JESIEŃ
Umysł Kużmy bardzo desperacko próbuje nie popaść w stan totalnego obłędu, przy czym szybko orientuje się, że coraz trudniej jest jej zachować jakąkolwiek jasność umysłu. Choćby taką, która graniczyła z przyzwoitą zdolnością myślenia i łączenia faktów (grzybkowe opary chyba dały jej w kość i powoli zbliża się do granicy między normalnością a epizodem maniakalnym). Każda kolejna powoli mijająca sekunda coraz lepiej uświadamia jej, że powinna była krzyknąć bardzo głośne i kategoryczne „NIE!!!”, gdy jeszcze miała na to okazję. Chciałaby (a aktualnie nie jest w stanie, bo w jej zachowaniu nie zmieniło się wiele) jakoś udowodnić Ricky'emu, że nie jest już tą samą osobą, która dwa lata temu uwierzyła mu w magiczną moc mieszanki cebuli i bryzy morskiej, która, jak Kuźma myśli o tym z perspektywy czasu, mogła wcale nie być żadną bryzą morską.
– W sensie pod łóżkiem w baraku? U nas? U ciebie w baraku?? – pyta z miną tak skrzywioną zaskoczeniem i bardzo dziwną imitacją podekscytowania, że Ricky od razu czuje mrowienie niepokoju na karku. Szybko je zdrapuje i półświadomie ucieka wzrokiem od Kuźmy, której spojrzenie z każdą chwilą tylko przybiera na intensywności.
– No, a gdzie indziej? – Kuźmie prawdopodobnie się tylko wydaje, ale na twarzy Ricky'ego widnieje dziwnie cwany uśmieszek, którym nigdy wcześniej jej nie obdarzył i do teraz była pewna, że on nie jest w stanie przybrać takiego wyrazu twarzy. Mruga i Ricky znowu jest dla niej świetnie znanym szalonym chemikiem z trochę obłąkanym spojrzeniem i dobrymi intencjami, które dla nikogo nigdy nie okazują się dobre.
– Nie, a-czeka-! – bełkocze dziewczyna, gdy Ricky bez skrupułów chwyta ją za dłoń, ściska odrobinę zbyt mocno i gwałtownie ciągnie ją w stronę niczego innego, jak jego baraku (przy okazji lawiruje talerzem z grzybową potrawką jak w najbardziej przeklętym i nienawidzonym przez graczy symulatorze kelnera). Rozmowy legionistów, obok których przebiegają, natychmiast cichną, gdy biedni półbogowie dźwigający na swoich ramionach brzemię przynależności do piątej kohorty, podążają za nimi wzrokiem i już wyobrażają sobie zniszczenia, jakie ta dwójka jest w stanie wykonać. – Ricky, ja coś mówię!
– Hm? A co? – Chłopak zatrzymuje się ułamek sekundy po tym, jak to powiedziała i Kuźma, trochę tym zaskoczona, nie jest w stanie powstrzymać dość gwałtownego i brutalnego zderzenia z jego plecami (oraz dowiedzenia się, że są one bardzo twarde i tę kolizję można porównać do nagłego spotkania ze ścianą bądź losowym słupem na środku chodnika).
– Okej, więc – odchrząkuje Kuźma, prędko odsunąwszy się od niego i sprawdziwszy, czy jakiś wybity ząb nie dynda jej nad językiem, przytwierdzony do drutu jej aparatu zaledwie jedną gumką. (Na szybko sprawdza też, czy nie ucierpiał talerz z fioletową radioaktywną mazią, ściskany przez Ricky'ego i wcale nie odczuwa ogromnej ulgi, gdy palce chemika najwidoczniej nawet nie musnęły promieniotwórczego budyniu). – Ta trumna z ołowiu. Pod twoim łóżkiem.
Ricky chyba nie potrafi odnaleźć źródła jej zaskoczenia i tylko wpatruje się w nią wzrokiem nieskalanym choćby najlżejszą i najmniej destrukcyjną myślą. Chłopiec po prostu kiwa głową, gdy Kuźma dalej nic nie mówi, tylko wciąż się na niego gapi, w oczekiwaniu na odpowiedź na niezadane pytanie, dla niej zbyt oczywiste, żeby je w ogóle wypowiadać. Nagle olśniony Ricky uśmiecha się, gotowy opowiedzieć jej o wspaniałych właściwościach ołowiu, dzięki których te grzybki i ich dziwne moce przeżerania się przez każdy materiał zostaną zneutralizowane.
– Chodzi o specyficzną reakcję chemiczną, którą…
– Nie. – Kuźma szybko mu przerywa tonem nie pasującym do piętnastolatki, a prędzej do zgorzkniałej nauczycielki matematyki, takiej, która powinna od dawna być na emeryturze. – Ty ją tam ukrywałeś przez cały czas?
Nagle to, czy ich plan się powiedzie, staje się dla niej rzeczą drugorzędną. Przed jej oczami ukazuje się zapętlony film sceny, która rozegrała się może jakiś rok temu. Wszystkie najbardziej wstydliwe sekrety Kuźmy w dłoniach Anemone, jej oceniający wzrok, który zawsze był taki poirytowany i równocześnie bezbarwny, to, jak zmusiła ją do ponownego skupienia się na treningach i zabroniła jej przynoszenia kolejnych wydrukowanych fanfików do Obozu… to wszystko składa się teraz na obraz dość nieciekawej traumy, która sprawia, że dziewczynka jest nad wyraz ostrożna, gdy ma ochotę poczytać o romantycznych perypetiach swoich ulubionych fikcyjnych postaci. (Poza tym, gdy nareszcie wie, co oznaczają te śmieszne ikonki przy tytułach, z łatwością rozpoznaje, które opowiadania może bezpiecznie przytaszczyć do Obozu lub do mieszkania Gabriela, które przeczyta w zaciszu swojego pokoju, gdzie nikt nie ma prawa zapytać jej, co czyta, a które pod żadnym pozorem nie nadają się nawet do otwarcia, nie mówiąc już o drukowaniu, bo kompletnie splugawiłyby nieskazitelną biel i niewinność papieru w zakurzonej bibliotecznej drukarce).
– Co? – Ricky chyba nie dowierza, że ona naprawdę, ale tak naprawdę naprawdę, nie kwestionuje jego pomysłu (ona tylko chce dowiedzieć się o tajnikach ukrywania OŁOWIANEJ TRUMNY przed centurionami i wszystkimi dookoła).
– Ukrywałeś przez cały czas – powtarza już trochę mniej pewnym tonem.
– E… No chyba tak?? – Ricky rzeczywiście się nad tym zastanawia i dziewczynka musi przytrzymać jego nadgarstek, żeby grzybowa maź nie wylądowała na jego koszulce (z jego winy, bo, zupełnie ignorując toksyczną substancję na trzymanym talerzu, coraz bardziej przechylał go w swoją stronę, a fioletowy glut w najlepsze podróżował ku jego klatce piersiowej). – Sam ją tu przytargałem, potem ją wcisnąłem pod łóżko i tak… sobie leży.
– I nikt się do tego nie przyczepił? Nie miałeś jakiejś rewizji albo coś? – Karci sama siebie za zadawanie kolejnych kompletnie niepotrzebnych pytań, zamiast stworzenia grzybowej bomby i wysłania jej na księżyc. Albo do kopalni złota lub innych błyszczących kamyków, może wtedy przynajmniej by coś zarobili i przy okazji unicestwili fioletową chemiczną maź.
– Nie???
– Kurwa – mamrocze pod nosem Kuźma. – Ja pierdolę – dodaje, żeby doprawić jej poprzednie wielce elokwentne zdanie szczyptą ewidentnego wkurwienia. – A mi robili rewizję. Jak gestapo jakieś.
– Co-?
– Idziemy po trumnę – ucina dziewczynka, zanim Ricky zdąży wyartykułować pytanie. – Idziemy po trumnę – powtarza ciszej, już tylko do siebie, zagubiona we własnych myślach.
Po krótkim zastanowieniu doskonale rozumie, czemu Philip nie zaglądała pod łóżko Ricky'ego i czemu Kuźma nie postanowi uznać tego miejsca za lepszą kryjówkę dla jej fizycznej wersji ao3.
– To jest absurdalnie ciężka trumna – stwierdza Kuźma, gdy Ricky'emu udało się wyszarpać spod łóżka sporej wielkości blok ołowiu (podczas sunęcia po podłodze, wydał z siebie typowy dźwięk z trudem przesuwanej cegły). – Masz jakąś plamę na dupie – rzuca do przyjaciela, bawiąc się trzymanym w dłoniach talerzem z grzybkową potrawką (to już trzeci, poprzednie dwa zakończyły swój żywot w dość dramatyczny sposób). Ricky ogląda się przez ramię, po czym wzrusza ramionami i z uśmiechem ociera pot z czoła.
– Ty weźmiesz łopaty, dobra?
– A ty jesteś tak totalnie pewny, że nie potrzebujesz żadnej pomocy? – sceptycyzm w jej głosie jest bardziej niż słyszalny.
– Gdzie tam, jaka pomoc!
Kuźma wzrusza ramionami (na końcu języka ma słowa: „Spociłeś się jak świnia, wyciągając ją spod łóżka. Na twoim miejscu to bym się zastanowiła tak jeszcze z pięć razy”) i chwyta łopaty, przezornie przyniesione przez nią do baraku podczas jednej z przerw na „GRZYBY PRZEŻERAJĄ TEN TALERZ NA WYLOT IDĘ UKRAŚĆ KOLEJNY”. Gdy się odwraca, Ricky już zdążył przelać fioletowy budyń do trumny, nad którą teraz modli się jak stanowczo zbyt dużo osób nad rzeczami do zrobienia.
– Znajdź dziecko Wulkana i poproś, żeby dokręciło jej kółka. Proste – prycha Kuźma, a gdy Ricky odwraca się do niej z niesamowicie szerokim uśmiechem, wrzeszcząc: „Eureka!”, dodaje pospiesznie: – Nie, ja tak tylko… jaja sobie robię?
Ku jej dotkliwemu cierpieniu, Ricky zdaje się jej nie słyszeć, nawet gdy słabym głosem woła za nim: „Jaja?”.
────
[1200 słów: Kuźma otrzymuje 12 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz