niedziela, 8 lutego 2026

Od Dahlii do Inez — „Ogniem i tarotem”

Szereg namiotów rozpościerał się na brzegu San Francisco. Oplecione kolorowymi wstęgami, proporczykami oraz światełkami nadawały tej scenerii dziwnie uroczy klimat — zasłona mgły wyjątkowo nie pojawiła się tego dnia, zostawiając w spokoju krajobraz, z łagodnie górującą nad okolicą Tamalpais. Światłom festiwalowym wtórowały ostrzegawcze bliki z Golden Gate. Na powierzchni wody mieszały się razem dwa światy, miasta oraz lunaparku — nazwa wyjątkowo trafna. Nad Kalifornią górowała pełna tarcza księżyca, jak gdyby jakieś bóstwo przycupnęło na nieboskłonie i oglądało poczynania śmiertelników.
Nie było jakiejś konkretnej okazji, która wytyczała akurat ten termin parku rozrywki. Kto wie, może ludzie chcieli celebrować wiosnę. O ile przy tej zatoce nigdy nie było ani za gorąco, ani za ciepło przez cały rok, tak po spędzonych kilku latach tutaj można było umiejętnie wychwycić nieśmiałe zwiastuny wiosny. Powietrze inaczej smakowało, melancholia ustępowała, bzdety ze świąt Bożego Narodzenia zostały już dawno wyrzucone do śmietników. Nawet niebo było żywsze niż zwykle, mgła niechętnie się zapuszczała.
Pojawiło się całkiem sporo osób. Głównie rodziny, gotowe pokazać swoim pociechom, jak wyglądają tego typu miejsca, ale pojawiały się też nastolatki szukające wrażeń, randkujący studenci i dorośli, którym życie nie zdusiło tej dziecięcej cząstki. Zamożniejsi ludzie zwykle wsiadali w auta i jechali kilka godzin do gigantycznych parków znajdujących się w innym stanie, przygniatających zarówno metrażem, bodźcami, jak i ceną. Wszystko to sprawiało, że tutaj klimat był nie dość, że rodzinny, to po prostu przyjemny. Jak na przechodzenie między stoiskami, słuchanie zachwyconych wrzasków, rozpaczliwych jęków, brzdęku puszek i w tym podobne, to nie przytłaczało i było sporo miejsca.
Przy namiotach ulokowały się karuzele oraz mini rollercoastery, które może i trąciły tandetą, ale były jedyną okazją doświadczenia jazdy chyboczącym wagonikiem na wąskich torach. Nie najszybszym, nie dostarczającym adrenaliny, ale jakimś. Czy strzelanie z cholernych, niecelnych strzelb, które wyglądały, jakby pamiętały wojnę secesyjną. Tylko po to, żeby wygrać pluszaka zamówionego hurtowo z Aliexpress. Za to karmelizowane jabłka oraz inne słodycze stały na przyzwoitym poziomie, podobnie jak foodtrucki z jedzeniem z różnych zakątków świata. Nad wodą, gdzie ledwo światło lunaparkowe docierało, stały ławki oraz stoły kempingowe, na których nastolatki ogarnięte trudami dorastania podejmowały pierwsze pocałunki. Takie, w których zęby się zderzały, podbródki umazane były śliną. Ci bardziej pechowi czuli znienacka obcy język w gębie.
Obok tych nieszczęsnych ławek i nastoletnich uniesień ulokował się czerwony namiot, z kiczowatymi frędzelkami oraz lampionami. Szyld wskazywał zarówno na wróżby, jak i na sekretariat. Można było się zastanowić, czy realne problemy też rozwiązywali losowaniem kart tarota. Namiot absolutnie nie rzucał się w oczy, nie miał wejścia od strony alejek, widocznie nikomu nie zależało, żeby ktokolwiek mógł tam się dostać. Tak, jakby przyciągał tylko desperatów i poszukiwaczy wrażeń.
Przed nim stanęła właśnie osoba, która nie plasowała się w żadnej z wymienionych kategorii. Na oko osiemnastoletnia, jej styl ubierania się mógłby oburzyć konserwatywnych starszych ludzi. Gdyby tylko mogła również udobruchać ich sympatycznym wyrazem twarzy. Z poważną miną spoglądała na otoczenie. Nikt nie obserwował, nikt się nie zatrzymywał przy namiocie. Wcześniej nikt nie zwracał na nią uwagi wśród gwaru, przepychanek, co najwyżej ktoś ośmielał się zaproponować jej watę cukrową. Długą chwilę zajęło rozszyfrowanie słów na szyldzie wypisanych ekstrawaganckim fontem, jeszcze dłuższą decyzja o wejściu do środka.
Można było spodziewać się kadzideł czy kiczowatego wystroju, ale było jeszcze gorzej. Był tylko chybotliwy stół zgarnięty ze stołówki, z obleśną turkusową powierzchnią, dwa krzesła, a to wszystko na trawie, bez jakiejś namiastki podłogi. Inne wyposażenie czy dekoracja praktycznie nie istniały. A doświadczyła tego dziewczyna, która pospiesznie ominęła ciężkie kotary broniące wnętrza i znalazła się w środku, zupełnie nieświadomie. Jak ćma lecąca do żarówki. W momencie ujrzenia wątpliwej jakości przestrzeni, na jej twarzy malowały się zdziwienie oraz zastanowienie, czy podjąć decyzję wyjścia i uciekania, gdzie pieprz rośnie. W ostatniej chwili przełknęła ślinę i ruszyła przodem.
— To tylko pusty namiot, z creepy stoliczkiem. — Mruknęła pod nosem, dodając sobie odwagi.
Usiadła i nagle przed nią pojawił się plik dokumentów. Magia w parku zabaw, która nie robiła wrażenia na półbogu. To nie była zdecydowanie skala treningu u gigantycznej samicy wilka, byle dwunastolatek in probatio by się przejął, ale nie legionistka z konkretnym stażem. Szybko przebierała stosy, które informowały o celach misji, statusie. Były również śmieci — klauzula o poufności na wypadek śmierci w bardzo konkretnie wymienionych przykładach, mapy sprzed kilkudziesięciu lat, paczki kart Yu-Gi-Oh, instrukcja do odkurzacza marki Dyson, esej traktujący o tym, jak bardzo misje Greków nie mają sensu ze względu na ograniczenie do trzech osób. Papier kosza, plakat do kosza, brakowało tylko ulotek „kupię mieszkanie bez pośredników”.
Przeglądanie góry śmieci nie stępiło zmysłów, szczególnie słuchu. Szum kotar zapowiedział kolejnego gościa.
Gościa, który zajął dużo przestrzeni. Właściwie, gościni, która wpatrywała się spode łba w grot strzały ułożonej na gastrafetesie.
— Na rany Aresa — Mruknęła postać. — A to miała być tylko zwykła, boska przysługa.


Inez?
────
[777 słów: Dahlia otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz