czwartek, 12 lutego 2026

Od Niketasa CD Erin — „Wspólnik mojego wspólnika nie jest moim wspólnikiem”

Poprzednie opowiadanie

Wróciwszy do jedenastki, Niketas wzdycha jak cierpiący, stary człowiek i pada na podłogę przy swoim łóżku, opierając plecy o drewnianą, wyszczerbioną i ogólnie pokaraną przez los ramę. Jednym, dość gwałtownym szarpnięciem ściąga okulary, po czym kolejnym i mniej nagłym ruchem przeciera zmęczone oczy (które wcale nie są takie zmęczone). Wzdycha po raz drugi i nareszcie doczekuje się upragnionej atencji. Słyszy, że Ulfert pyta go, czy po drodze spotkał Weronikę lub Caroline (z jakiegoś powodu to zawsze są ciemnowłose i niższe od niego kobiety) i na te słowa Niketas w pierwszej chwili spina całe ciało, ale nie, na całe szczęście, ostatnio ich drogi krzyżują się coraz rzadziej albo wcale, bo Caroline zdążyła uciec przed jego zemstą do Nowego Jorku (wydaje jej się, że uciekła, bo Niketas równie dobrze może jakimś sposobem znaleźć się w mieście i ją, jakimś sposobem, znaleźć). I bardzo dobrze. Teatralnie przesadzonym gestem macha ręką w odpowiedzi i z powrotem wsuwa na nos okulary, płynnie i bezbłędnie trafiając oprawkami za uszy.
– Mamy nową umowę z córą Hekate, tą taką pół ślepą laleczką, wiesz – odpowiada i pochyla się, żeby wygrzebać pomięty kawałek papieru z kieszeni spodni. Ulfert mruży oczy, próbując odczytać choćby tytuł, ale poddaje się nawet szybciej niż Erin. – Ej, nawet nie zauważyłem, że na drugiej stronie ja tu coś liczyłem, fajnie. – Wyrywa kartkę Ulfertowi i śledzi swoje zapiski, trzymając papier zdecydowanie za blisko twarzy, żeby to wyglądało normalnie. – A, twoją wypłatę. Dobra, to nieważne.
– Jak to: nieważne? – Tym razem kartka zostaje wyrwana Niketasowi. – Co to w ogóle jest?
– Obliczenia, mówiłem przecież – chichocze, co wypada w perfekcyjny sposób zarówno wrednie, jak i na łamach „oj, ty mały, głupiutki misiu”.
– Ale to nie jest zwykłe obliczenie procentów i takie tam…?
– Myślisz, że ja, JA, obliczałbym twoje wynagrodzenie jakimiś głupimi procentami? Za kogo ty mnie niby masz, braciak? – prycha chłopiec i marszczy brwi tak, że aż popycha nimi okulary.
Ulfert najchętniej złapałby się za głowę i bardzo dokładnie przestudiował gąszcz niewyraźnych liczb, ale Niketas jest znacznie szybszy i Bardzo Ważna Umowa Oraz Miesięczny Dochód Ulferta ląduje w jego kieszeni, jeszcze bardziej zmięta niż wcześniej. Zarzuca na plecy swoją ukochaną kurtkę, choć dzisiejsza temperatura nie jest nawet bliska chłodnej i zanim znowu wychodzi (Ulf powstrzymuje się, żeby rzucić do niego frazesem zmartwionej bezrobotnej żony, coś w stylu: „Odpocznij, sen ci dobrze zrobi”), unosi palec wskazujący i wykonuje całkiem niezły piruet na czyimś zagubionym szaliku. Paznokciem celuje w brata, a on już się boi, co tym razem wymyślił jego wspaniały (i młodszy o rok) grupowy.
– Weź mi skocz po energola – rzuca tylko i zatrzaskuje za sobą drzwi, a Ulf może tylko pomarzyć o oddaniu mu pieniędzy za tę przysługę.
Niketas znowu nie puka do drzwi domku dwudziestego w przerwie od obmyślania ekstremalnie ryzykownego planu zemsty, wypatrywania w tłumie intensywnie kosmicznie fioletowych włosów i zaczepiania nowych obozowiczów konspiracyjnie szeptanymi propozycjami handlowymi (i zatrudnienia w budowanej przez niego korporacji). Akurat przetrzepuje palcami włosy, gdy Erin znowu szczeka coś o wchodzeniu nieproszonym do prywatnej przestrzeni dzieci Hekate, w której żadne z nich go nie chce. Pada na kanapę jak bezwładna kukła i prezentuje sobą obraz prawdziwego szefa mafii, jeżeli szefem mafii mógłby być chuderlawy nastolatek w wymiętej ostro pomarańczowej koszulce.
– No, siemka, siemka i te sprawy – komentuje wypowiedź Erin, dając jej tym samym do zrozumienia, że ma gdzieś podstawową etykietę oraz zasady społeczne zmuszające ludzi do pukania w drzwi. – Tak ci przypomnę – mówi niewyraźnie, przetrzepując kieszenie kurtki – że ci się deadline zbliża, księżniczko.
– Co proszę?
– No, na umowie było – stwierdza tak, jakby myślał, że Erin rzeczywiście odczytała jego pięknie wykaligrafowane zasady zatrudnienia (jego pismo jest co najmniej dalekie od ładnego, na spektrum brzydkich pism jest nawet niedaleko czytelnego, ale na tyle czytelnego, że trzeba na moment pochylić się nad naprędce napisaną notką, żeby zdać sobie sprawę, że h wygląda jak k). – No i. Chciałem zapytać, jak ci idzie, czy receptura jest już w stadium testów, co u psa, takie tam, zwykła taka, powiedzmy, wizytacja dyrektora spółki i w ogóle – informuje ją, wygrzebawszy skądś wymiętą książeczkę, na pierwszy rzut oka wyglądającą jak „200 krzyżówek panoramicznych”, ale okazującą się „extra szyfrokrzyżówkami”, bo sudoku ostatnio mu się znudziło.
– To nie takie proste, tak o sobie wy, tamyślić energetyk, ale! Jestem blisko wrzeszczenia „eureka” i biegania po Obozie jak obłąkany Nikola Tesla – rzuca Erin i przemyka prawie na drugą stronę domku z towarzyszącym jej na każdym kroku brzękiem szklanych koralików owiniętych wokół jej szyi naszyjników. Niketas nawet nie raczy jej obserwować, tylko mruczy pod nosem „ega, esa, eta… eta??”, mrużąc oczy za ciemnymi szkłami, bo z nieznanego mu powodu w dwudziestce nigdy nie zapala się głównych lamp na suficie, tylko wszystko oświetla się małymi pipidówami z frędzlowatymi, wzorzystymi kloszami, które zamiast świecić, rozpraszają w kątach pomarańczową poświatę (dają wystarczająco dużo światła, tylko on sam decyduje się oślepiać okularami). Ewentualnie są jeszcze świece, jeśli Hekaciątka buntują się przeciwko używaniu prądu, a atmosfery dopełnia smród kadzidełkowego dymu i ciężkie zasłony blokujące jakiekolwiek światło dzienne lub nocne, zazwyczaj szczelnie zaciągnięte. – Przepatrzyłam jakieś ziółka, wiesz, takie typowe sprawy, potem walnęłam wywar i parę barwników, żeby wyglądało jak jakieś kosmiczne ścieki…
– …Kosmiczne, powiadasz – powtarza nieprzekonany Niketas. – To my teraz idziemy bardziej w jakieś, nie wiem, sci-fi estetyki, ta? „Boski Full” dawał taką magiczne dziewczynki energię, chociaż – urywa na moment – rebranding nie byłby aż taki zły, jakaś taka galaktyczna nazwa, zmusi-poprosiłbym kogoś o jakieś rysuneczki rakiet i innych takich pierdół na etykiety… – wciąż dość niepewnym tonem zaczyna myśleć na głos, a słowa klucze szybko spisuje na marginesie szyfrokrzyżówki, którą, tak swoją drogą, już prawie rozwiązał.
– Ale to coś ci się w tym nie podoba? – Erin, oprócz wbijania w chłopaka ostrego, ciekawskiego spojrzenia, odzywa się dość pretensjonalnym tonem. – Jak chciałeś stary przepis, to trzeba było mi dać stary przepis, a nie teraz kręcisz nosem – elaboruje, choć Niketas pokręcił głową już w połowie jej wypowiedzi.
– Stary przepis to top secret, paniusiu – odpowiada jej z krzywym uśmiechem, a jego palce znów podróżują do jego włosów, utrzymujących jego fikuśną fryzurę wyłącznie siłą woli chłopaka. – Na twojej umowie też było. Poufność jest fundamentem każdej udanej współpracy.
– To robimy jakiegoś „Ufo Śmierdziela” i do przodu – decyduje Erin tonem nieznoszącym sprzeciwu.
– …„Ufo Śmierdziel”…? Ty tak serio?
– Odezwał się „Boski Full”.
– Laleczko, ale „Boski Full” akurat ma klasę.
– I co jeszcze? Szacun na dzielni?
– A żebyś wiedziała! – Z tymi słowami zatrzasnąłby swoje krzyżówki, ale, ku jego nieszczęściu, ich okładka jest niewiele bardziej twarda niż strony. Zamiast satysfakcjonującego huknięcia, słychać marne „fusz” zmiętych kartek.
Niketas stwierdza, że nawet żałosne „fusz” ma potencjał na bycie bardzo dramatycznym „fusz” w odpowiednim nastroju, którego akurat teraz nie zbudował i minimalnie tego żałuje.


Erin?
────
[1085 słów: Niketas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz