Takie rzeczy zdarzają się przecież tylko na filmach, więc dlaczego to ty teraz tkwisz z kimś w windzie pomiędzy piętrami, a głośnik zaciął się na możliwie najgorszym dżinglu?
Za oknem zima szalała w najlepsze, a ludzie zjeżdżający na nartach i snowboardzie zdawali się mieć największy ubaw swojego życia. Erin z kolei trzęsła się z zimna na zapleczu niewielkiej karczmy, czekając, aż Kasia skończy obsługiwać ostatnich dziś klientów. Przyjaciółka zaprosiła ją do swojego kraju, gdzie odwiedzała rodzinę i pracowała u jakiegoś dalekiego wujka podczas przerwy zimowej, którą Polacy nazywali feriami, czy jakoś tak.
Mimo odzieży termicznej, bluzy, dwóch kurtek, koca i kubka kakao w rękach (zrobionego trochę nielegalnie), wciąż wydawało jej się, że wszystkie kończyny zaraz odpadną jej z zimna, a krew zamarznie w żyłach. Nigdzie, gdzie do tej pory mieszkała, zimy nie były aż tak mroźne, a na pewno nie w połowie lutego. Ale teraz nie była ani w Nowym Jorku, ani w Dublinie, a na jakimś wypizdowiu w polskich górach, którego nazwy nie potrafiła zapamiętać. Mimo że Kasia przypominała jej wiele razy.
Oparła się o drewnianą ścianę w miejscu z widokiem na szparę w niedomkniętych drzwiach, zastanawiając się, kiedy chłopak z zielonymi, ściętymi na buzz cut włosami przestanie wykłócać się o… o cokolwiek mu chodziło. Erin nie rozumiała ani słowa z Polskiego. Może poza podstawowymi, typu "kurwa". W oczekiwaniu zaczęła liczyć deski w ścianie naprzeciwko.
Kasia pojawiła się chwilę później, wraz z powiewem wiatru od domykających się za chłopakiem z buzz cutem i jego grupą drzwi wyjściowych. Erin zatrzęsła się z zimna i otuliła się jeszcze szczelniej kocem, wywołując tym krótki śmiech dziewczyny.
— Bawi cię coś? — rzekła z udawanym oburzeniem.
— Coś ty — uśmiech na ustach brązowowłosej rozszerzył się jeszcze bardziej. Erin przesunęła się na krzywej, drewnianej ławce i poklepała miejsce obok. Kasia usiadła natychmiast, wciskając się pod wielki koc. Od razu zrobiło się cieplej.
— O co chodziło temu typowi? — zapytała z ciekawości. Przyjaciółka westchnęła.
— Był oburzony bakłażanem na kanapkach. Z tym że my tu nawet nie sprzedajemy kanapek z bakłażanem. Coś mu chyba siadło na mózg, bo za wszelką cenę nie mógł uwierzyć, że w menu overpriced pseudo restauracji na stoku narciarskim nie ma bakłażana. Czaisz, pokazał mi wnętrze kanapki i wskazując na szynkę, przysięgał, że to bakłażan — obie dziewczyny zaśmiały się z absurdu sytuacji.
Od strony korytarza rozległy się kroki i skrzypnięcie otwieranych drzwi. Chłopak, który szedł w kierunku części jadalnej, przywitał się skinieniem głowy i wymienił z Kasią kilka zdań, których Erin nie zrozumiałaby, choćby chciała. Kto wymyślił ten język???
— Schody lekko… ucierpiały? Komuś spadł sprzęt narciarski i się pod nim załamały — wyjaśniła dziewczyna, zanim Erin zdążyła spytać. Wydawała się wcale nie być zaskoczona wieścią.
— No, przynajmniej nie pod jakąś osobą — odpowiedziała Erin — Już dawno powinny być wymienione. Chodziły po nich dinozaury, czy co??
— Odkąd tu przyjeżdżam, nic nie było z nimi robione. Pewnie nigdy ich nie konserwowali.
— Ej, to jak się dostaniemy do pokoju?
— Zaskakujące, ale mają tu windę — Erin popatrzyła na Kasię ze szczerym niedowierzaniem.
— Aha, to czemu wszyscy targają rzeczy po wąskich schodach?
— Bo nie ufają windzie. Jeżdżą nią tylko panie sprzątające — brązowowłosa wzruszyła ramionami. W sumie oczywiste — No cóż, teraz nie mają wyboru. My z resztą też.
— Jakoś się trzeba dostać na górę, nie? — Erin zapomniała jak bardzo przed chwilą zamarzała i marzyła o powrocie do pokoju — Chodźmy już, zimno tu.
Z bólem serca wygramoliła się spod ciepłego koca i dopiła kakao. Podążyła za Kasią do drzwi, po drodze wyrzucając plastikowy kubek. Oczywiście nie trafiła do kosza i kiedy niezdarnie podnosiła śmieć z podłogi, tamta była już w daleko, czekając na nią, jak zwykle. Skręciły jeszcze dwa razy w opustoszałe korytarze, gdy przed ich oczami wyrosła winda. Kasia wcisnęła guzik otwierania drzwi. Ciasna winda z pozaklejanym naklejkami i ulotkami lustrem okazała swoje wnętrze. Dziewczyny nieufnie weszły do środka. Po kliknięciu przycisku na drugie piętro, maszyna ruszyła w górę.
— Ty, może jednak doje- — dźwigiem wstrząsnęło. Nim się obejrzała, Erin znalazła się na podłodze.
— Kurwa…
— Jak to się mówi? Nie chwal dnia przed zachodem słońca? No to dojebałam — podniosła się ostrożnie z podłogi, oczekując kolejnego wstrząsu. Nic takiego się nie stało. Kasia przypatrywała się nerwowo przyciskom i napisom na ścianach.
— Ja pierdolę. Czy to pudło jest tu legalnie? Widziało kiedykolwiek, jakiekolwiek przeglądy?
— Może ma atesty bezpieczeństwa ze Starożytnego Rzymu — Erin wzruszyła ramionami — Ej, ale zawsze mogło być gorzej. Mógł z nami wsiąść jakiś obrzydliwy facet…
— Proszę cię, nawet nie chcę o tym myśleć.
— Spoko. Ej, a pamiętasz, jak pierwszy raz się spotkałyśmy i myślałyśmy, że utknęłyśmy w windzie? Wtedy w metrze w Nowym Jorku. Z panią z płaczącym dzieciakiem — pomyślała, że może wspominanie jakoś rozładuje atmosferę. Kasia była najwidoczniej bardziej zdenerwowana całą tą sytuacją. Na szczęście uśmiechnęła się lekko na wspomnienie początku ich znajomości.
— Pamiętam też, że tego samego dnia upuściłaś telefon i wpadł mi prosto pod but. A potem okazało się, że szłyśmy w to samo miejsce i myślałam, że mnie śledzisz.
— Nie, to ja myślałam, że mnie śledzisz-
— Może cię śledziłam, i co?
Erin zaśmiała się, jednak wtedy nie było to zabawne. Niedługo wcześniej skończyła osiemnaście lat i wyniosła się z obozu. Naprawdę myślała, że dziewczyna jest jakimś potworem, który tylko czeka, by ją zaskoczyć i zabić. No i nic takiego się nie stało, a teraz, ponad rok później wciąż żyje i rzekomy potwór w postaci jej przyjaciółki nie dokonał zamachu na jej życie mimo nieskończenie wielu okazji.
— A tak na poważnie. Co zamierzamy zrobić? Czekać aż bóg wind się nad nami zlituje?
— Jest taki?? — Kasia spytała z niedowierzaniem.
— Nie, ale może być. Nazwijmy go Geranosus.
— To brzmi jak jakiś dinozaur, ale okej. O wielki Geranosusie…
— Nie! Obrazisz go. A nie chcemy tu utknąć na całe życie, co nie?
— No, ja już tu dostaję kurwicy — osunęła się na podłogę i oparła zasłoniła twarz rękami, jakby zaraz miała się rozpłakać. Erin nie wiedziała jak ją pocieszyć.
— Masz klaustrofobię? — spytała. Może dlatego była tak zdenerwowana? Tamta pokręciła jednak głową.
— Nie, cały mój plan poszedł się jebać.
— Plan? — nie wiedziała nic o żadnym planie.
Kasia westchnęła dramatycznie.
— Naprawdę myślałaś, że zaciągnęłam cię tu, żebyś codziennie przez cztery dni czekała aż skończę pracę, i tyle?
— No tak, przecież potem mamy czas, żeby robić coś razem — przerwała jej Erin.
— Ty tak na serio? Byłaś przekonana, że zapraszam cię tu w Walentynki tylko po to, żeby tak zwyczajnie spędzić razem czas? Mieszkamy dosłownie obok siebie, mamy tego czasu mnóstwo. Boże, myślałam, że jesteś bardziej kumata — teraz już praktycznie się śmiała. Erin poczuła gorące rumieńce na policzkach.
— Aha — półbogini przetwarzała w głowie czego właśnie się domyśliła. Jej ulubiona osoba, najpiękniejsza dziewczyna, jaką spotkała, ale bała się tego przyznać, specjalnie zaprosiła ją do siebie na Walentynki mimo pracy i…
Jej myśli urwał nagły hałas. Nie widziała tu żadnych głośników, a jednak skądś dobiegała znajoma, irytująca melodia Zombie lady. Kolory dookoła zaczęły się zmieniać, ze ścian wyrosły grzyby, a piosenkę zagłuszył głęboki głos.
— KTO ŚMIAŁ NAZWAĆ MNIE DINOZAUREM…
Nie siedziała już na podłodze, a na łóżku w swoim domku w Obozie Herosów. I nie miała dziewiętnastu, a szesnaście lat. Zegar na ścianie wskazywał 3:17. Bóg wind, kurwa? Poważnie? I Kasia? Nigdy nie poznała nikogo takiego. Nie miała pojęcia, kim jest ta osoba ani dlaczego sen na początku wydawał taki realistyczny. Ani dlaczego zatęskniła za kimś, kogo nawet nie znała.
[1174 słów: Erin otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia +20 PD]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz