środa, 25 lutego 2026

Od Ricky'ego — „7 minutes in bardzo brudna winda” — część 1 [Walentynki]

Takie rzeczy zdarzają się przecież tylko na filmach, więc dlaczego to ty teraz tkwisz z kimś w windzie pomiędzy piętrami, a głośnik zaciął się na możliwie najgorszym dżinglu?

Wszyscy dzisiaj wiedzieli, co ze sobą zrobić. Całujące się pary, rodzice ściskający dzieci, czerwone baloniki-serduszka — jak co roku. Ricky mógł, tak jak w zeszłym roku, popsuć przypadkiem parę randek paroma wybuchami, ale dziś jakoś nie miał nastroju. Obudził się w nastroju na zobaczenie czegoś nowego, na jakąś podróż — to pragnienie skrystalizowało się w jego głowie po tym, jak podczas porannego rozciągania zrzucił z czyjejś półki stertę kartek walentynkowych. Wygenerowanych przez AI — niby każda inna, obrzydliwa, ale nawet nie na swój sposób — wszystkie zlewały się w jeden, bardzo smutny obraz. Pomyślał, że musi coś ze sobą zrobić. I do głowy wpadł mu genialny pomysł.
Wczoraj starał się zwerbować Kuźmę do paru eksperymentów, ale spławiła go paroma ostrymi słowami i niezawodnym alibi - „jutro będę w San Francisco”. Wtedy Rickiemu zrzedła mina, bo miał nadzieję, że potowarzyszy mu w Nowym Rzymie, ale obecnie to pierwsze miasto stało się obiektem zainteresowania. Tylko żeby ją jeszcze złapał, co jeśli już sobie poszła? Rozejrzał się dookoła — dużo ludzi, ale ani jednej córki Pavora.
Ziewnął jeszcze raz, założył skarpetki z bardzo niewyraźnym Spongebobem, wsunął spodnie na nogi, wyjął zmiętą koszulkę z nadrukiem Marii Skłodowskiej-Curie z twarzą Charliego Kirka z porównywalnie zmiętej pościeli, powąchał ją, odruchowo prawie wysmarkał nos, akurat bo zbierało mu się na kichanie, ale senność już z niego zaczęła schodzić w momencie, kiedy w jego mózgu reflektory skierowały się na wielki napis — SAN FRANCISCO Z KUŹMĄ! — więc całkiem szybko ogarnął resztę, tylko dwa razy pomylił otwory na ręce i głowę w koszulce, a potem poślizgnął się jeszcze na jednej z tych kartek, gdzie łapki misiów zlewały się z serduszkami, które trzymały — wybiegł.
Na szczęście ledwo mrugnął po wyjściu z baraku, od razu spostrzegł dziewczynę. Była dosyć daleko, a on parę razy ślizgał się na lodzie, ale nie tracił jej z oczu dłużej niż na parę sekund. I może wcale nie ignorowała jego krzyków, żeby poczekała, może po prostu go nie słyszała. Fortunnie, w Labiryncie nie było już lodu — ale i tak się poślizgnął, na czymś, co zaczęło cieknąć z jego spodni po paru poprzednich upadkach. Chyba coś mu pękło albo rozszczelniło się w kieszeni — zatrzymał się raz, żeby powąchać maź, która ściekała mu po udzie — nie pachniała bardzo toksycznie. I nadal miał nogi. A Kuźma co chwilę znikała za zakrętami w Labiryncie. Wytarł palce — jeden o włosy Marii Skłodowskiej-Curie, drugi o nos Charliego Kirka — i przyspieszył. Jeszcze parę zakrętów i znaleźli się w tunelu metra. Kuźma nie przyspieszyła, ale pojawił się wokół niej tłum ludzi — więc musiał przyspieszyć Ricky, żeby nie stracić jej z oczu.
Kiedy zniknęła za plecami jakiegoś policjanta, którego zasłoniła grupa dzieci w spodniach zapiętych ciasno paskiem gdzieś pod pośladkami, które zaczęły nagle machać rękami i nie chciały przestać, Ricky trochę się zaniepokoił. Przeczesywał wzrokiem tłum — grupka cosplayerów, matka z dzieckiem, ktoś ze szczurem na głowie, o, Kuźma — a nie, to tylko jakiś bezdomny. O, Kuźma! We właśnie zamykającej się windzie!
Merwkurwiak rzucił się biegiem do przodu i tym samym łokciem, którym uderzył jakiegoś bogom ducha winnego nastolatka, powstrzymał drzwi windy przed zamknięciem, i wrąbał się w większość przycisków na ścianie.


NASTĘPNE OPOWIADANIE

[512 słów: Ricky otrzymuje 5 Punktów Doświadczenia +20 PD]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz