sobota, 7 lutego 2026

Od Dahlii CD Arnar — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

— Jaki akwedukt? — Już nawet nie mrugała oczami zaskoczona. Mrugała podejrzliwie.
— No, takie coś czym płynie wod-
— Wiem, czym jest akwedukt. Ale ja tu nie widzę żadnego akweduktu, nawet w tym miszmaszu planszówkowym.
Zauważyła, jak oczy jenu się rozbłysły. For fuck's sake. Jak się na coś upierało, to często było niepowstrzymane. A jak jakimś cudem się udało od czegoś odciągnąć Arnar, to mamrotało przez cały dzień o tym, co by mogło osiągnąć, gdyby nie cholerni Lucien, Dahlia, Chejron, kasjerka, policjant i tak można było wymieniać do końca ludzi, którzy nie zgadzali się na jakikolwiek chory pomysł.
— Musimy zobaczyć jakiś akwedukt. — Skwitowało.
— Aha.
— Dokończmy rozrywkę, błagam! — Wtrącił się błagalnie Pęcek.
Zwrócili głowy w jego stronę. Synchronicznie westchnęli, jedno ciężko, drugie z rozbawieniem. Gdy zobaczyła kelnera idącego z cierpiętniczą miną w ich stronę, przejęła koszyk nachosów i usiadła z powrotem na swoim miejscu. Planszówka może i beznadziejna, ale nie odmówi jakiegoś chrupania, do tego z dipem serowym. Arnar porwało parę kawałków i włożyło do ust, próbując powstrzymać serię okruszków spadających na niezbyt czystą podłogę. Dahlia zarejestrowała, jak wpatruje się w te kawałki ze złością. Po czym na twarzy wkradło się zaskoczenie, zwieńczone uśmieszkiem.
Uśmiechnęła się pod nosem. Pamiętała pierwsze spotkanie, te zamaszyste machnięcia miotłą, na której archeolodzy mogliby podziwiać ery funkcjonowania lokalu z maszynami do gier, przy oględzinach warstw oleju oraz śmieci, rzecz jasna. Sam fakt, że nie musi sprzątać, bo to nie jeno miejsce pracy, cieszył.
— Aaaaaaaa — Zaczęło, odchylając głowę.
— Hm?
— aaaa KWEDUKT — Dokończyło, wlepiając wzrok w buta.
Dahlia miała to gdzieś i rzuciła kostkami, żeby przez chwilę Pęcisław mógł wyskrobać ze swojej głowy jakiekolwiek zasady. Co krążyło w głowie tego satyra, oprócz komórki mózgowej okutej w puszkę po zupie Campbell?
— Możesz wymienić te króliki na świnkę.
— Super. Do czego mi potrzebna świnka?
— Żeby ludzie mogli zjeść! O, tutaj. — Wskazał na sześciokątne żetoniki z wioskami. Zjadł przy okazji łucznika wystającego z wysokiej wieży. Z nadzieją, że nikt nie zauważy.
— Na chuj ci akwedukt? — Podjęła temat, gdy zapadła cisza. Arnar w tym czasie kombinowało żurawia origami z etykietki po piwie, jako zadanie stworzenia środka transportu dla księżniczki z Marchewkowego Pola.
Widocznie ten temat nie dawał jej spokoju.
— Chcę zobaczyć go przed ślubem. Widzisz, mam listę rzeczy do zrobienia, zanim stanę się pełnoprawnym dorosłym, poważnym człowiekiem. Już się zaręczyłom, jak będę mężem, to mogę nie mieć tak dużo czasu na życie, Dahlia.
Przy każdym słowie, wymawianym powoli, podnosiła coraz wyżej brew. Nie trzeba było znać długo Arnar, żeby wiedzieć, że traktuje to poważnie. I było w tym coś uroczo naiwnego. Szczęka jej opadła, gdy wyciągnęło z kieszeni listę, która rozpostarła się na całej długości, zasłaniając przy okazji karty Pokemon. Pęcisław już miał się rzucić na świeżą celulozę, ale dzieciak Hermesa powstrzymał go sprytnie plastikowym krokodylem, którego paszcza zacisnęła się na ręce satyra. Żałowała, że w miejscu na zęby nie było żadnych ostrz, żeby chwilowo go zająć. Podobno mają jakieś niezawodne sposoby na rany.
— To imponująca lista. Bardzo. — Podniosła ją, rzucając okiem na niektóre pozycje. — Czy ty piszesz drukowanymi literami?
— To są bardzo ważne rzeczy, a uczyli mnie, że ważne rzeczy podkreśla się dużą literą. Wszystko jest ważne.
W tle małe silikonowe krzesełka, ułożone w stosie, rozsypały się. Przewracając klepsydrę.
— Spróbować liczi… Wyśledzić Nirwanę, kim ona jest?
— No właśnie nie wiem. Lucien coś często mruczy o spotkaniu z nią i spełnieniu. Nie rusza mnie to. — Skrzyżowało ręce na piersi i zmrużyło oczy.
Zapadła cisza, podczas której Dahlia z niezmienionym wyrazem twarzy wpatrywała się w jeno oczy.
— Po prostu chcę wiedzieć, kim ona jest. Może się spotykać, ile chce. Nie rusza mnie to. Ale chcę wiedzieć. Nie znam jej. Nie stresuje mnie ani trochę, że nie wiem, o co chodzi. — Wypaliło nieco podirytowane.
— Nie chodzi o ten zespół?
— Jaki zespół?
— No, że Nirvana. Może Lucien jest wielkim fanem Nirvany?
— To mi mógł powiedzieć, kupiłobym wtedy bilety na koncert.
Starała się nie zaśmiać, przybrała zamiast tego dość neutralną minę i kiwnęła głową.
— Może być ciężko z biletami. Co tu dalej mamy? Szydełkowanie… Nauczyć się robić wino, miłe. Zainwestować na giełdzie?
— Aha. — Przytaknęło.
— Nauczyć się pisać kursywą.
— Aha.
— Sztuczki w łóżku…? — Podniosła wzrok, lustrując poważnie jeno twarz.
Jakiś szczon dwa stoliki dalej usłyszał jej wypowiedź i się wyprostował. Zdecydowanie nie wyglądał, jakby miał dwadzieścia jeden lat. Tym bardziej że po obejrzeniu się za siebie i spotkaniu z piorunującym wzrokiem Dahlii wzdrygnął się i odszedł z piwem na drugi koniec baru. Na czym to ja skończyłam? A, sztuczki.
Nauczyła się jednego ze znajomości z Arnar. Praktycznie nigdy nie rzucało drobnymi innuendo, patrzyło na świat przez różowe okulary, z perspektywy dziecka. Nie mogła tylko zdefiniować, czy chodziło może o akrobacje, czy może skakanie przez płonącą obręcz. Tego by się prędzej spodziewała.
— Myślałom o kartach, ale też o ręcznikach. Widziałom ładne zdjęcia, jak są ułożone w łabądki. Wstążeczki, serca, takie duperele. To bardzo romantyczne. No i może coś z poduszkami, pierzem, płatkami róż.
— Niegłupie. Doceni.
— Rzuć bierkami. — Pęcek instruował dalej. Rozległ się dźwięk rozsypanych plastikowych patyczków.
Gdy prześlizgnęła wzrokiem po liście, omijając puszczanie kaczki 15 razy czy postawienie tarota, natrafiła na specyficzną sekcję. Pod zadaniem „wymówić sos worecterserire” przebiegała czerwona linia.
— Oho, czerwony kol— Chciała dokończyć, gdy nagle Arnar wystrzeliło z zamiarem zabrania tej części listy z jej rąk. Natychmiast odsunęła jeno jedną ręką, drugą próbując ustabilizować świstek. Zamiast utrzymywać siebie w ryzach i oddać posłusznie dzieło hermesiaka, poczuła przemożną chęć bycia złośliwą osobą. Tak, jak za starych czasów w Obozie. Zrobili wcale niemały galimatias.
Po przeczytaniu treści zamarła, a Arnar przestało ją gryźć i dopełniło jękiem przegranego. Jeszcze nigdy nie widziało tak otępionego wzroku Dahlii.
— Arnar, co to jest, do cholery?
— Czytałom ostatnio gazetkę, jak czekałom na zamknięcie pracy. Podrzuconą przez koleżankę kosmetyczkę. Jak zobaczyłom dział „zanim wyjdziesz za mąż” to skorzystałom…
Milczała. Procesowała wypowiedź.
— …i zapomniałom o jednej z ważniejszych rzeczy. No, wszystkie te artykuły mówią, jakie to nie jest ważne zrobienie tego przed ślubem. Żeby… Nie żałować. Dlatego tam napisałom seks. Jakoś tak zapomnieliśmy o tym.
— Nie w tym widzę problem. — Odparła.
Zapadła cisza. Dahlia mogłaby przysiąc, że trwała wieczność. Arnar łatwo się rumieniło, ale teraz wyglądało jak kartka papieru. Jeno bielactwo jakby stało się mniej widoczne.
— A. Aha.
Wpatrywali się dalej w siebie, mrugając oczami co jakiś czas.
— A… co? — wydusiło.
Cicho odpowiedziała.
— Usuwanie cellulitu.


Arnar?
────
[1029 słów: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz