli na drugą stronę ulicy.
— …Okej, chyba rozumiem — powiedziała w końcu, kiwając głową. — Możemy już wracać? Robi się zimno, a ja nie wzięłam szalika — dodała, uśmiechając się krzywo.
Niestety znowu przeceniła wiosenną pogodę i założyła, że będzie cieplej. Wcześniej może i słońce jeszcze im jakoś przyświecało, ale popołudnia wciąż były krótkie i chłód zaczynał wkradać się jej pod kołnierz kurtki. Poza tym Florence już zdążyła napoić ich herbatą, więc straciła ochotę na kawę.
Najwyraźniej Kal tylko czekał na to pytanie, bo od razu skręcił na drogę, którą zwykle wracali do obozu. Z pewnością czekało ich jeszcze co najmniej ze dwadzieścia minut spaceru, bo w poszukiwaniu głupiego lakieru do paznokci Eli zaciągnęła ich dalej, niż zwykle. Pewnie gdyby trzymała się tej części miasta, co zwykle, nie trafiliby też do lokalu Florence i Kal wyglądałby na mniej nieszczęśliwego. Czasu jednak niestety nie umiała cofnąć, więc zostało jej tylko wrócić do obozu i mieć nadzieję, że bez głośnego warkotu samochodów i śmierdzącego spalinami powietrza humor Kala sam w końcu się poprawi.
— Wiesz, dzisiaj ktoś pół nocy tłukł się po baraku — przypomniała sobie, kiedy stwierdziła już, że cisza jej przeszkadza. — Przebudziłam się parę razy, ale ani razu nie udało mi się zobaczyć, kto dokładnie. Pewnie powinnam wstać, ale było zimno, więc… No, w każdym razie mam nadzieję, że dzisiaj to się nie powtórzy, bo ja mam poranną zmianę w ambulatorium, a przez tą przejściową pogodę zaraz się zacznie fala przeziębień, więc nie mogę być ledwo żywa i- nie no, serio? — Z westchnieniem przerwała swój monolog, bo po tym, jak skręcili w prawo, przed nimi wyrósł wielki znak „ROBOTY DROGOWE”.
Pół ulicy było rozkopane, a cała alejka była odgrodzona biało-czerwonymi taśmami. Robotników nigdzie nie było widać, ale wolałaby nie wpaść przypadkiem w żadną dziurę. Zawahała się.
— Chyba wiem którędy przejść na około. Kiedyś chyba strasznie mi się spieszyło i przypadkiem znalazłam jakiś skrót — powiedziała, zatrzymując się na brzegu chodnika. Odwróciła się do Kala. — No chyba, że ty masz jakąś pewną drogę? — zapytała.
Chłopak pokręcił głową.
— Zawsze chodzę tędy — odpowiedział, wpatrując się w taśmy odgradzające im drogę, jakby go obraziły.
— No dobra, to chodź. Tam chyba trzeba skręcić w lewo, a potem to już, no, na wyczucie. — Uśmiechnęła się, ciągnąc go za sobą.
Wrócili się kilkanaście metrów do ostatniego rozwidlenia, i tam Elianne skręciła w lewą uliczkę. Jeszcze nie wyglądało to na slamsy, ale było całkiem blisko.
— To na pewno ta droga? — spytał Kal, marszcząc nos.
— Jestem prawie pewna — zapewniła Eli.
Skręcili jeszcze raz w lewo, potem w prawo, przeszli przez staro wyglądający mostek nad raczej wyschniętą rzeczką i znaleźli się w miejscu, które Elianne widziała zdecydowanie pierwszy raz w swoim życiu. Zatrzymała się i nieznacznie zmrużyła oczy
— Wiesz co, chyba jednak musimy się zawrócić i tam znowu skręcić w lewo-
— A w lewo to nie jest przypadkiem w całkowicie przeciwnym kierunku od obozu?
Cholibka.


Kal?
────
[682 słowa: Elianne otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz