– Siema! – Na progu ukazuje się siwiejący (albo fikuśnie pofarbowany) mężczyzna, a Anastazy zamiast skupić się na jego twarzy, koncentruje się na zwisających z jego uszu kolczykach w kształcie różowych osłów i dumnej odznace na jego kolorowej koszuli, która ogłasza całemu światu, że właśnie tutaj stoi „największy gej w twojej okolicy”. – Dobry wieczór, kuzynku – szarmanckim tonem prawdopodobnie gospodarz (lub losowy gość, to w sumie… nie jest dla Anastazego szczególnie klarowne) wita się z Gabrielem, chyląc głowę i unosząc kieliszek z winem w sarmackiej manierze. – I… – przechyla głowę, mrużąc jedno oko – i aaaa… MAtera! – wykrzykuje tryumfalnie z szerokim uśmiechem, pewny niezawodności swojej pamięci, a na twarzy Nastka zjawia się wyraz czystego, nieskalanego żadną inną emocją zaskoczenia (a potem podziwu do niezawodności pamięci największego geja w jego okolicy).
– Tak. To znaczy, cześć. Dzień do-dobry wieczór – plącze się w słowach i lekko zadziera głowę do góry, próbując spojrzeć facetowi w oczy. Powoli łączy w głowie kropki i domyśla się, że to ten cały Laurencjusz, certyfikowany Włoch, bo widok jego nijakich oczu i nijakich włosów odkrywa zamglone wspomnienia Nastka z Obozu. – Potocki – dodaje, choć tonem niezupełnie pewnym, co Gabriel komentuje z trudem zamaskowanym śmiechem.
Mężczyzna zaprasza ich do środka ruchem kieliszka i swoim czarującym uśmiechem zawodowego playboya. Anastazy ledwo zrzuca swoje glanopodobne buty ze stóp i już ma w dłoni szklankę z niewiadomą zawartością, stoi pośród nieznajomych ludzi, a obok Laurencjusz w najlepsze tańczy macarenę do „Hot to go”. Akceptuje wszystkie te fakty całkiem szybko (dziwnie szybko i wykazuje się przy tym niesamowicie ogromną tolerancją), równie prędko wychyla pierwszą szklankę alkoholu, odkłada ją gdziebądź i zostaje porwany przez podrygującego do rytmu muzyki Laurencjusza, którego dłonie w kolejnych krokach macareny zamiast w powietrzu, znajdują się na ciele Anastazego i na całe szczęście nie schodzą poniżej talii. Nastek nie ma najmniejszego pojęcia, gdzie jest Gabriel i czuje się z tą świadomością (albo bardziej nieświadomością?) tak niekomfortowo, jak wychowana na farmie koza postawiona w samym centrum Tokyo.
– To ty i Gabryś, ten? – pyta Potocki, ciepłymi dłońmi kierując Anastazego w chaotycznym tańcu. Stres zaczyna wylewać mu się uszami, gdy ledwo udaje mu się uniknąć zgniecenia Laurencjuszowi palców własną piętą. Wcale prawie się nie przewróciwszy i wcale nie podrzymywany w pionie przez starego-nowego znajomego, wreszcie przypomina sobie, że zadano mu pytanie.
– Ja i Gabriel? Eee, no, mieszkamy razem? – odpowiada niepewnie, niekoniecznie wiedząc, czy to o to chodziło Laurencjuszowi, gdy zadawał to zawoalowane pytanie (mózg Nastka nie jest dostosowany do czegokolwiek, co można opisać jako „nie wprost”).
– Ooo – komentuje Potocki i zmusza Anastazego do wykonania niezgrabnego piruetu. Hefajstosiak przez chwilę analizuje ton głosu mężczyzny, próbując uzgodnić w swojej głowie, czy brzmiało to bardziej jak „to kuzynek jednak prześcignął mnie w byciu największym gejem”, czy jak „super, mam to głęboko w dupie”. – Fajnie, fajnie – mówi, prawie potwierdzając tezę nr. 2. – Już się bałem, że kuzynek został całkiem sam, wiesz jak jest. To już taki wiek, że nas coraz mniej. – Nieprzyjemny dreszcz przebiega po plecach Anastazego, bo słyszy te słowa z ust młodego mężczyzny ledwo po dwudziestce, człowieka, jak to się mówi, w tym najlepszym wieku.
– Bez przesady – rzecze trochę zbyt cicho i musi powtórzyć, bo Laurencjusz nie jest obdarzony umiejętnością czytania z ruchu warg (choć tego akurat można było się spodziewać po jego personie).
– Nie wiem, czy wiesz – mówi tajemniczo – ale tutaj u nas sprawy prezentują się, delikatnie mówiąc, nieciekawie. Nawet nie ma już kogo zapraszać na imprezy – tłumaczy, choć Anastazy nie wychwytuje w jego głosie żadnego smutku, goryczy, żalu, czegokolwiek poza chrypką i żartobliwą intonacją słów, które dopasowuje do kategorii: „czarny humor, z którego akurat nie powinienem się śmieć”. Może gdyby potrafił dostrzec emocje w oczach innych ludzi, to mógłby powiedzieć coś więcej. – Śliczne okulary, tak swoją drogą – wypala Laurencjusz bez najdrobniejszej nawet zapowiedzi.
– YY. Dzięki? – wydusza z siebie Nastek, nie dowierzając, że te krzywe oprawki i upalcowane szkła można nazwać ślicznymi, ale z komplementami nie będzie dyskutować. Potocki śmieje się miękko i uzupełnia kompletny brak umiejętności tanecznych syna Hefajstosa swoimi kocimi ruchami szlifowanymi podczas profesjonalnego trenowania belgijki.
Gdy muzyka zwalnia do zbyt wolnej, by można przy niej swobodnie tańczyć macarenę, wywijać dzikie piruety i stąpać po cienkiej granicy flirtu podczas amatorskiego tango, Laurencjusz kieruje zadyszanym Anastazym do prowizorycznego barku. Zanim mężczyzna wykrztusza płuca po tych chaotycznych pląsach trwających góra dwie piosenki, w jego dłoni znowu znajduje się szklanka napełniona winem, którego kolor jest wręcz czarny w niebieskim świetle ogarniającym całe mieszkanie.
– Winifikacja to naprawdę ciekawe zajęcie, tak ci powiem – Anastazy cudem powstrzymuje się, żeby nie zapytać, czym, do cholery, jest winifikacja. – Kluczowe jest siarkowanie i fermentacja, to jasne, ale moim skromnym zdaniem sztukę i wyrafinowaną technikę widać już przy maceracji, chociażby w ustaleniu czasu jej trwania. – Jakby to miało pomóc mu zrozumieć, o czym mówi Laurencjusz, Anastazy nie powstrzymuje się przed dość obfitą degustacją trunku (co spotyka się ze sporą akceptacją Laurka, bo sam pędził to wino i zachowanie Nastka odczytuje jako ogromne uwielbienie do smaku tego napoju bogów).
Słuchając o poziomach słodkości wina, stylu wina, podziale wina, winobraniu, konsumpcji wina i winiarstwa na świecie, ukradkiem rozgląda się w poszukiwaniu Gabriela (swojego ratunku) albo kogoś, kto będzie chciał odciągnąć od niego tego natrętnego włoskiego Polaka, który, jako gospodarz, powinien być zdecydowanie bardziej rozchwytywany. Jednak Anastazy ma dość mocno zamglony wzrok, nie przez swój obecny stan lekkiego upojenia alkoholowego, a przez stan mocnego ubabrania jego okularów, które czystością nigdy nie grzeszą, ale teraz przydałaby im się porządna kąpiel.
Pomiędzy rozglądaniem się dookoła a próbowaniem coraz to innych win wręczanych mu przez Laurencjusza (oczekuje dogłębnych i koherentnych recenzji po każdym łyku, ale Anastazy już dawno pogubił się w tym, co to znaczy „koherentne”), pogłębia swoją relację z nad wyraz przylepnym gospodarzem, który nie potrafi przestać komplementować jego okularów i ciągle sugerować, że wyglądałby olśniewająco, gdyby związał część włosów w niedużego kucyka lub koka. Anastazy mu potakuje, niekoniecznie ochoczo, ale z pewną dozą zainteresowania, powoli przekonując się do pomysłu zaplecenia sobie fikuśnego warkocza, bo Laurencjusz przysięga na ściskany w dłoni kieliszek pełen wina, że byłby w stanie go uczesać. Chodzą razem po mieszkaniu, Anastazy wciąż trochę zbyt onieśmielony, żeby przyczepić się do kogokolwiek, kogo nie kojarzy z Obozu, a problem w tym, że może kojarzyć tych ludzi, ale przez lata pozmieniali się tak bardzo, że ich nie rozpoznaje. Gdy z nieznanego sobie powodu tańczy coś na wzór beligijki ale na wiejskim weselu, gdzieś miga mu wolno sączący drinka Gabriel, ale zaraz znowu znika w tłumie. Potem ma już tylko niewyraźne wspomnienie swojego współlokatora leżącego za kanapą i huk swojego serca, bijącego zbyt szybko i zbyt głośno.
[1073 słów: Anastazy otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz