czwartek, 19 lutego 2026

Od Vergila CD Izana — „Pretor zawsze będzie moim wrogiem”

Poprzednie opowiadanie

JESIEŃ

Przez twarz Vergila przemknęło wiele emocji naraz. W pierwszej chwili prychnął suchym śmiechem kompletnie bez wesołości, bo to była zawsze najrozsądniejsza odpowiedź wobec jego obecnego rozmówcy. Rozjuszyło to Izana jeszcze bardziej, więc Vergil zmarszczył gniewnie brwi i omiótł mężczyznę oceniającym spojrzeniem.
— Ty chyba nie mówisz poważnie — warknął.
— JA ZAWSZE JESTEM POWAŻNY! — Izan zaryczał na niego z takim impetem, że Vergil poczuł na swoim policzku kropelki śliny. — W przeciwieństwie do ciebie! Ty nigdy nie jesteś poważny!
Od ich obu buzowała złość. To częściowo był dar nadany im przez ich ojca; jak bardzo Vergil nie chciał o tym zapomnieć, Izan był nadal jego bratem. Ich gniew podsycał się wzajemnie i promieniował do otoczenia. Vergil ugryzł się w język z ripostą tylko dlatego, że usłyszał, jak tłum Forum Romanum za jego plecami zaczął między sobą szeptać i czuł na sobie oceniające spojrzenia ludzi wpatrujące się w jego fioletową pelerynę.
Speszył się. Nagle miał ochotę zerwać z siebie ten idiotyczny pretorski ciuszek, upchnąć go jak najgłębiej w kieszeni i krzyknąć do wszystkich zgromadzonych: „hej, to tylko ja, Vergil Halston, patrzcie, jestem taki sam jak wy!”. Izan zauważył jego wahanie i wyszczerzył cały arsenał krzywych zębów.
— Co jest, pretorze? Czyżbyś–…
— Tam jest — powiedział Vergil nagle, wskazując palcem na punkt za plecami Izana.
Izan odwrócił się gwałtownie, strzelając wzrokiem po ludziach.
— CO? Jest?! Gdzie jest?! JA GO ZNALAZŁEM PIERWSZY. — I zaczął przepychać się przez tłum ludzi, żeby dostać się do serca targowiska.
Vergil doskonale wiedział, że nikogo tam nie zobaczył, ale i tak zaczął przeciskać się razem za nim.
Na Forum Romanum zasady nie obowiązywały. Wszyscy, którzy wpadali na Vergila, żeby stanąć w kolejce do stoisk, mruczeli pod nosem „patrz, jak leziesz”. Niektórzy odwracali wzrok, zauważali insygnia pretora i ograniczali się do krótkiego „przepraszam”. Pomiędzy ludźmi przechodził pryszczaty nastolatek, ciągnąc przed sobą skrzypiący wózek z lodami i przekrzykując tłum zawołaniem: „Nawet Neptun wyszedł z wody, by spróbować nasze lody!” (nawet mimo tego, że była jesień, a wszyscy na targowisku chodzili w cieplejszych bluzach albo letnich kurtkach). Vergil przeszedł obok jednego z handlarzy i usłyszał za sobą kuszącą „-50% na jabłka, tylko dla pretora”, co wzbudziło niezadowolenie u osób czekających w kolejce po owoce.
Znalazł Izana przesłuchującego młodego mężczyznę sprzedającego eliksiry. Za prowizoryczną, drewnianą ladą, znajdował się kocioł pełen bulgoczącej mazi. Kocioł ten był z całą pewnością niezgodny z zasadami półboskiego sanepidu i na widok zbliżającej się pretorskiej peleryny mężczyzna zasłonił naczynie nogą, ale Vergil udawał, że tego nie widzi.
— No, mów! Widziałeś tutaj tego fioletowego dzieciaka?! — dyszał nad nim Izan. Kolorowe probówki prawie spadły z wystawy pod wpływem jego barytonu.
— Panie, ja tu tylko eliksiry sprzedaję! — odpowiedział mu chłopak, intensywnie gestykulując. — Tutaj jest pełno tych duchów. Jestem dzieckiem Trivii, myślisz, że to jedyne duchy, które tutaj widzę?
— Żaden lar nic nie mówił, że ktoś zaginął? — zapytał Vergil. Założył ramiona na piersi, ale pomyślał, że w ten sposób pewnie wygląda groźniej, więc szybko opuścił dłonie wzdłuż ciała.
— To są duchy. One cały czas giną. — Sprzedawca zmarszczył nos. — Ewentualnie drą się na nas, że wszystko robimy nie po rzymsku, na Forum Romanum śmierdzi Grekiem i w ogóle za ich czasów to były czasy, a teraz to nie ma czasów. I–…
— Tam jest, pieprzony skurczybyk! — krzyknął Izan, nie dając sprzedawcy dokończyć myśli. Nie dał mu też w świętym spokoju sprzedawać eliksirów, bo zerwał się tak gwałtownie, że trącił jeden z magicznych flakonów, który przewrócił kolejny, aż wszystkie nie poroztrzaskiwały się jak szklane domino.
— Ty cholerny…!
Któryś eliksir zabulgotał. Któryś wypalił dziurę w posadzce na oczach Vergila. Jakaś mrówka oblana fioletową mazią urosła do rozmiarów torebkowego pieska.
— Dorwę go — syknął Vergil, nie wiadomo czy bardziej do siebie, czy do sprzedawcy. Na palcach przeszedł między kawałkami szkła i popędził za Izanem. — Proszę napisać wniosek o reparacje pobitewne! Dopiszę to do kosztów!

Izana dogonił całkiem szybko, bo ciężko było go nie zauważyć. Rozdzielił przed sobą wszystkich ludzi i zwyzywał każdego napotkanego po drodze, mówiąc coś o tym, że jest na finiszu nieudanego śledztwa pretora. Nie był też wcale zadowolony, kiedy Vergil znowu do niego dołączył.
— Jeszcze tu jesteś? Nie popłakałeś się nad rozlanym eliksirem? — prychnął Izan, lustrując wzrokiem otoczenie jak pies obronny.
Vergil wbił sobie paznokcie w dłonie, żeby mu nie przywalić.
— Czy ty jesteś pojebany? Zniszczyłeś temu gościowi stoisko — obwinił go.
— I co z tego? Zrobi sobie nowe eliksiry, bogowie. Mógł ich lepiej pilnować. — Izan machnął ręką tak mocno, że prawie wybił Vergilowi zęby. — Ty zawsze się przejmujesz takimi bzdetami. Idź lepiej nawpierdalać się fasolek wszystkich smaków. Im jesteś bardziej potrzebny.
— Jak mam robić cokolwiek, skoro muszę cię pilnować, żebyś nie odwalił czegoś głupiego?! Ty nawet nie wiesz, gdzie idziesz! Łazisz za każdym larem, którego spotkasz! Zauważyłeś w ogóle, że wracamy się do Koloseum?!
— Bo tam ostatni raz był ten sral, geniuszu.
— To po co w ogóle poszliśmy szukać go na Forum Romanum?
— Bo mi kazałeś!
— Ja… JA CI KAZAŁEM?!
— Szukacie kogoś? — padło pytanie za ich plecami.
Oboje odwrócili się tak gwałtownie, że — wstyd przyznać — Vergil musiał się złapać ramienia Izana, żeby nie zaryć twarzą o ziemię. Izan nawet nie zwrócił na to większej uwagi, bo wyglądał, jakby zobaczył… no, ducha. Lara, dokładniej. Fioletowy, lewitujący starzec, którego broda sięgała prawie kolan.
— To ty! Ty jesteś Lucjan Gnojusz Kabulon?! — Z ust Izana brzmiało to bardziej jak obelga niż pytanie.
Lar pogroził Izanowi swoją prowizoryczną laską (starożytną gałęzią, najwyraźniej musiała umrzeć razem z nim), która przeniknęła go na wylot.
— Uważaj, do kogo mówisz, stultus! Jeszcze tak przed pretorem… — rozjuszył się. — Jam jest Publiusz Porcius i zadałem ci pytanie, młodzieńcze.
Podczas gdy Izan dyszał i sapał na tak wyraźną zniewagę, Vergil sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął w stronę ducha podarowane mu wcześniej przez dziecko ogłoszenie. Wątpił, że lar potrafił odczytać współczesny angielski (zwłaszcza taki napisany dziecięcym, dyslektycznym pismem). Publiusz Porcius przez chwilę analizował okazaną mu kartkę, żeby w końcu pokiwać ze zrozumieniem głową.
— Ach, tak, Lucjusz. Znam tego młodzieńca. Te najmłodsze lary zawsze bawią się w chowanego w podziemiach Koloseum, a potem się gubią. Może to nawet i lepiej, żaden smarkacz wtedy nie drze mi się nad uchem, kiedy próbuję spać. Za moich czasów, to wszystkie te dzieci były zdyscyplinowane. Pretorze, ostatnio jakiś niedorostek z Piątej Kohorty powiedział mi, że nie mam skibidi ryżu, czy jakoś tak. Mnie! Chodziłem po tych ziemiach, kiedy pierwsi handlarze przewozili ryż! Za moich czasów pretor już dawno zakopałby takiego leno żywcem pod ziemią, ale dobrze, teraz praktykuje się ten… pacyfizm…
Vergil wyłączył się gdzieś w połowie. Izan skupił się na tym, żeby przekonywać Publiusza do propagandy przeciwko pretorowi, ale myśli Vergila były już w Koloseum — czyli to tam od początku mieli trafić. Nie cierpiał schodzić pod ziemię, jeśli nie musiał. Nie uśmiechało się do niego też szukanie przenikającego przez ściany ducha w pomieszczeniach pełnych pułapek.


sto lat sto lat
────
[1108 słów: Vergil otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz