JESIEŃ, DWA LATA TEMU
To był pierwszy raz, kiedy Kurt nie wstydził się przyznać sam przed sobą, że w jego wyobrażeniach to nie był jego pierwszy pocałunek z Claude'em. Wszystkie prędko od siebie odrzucał, ale gościły w jego głowie częściej, niż by tego chciał, nawet jeśli pojawiały się tylko na sekundę, zanim zaczynał pluć sobie w brodę, że w ogóle nie powinien o tym myśleć. W jego wyobrażeniach Kurt pocałował chłopaka pod rzeźbą Bachusa w ogrodzie. W jego wyobrażeniach Kurt wymykał się z treningów, żeby go pocałować. W jego wyobrażeniach ręce Kurta wodziły po jego policzku, wyczuwały tętno na szyi, wędrowały pod koszulkę i…
Nie, w żadnym z wyobrażeń Kurta nie rozegrała się ta scena, którą właśnie miał przed oczami. To nigdy nie był Toi Toi, obszczana podłoga, klejący się sedes, brak przestrzeni między nimi. W żadnej z tej wizji Kurt nie był wkurzony; na Claude'a, na Doriana, na głupiego, teleportującego cieniem psa, na jakiegoś idiotę za drzwiami, który bardzo chciał się wysrać. Nigdy nie pomyślał też o tym, że to Claude wykonałby pierwszy krok, że on badałby opuszkami krańce jego twarzy, że to on zainicjowałby pocałunek, że w ogóle Claude mógłby dzielić te same uczucia i te same wyobrażenia.
A może wariował. Może oboje wariowali. Nawdychali się toaletowych gazów niewiadomego pochodzenia, zaczęli mieć halucynacje, dopowiadać sobie rzeczy i robić głupstwa, których potem będą żałować.
Pocałunek z Claude'em był inny, niż Kurt sobie wcześniej wyobrażał. Nie potrafił nawet określić, jak się z tym czuje — krew pulsowała mu w uszach, odruchowo oblizał wargi, kiedy oderwali się od siebie i kiedy mógł poczuć na języku kroplę krwi Claude'a. Nie mógł przewidzieć żadnej rzeczy, która wydarzyła się w ostatnich piętnastu minutach i dało mu to nieoczekiwany posmak adrenaliny, którego nie czuł już od tak dawna, kiedy każdy jego dzień był skrupulatnym planowaniem. Drżały mu nogi, tak, jak po żadnym treningu, a najgorsze było w tym wszystkim to, że nawet nie mógł być na siebie zły, bo wszystko działo się gdzieś poza obszarem jego świadomości, w półśnie, sytuacji tak hipotetycznej, że nie mógł sobie jej nawet wyobrazić, a wszystko było w niej możliwe.
Ktoś uderzył w drzwi od Toi Toia, najpierw raz, potem drugi. Tym razem nie był to Kurt. Kurt musiał zrobić kilka kolejnych wdechów, ponapawać się gorącem na policzkach i przełożyć spojrzenie z niewiadomego punktu nad ramieniem Claude'a na samego chłopaka. Gdyby mógł, zrobiłby to jeszcze raz. W tym cholernym kiblu, daleko od idealnych wyobrażeń. Zanurzyłby nos w jego policzku i poczuł jego zapach, jak słodkie winogrona na greckiej wyspie, upragnione wakacje, gdzie Kurt nie musiałby myśleć o wszystkich swoich obowiązkach i „co by było, gdyby”. I czułby zapach jego skóry, a nie obrzydliwych oparów, o których nie mógł zapomnieć, bo przecież nadal znajdowali się w…
— No kurwa, sraj szybciej! — ktoś wrzasnął za drzwiami. — Bo zaraz wyrzucę cię z tego kibla!
Napotkał jego zamglony wzrok. Oczy, których unikał przez ostatnie kilka miesięcy. Nie chciał zapamiętywać dokładnego koloru jego tęczówek, bo wtedy prześladowałyby go w snach — zapamiętał tę barwę mimo woli, jak tonący chwytający się brzytwy, z każdym wymienionym, ukradkowym spojrzeniem, które trwało może ułamek sekundy. Brąz zakotwiczony pod zielenią jak liście oglądane pod nikłym światłem zmierzchu. I może Kurt mógłby postawić przed sobą postanowienie, żeby poznać dokładnie nie tylko każdą kropkę melaniny w tęczówkach Claude'a, ale też każdy skrawek skóry, każdy pieprzyk skryty pod koszulką, każdy rodzaj pocałunku, jakim mogliby się wymienić, a wszystko to gdyby przestał to kontrolować i wyślizgnął się tylko trochę, żeby zobaczyć, ile z tych wyobrażeń mogłoby stać się prawdą i jak bardzo Claude potrafiłby je nagiąć.
— A, jebać to — powiedział w końcu Kurt, sam nie wiedząc, czy mówi to do siebie, do Claude'a, czy do nieznajomego gościa za drzwiami, ale to nie było zbytnio ważne, bo zaraz jego wargi znowu były na ustach chłopaka i już nie musiał nic więcej mówić.
Nie było żadnych fajerwerków. Na swój sposób, może gdyby Kurt przejmował się tym bardziej (a później na pewno będzie się przejmował), było to niezręczne. Raz przez przypadek zderzyli się zębami. Czy Claude wcześniej kiedykolwiek się całował, czy po prostu był odważniejszy od niego? Bogowie, Kurt był w to taki beznadziejny. Wszystko wymagało treningu, nawet to.
A potem Kurt stracił grunt pod nogami.
Nie, ale dosłownie. To nie była żadna bajeczna metafora dotycząca jego odczuć pocałunku z Claude'em. Toi Toiem zatrzęsło, woda chlupnęła, a potem cały przybytek przewrócił się na bok. Kurt stracił grunt pod nogami i poleciał prosto na drugiego chłopaka. Zderzyli się czołami, nawet jeśli Kurt podtrzymał się na jednym ramieniu opartym o ścianę. Poczuł, że miał mokrą nogawkę i miał głupią nadzieję, że to była tylko czysta woda i poprzedni użytkownik kibla spłukał po sobie wodę.
Szczęście w nieszczęściu, zamek pękł i drzwi otworzyły się, uchylając światu widok dwóch ułożonych na sobie ciał ze spuchniętymi wargami i mokrych od… płynów, bogowie wiedzą jakich.
— Jasna cholera — odezwał się nieznajomy legionista. — Jednak odechciało mi się srać.
Zza pleców legionisty wychyliły się kolejne głowy. Przyszli kolejni gapie, którzy chcieli zobaczyć kręcącą się aferę i dwóch debili umorusanych w gównie. Kurt spłonął rumieńcem jeszcze mocniej niż wcześniej i odsunął się od Claude'a z takim impetem, że głowa chłopaka prawie wylądowała w kiblu.
— A wy co tu robicie? — Kilku gapiów odsunęło się, kiedy podeszła inna dziewczyna. Kurt najpierw zauważył na jej zbroi insygnia centuriona, a dopiero potem rozpoznał ją jako Philip Morris z Piątej Kohorty. Komizmu sytuacji dodał też fakt, że przydreptał za nią jej wierny pegaz, Juan, który zarżał do niej w końskim języku coś, co tylko ona potrafiła zrozumieć.
— Zamknęli nas. W kiblu — wydusił z siebie rudzielec. W jakimś przypływie szoku, samoświadomości, dżentelmeństwa i cholera wie, czego jeszcze, złapał Claude'a za ramię i podciągnął brutalnie do przodu, żeby pomóc mu wstać. Jak kolega koledze. I w ogóle.
— Co? Jak to was–… — Philip nie dokończyła, bo jej towarzysz Juan zarżał coś po końskiemu w taki sposób, że przypominało to bardziej chichot. Philip na jego rżenie zmarszczyła brwi, pokręciła głową i westchnęła. — Albo dobra, nieważne. Przerwa, idźcie się umyć. Cała reszta, zmiatajcie stąd! I postawcie tego Toi Toia z powrotem!
Kurt jeszcze nigdy tak pilnie nie wypełnił rozkazu centuriona. Po prostu chwycił Claude'a za przegub ręki i pociągnął go dalej, byle jak najmniej legionistów zapamiętało jego twarz albo gorzej, zaczęło mu zadawać pytania, jakim cudem oboje znaleźli się w kiblu i kto ich tam zamknął.
Dopiero w bezpiecznej odległości uniósł głowę, nawet nie ukrywając już rumieńców, które nadal rozchodziły się na jego policzkach.
— To… to nie oznacza, że my… My… No — nie potrafił wydusić z siebie żadnej sensownej odpowiedzi. Dźgnął Claude'a palcem wskazującym w klatkę piersiową. — …ale przyjdę rano, jeśli chcesz skoczyć do Nowego Rzymu. Mogę ci pokazać, gdzie na Forum Romanum sprzedają najlepsze strzały. Jeśli chcesz.
────
[1116 słów: Kurt otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz