sobota, 21 lutego 2026

Od Chaita — „The Wildflower Bouquet i zły adres" — część 1 [Walentynki]

„Ostatni raz powtarzam, żaden bukiet nie był zamawiany na ten adres–... och”.

– Poczta kwiatowa? – Chait przechylił głowę, marszcząc brwi i patrząc na Ruth z niezrozumieniem.
Kiedy dziewczyna – będąca jego ex, co było dla sytuacji dość istotne – pojawiła się pod jego drzwiami w walentynki z samego rana, od razu zaczął zakładać najgorsze scenariusze. Że coś się stało, że facet z nią zerwał, że jej mieszkanie wybuchło, że któregoś z jej braci wyrzucono ze szkoły (czas najwyższy), albo coś innego, równie dramatycznego.
Teraz patrzył na nią jeszcze nie do końca przytomnym wzrokiem, próbując zrozumieć, o co właściwie go prosi.
– Ludzie zamawiają bukiety na specjalne okazje, wy je rozwozicie na wskazane adresy…
Gestykulowała przy tym, pochylona delikatnie do przodu, jakby to w jakiś sposób miało sprawić, że jej słowa staną się łatwiejsze w odbiorze.
Nie działało.
My?
Sapnęła z irytacją.
– Jeden z kurierów miał wypadek. Potrzebujemy kogoś na zastępstwo.
Przetarł twarz dłońmi. Nie do końca wiedział, jak to odebrać. Miał wrażenie, że powinien poczuć się urażony tym, że przyszła do niego. Jakby założyła, że na pewno nie ma żadnych walentynkowych planów i będzie mógł ot tak rzucić wszystko i pół dnia jeździć po mieście rozwożąc kwiatki.
Nie mógł jednak poczuć się tym urażony, bo jeśli tak założyła, to miała całkowitą rację. Kiedy stanęła w jego drzwiach, od progu nawijając o święcie, o kwiatach, transporcie i zamówieniach, musiał spojrzeć na wiszący na ścianie kalendarz i przez chwilę męczyć się ze skaczącymi, niewyraźnymi literkami, zanim udało mu się odczytać datę. Kompletnie zapomniał o istnieniu walentynek.
Zdecydowanie nie miał też na ten dzień żadnych planów. Po zeszłorocznej katastrofie związanej z tym przeklętym świętem i przeklętą misją, wyparł dzień zakochanych ze świadomości.
– Czym mam się poruszać po mieście? – zapytał, chociaż nie miało to najmniejszego znaczenia.
Ruth zaświeciły się oczy. Chait doskonale wiedział, że to pytanie jest podpisaniem wyroku, ale nie mógł nic na to poradzić. Nie zostawiłby jej w potrzebie, choćby miał pokonywać Nowy Jork na pegazie.
– Przecież masz prawko. Zresztą, mają rowery dla pracowników.
Nie wiedział, która opcja mniej do niego przemawia, ale tylko westchnął i skinął głową. Miał swoje metody na docieranie w odległe miejsca. Ruth nie musiała o nich wiedzieć.
– Dobra. Gdzie jest ta kwiaciarnia i o której mam tam być?
– Tak w sumie… – zaczęła, przeciągając sylaby. – To potrzebujemy cię już zaraz-teraz. Podrzucę cię?
Uśmiechnęła się słodko, wiedząc, że Chait na pewno się na nią nie zezłości. Jej uśmiech zawsze działał; po latach nic się w tej kwestii nie zmieniło. Wywrócił oczami, zrezygnowany.
– Poczekam w samochodzie. Nie powiem ci, żebyś się nie spieszył, bo jednak potrzebuję, żebyś się spieszył.
Przez chwilę patrzył, jak schodzi po schodach, zanim zdecydował się zamknąć drzwi. Dotarł do niego jeszcze rzucony przez ramię krzyk „tylko ubierz się na różowo”.
Z szacunku do sąsiadów nie krzyknął w odpowiedzi „po moim trupie”.
Po walentynkowej misji znielubił też różowy kolor.


Kwiaciarnia mieściła się w niskim budynku, otoczonym przez inne identyczne budynki. Chait wysiadł z auta i ruszył za Ruth, tylko krótko zerkając na szyld i tabliczkę z godzinami pracy. Przed wejściem stało kilka rowerów, w stanie gdzieś między opłakanym a wymagającym natychmiastowej likwidacji i tablica zachęcająca do składania zamówień online.
Chociaż nigdy nie był wielkim miłośnikiem kwiatków, to wielobarwne wnętrze i intensywne, mieszające się zapachy były miłą odmianą od szarej pogody i smrodu na zewnątrz.
– Przyprowadziłam zastępstwo! – Ruth zajrzała za ladę, poprawiając zarzucony na kark szalik.
Z zaplecza wyjrzał do nich niski chłopak. Nie mógł być starszy od nich, miał trochę zbyt długie, czarne włosy spięte spinkami, różowe okulary i ściskał w dłoni kilka odciętych gałązek.
Z jakiegoś powodu wyglądał dokładnie jak ktoś, kto prowadziłby kwiaciarnię. Chait nie potrafił tego do końca wyjaśnić.
Ledwo usłyszał wymamrotane „dzięki” i podszedł bliżej, przerzucając przez ramię przeszkadzającą mu kurtkę.
– Przepraszam za kłopot. – Chłopak miał cichy głos, tylko trochę niepewny, może zbyt słaby. Równocześnie uśmiechał się miło, w sposób, który z jakiegoś powodu wywoływał w człowieku wyrzuty sumienia.
Chait odpowiedział uśmiechem. Wcisnął dłonie w kieszenie różowej bluzy, dalej nie wierząc, że faktycznie ją założył i wzruszył obojętnie ramionami.
– Żaden problem. To, czym mam się zająć? – Wszedł za pracownikiem kwiaciarni i Ruth na zaplecze, rozglądając się ze źle ukrywanym zaciekawieniem.
– Dostaniesz kwiaty i adresy. Wpisujesz je do nawigacji, dostarczasz kwiaty. To głównie niespodzianki, opłaty już są pobrane.
Skinął delikatnie głową. Zignorował kwestię nawigacji, uznając, że bez problemu poradzi sobie bez tego. Wręcz poczuł się urażony sugestią, że będzie jej potrzebował. Przecież bardzo dużo poruszał się po mieście, różnymi środkami transportu.


Pierwszy adres był jakieś pół godziny drogi spacerem. Oficjalnie korzystał z jednego ze starych rowerów, tego najmniej zniszczonego. Zostawił nawet w kwiaciarni kurtkę, bo przecież „zaraz się zgrzeje”. Zresztą, wcale nie było aż tak zimno, bluza powinna w zupełności mu wystarczyć.
Stanął przed ładnym budynkiem, wręcz dziwnie ładnym jak na okolicę. Ktoś wpuścił go do środka, więc szybko przemknął schodami na odpowiednie piętro, obchodząc się z ogromnym bukietem najdelikatniej jak tylko potrafił. Czerwone róże były wielkie, jeszcze nierozwinięte i ułożone w kształt serca. Nikt nie pytał go o zdanie, ale gdyby takie pytanie padło, to Chait powiedziałby, że wygląda to nieco kiczowato.
Nigdy nie był szczególnym fanem święta zakochanych. Czy kiedy był z Ruth, czy wcześniej, przy jakichś bardziej szczeniackich relacjach – nigdy nie rozumiał tego naciskania na okazywanie sobie uczuć. Słuchał o romantycznych randkach, o tym, jak ludzie organizują cały dzień wokół tego, by skończyć razem w łóżku i czuł tylko i wyłącznie dziwny dyskomfort.
Zadzwonił dzwonkiem umieszczonym obok drzwi. Otworzyła mu kobieta, trochę starsza od niego, wysoka i obiektywnie ładna, chociaż miała podkrążone oczy i wyglądała, jakby od kilku dni bardzo źle spała.
– Poczta kwiatowa – przywitał się, wyciągając w jej stronę bukiet, chociaż trochę się zmartwił.
– Od kogo? – Sięgnęła do ukrytej wśród róż karteczki.
Chait nie czytał zapisanej na niej dedykacji, bo nie wypadało, ale teraz zaczął myśleć, że może jednak powinien. Oczy kobiety powiększały się z każdą chwilą, aż w końcu krzyknęła, ciskając bukietem o ziemię.
– Co za kawał chuja!
Cofnął się o pół kroku, tak na wszelki wypadek. Nie zdążył zapytać, co się stało.
– Wyobrażasz to sobie? – złapała bukiet z powrotem, wpadając do mieszkania. Bał się spuścić ją z oczu, więc ostrożnie zajrzał do środka. – Ten skurwiel najpierw mnie zdradza, a teraz ma czelność mówić, że ON wybacza MNIE!
Nie krzyczała na niego, ale i tak jakoś się skulił. Wpadła przez drzwi najbliżej wejścia. Stojąc w progu, widział tylko umywalkę i kawałek toalety.
– Czy jego do kurwy pojebało? – Cisnęła kwiatami do muszli. – Zdradził mnie z moją najlepszą przyjaciółką! Może ona zaraz też wyśle mi bukiet kwiatów?!
Chait nawet nie próbował jej odpowiedzieć. Zacisnął nerwowo dłonie na ściągaczu bluzy, marząc tylko o tym, by już być z powrotem w kwiaciarni. W końcu kobieta wróciła do niego, dalej tak samo nabuzowana.
– Przepraszam. To nie twoja wina. Masz może wizytówkę firmy? Już ja mu odeślę bukiet. Niech spierdala.
Przytaknął grzecznie, w pośpiechu wyciągając jedną z tekturek, wciśniętych mu przez pracownika kwiaciarni, zanim wyruszył z zamówieniem.


Po tej pierwszej, tragicznej wręcz dostawie chciał zrezygnować. Chciał zrezygnować jeszcze bardziej, kiedy po powrocie do kwiaciarni opowiedział sytuację Ruth i musiał znieść jej atak złości na kompletnie nieznanego jej mężczyznę, a potem jej dodatkowy atak śmiechu, bo przecież oczywiście, że spotkało to akurat Chaita. Kogo innego miało spotkać?
Szczerze współczuł kobiecie i do następnej osoby wyruszył okropnie zestresowany.
Ostatecznie odetchnął z ogromną ulgą. Dostawa była w spokojnej okolicy, a bukiecik był bardzo skromny, ale uroczy – kilka czerwonych i różowych róż, przetykanych białą gipsówką. Dalej nie zdecydował się na przeczytanie liściku.
Otworzyła mu młoda dziewczyna, może osiemnastoletnia. Oczy zabłyszczały jej na widok kwiatów i myślał, że zaraz popłacze mu się ze szczęścia na klatce schodowej.
– Ona jest taka kochana – powiedziała mu, przyciskając kwiaty do piersi. – Na urodziny zrobiła mi ręcznie wyszywanego misia i domowe czekoladki.
Uśmiechnął się do niej. Nie rozmawiali dłużej, ale też poprosiła go o wizytówkę, powtarzając, że musi za rok wymyślić coś równie świetnego.
Od razu z tego adresu wyruszył pod kolejny, tym razem z bukietem z białych i zielonych róż. Kobieta po czterdziestce była równie zachwycona, co tamta nastolatka.


Po tych i jeszcze kilku innych spokojnych dostawach Chait zaczął myśleć, że może jednak nie jest aż tak źle. Ten start był przykry, ale od tamtej pory nie wydarzyło się nic podobnego. Tylko raz, jeszcze pod samą kwiaciarnią, ktoś prawie zniszczył jeden z ogromnych bukietów, kiedy Chait pomagał innemu pracownikowi wnieść go do samochodu. Ostatecznie uniknęli kolizji.
Ten adres miał być ostatnim, pod który miał przyjechać. Według słów pracownika wyprzedali już większość gotowych bukietów i kwiatów, z których mogliby zrobić kompozycje. Chait przyjął to z ulgą. Czuł rosnące zmęczenie tym ciągłym przemieszczaniem się po mieście.
Jednak cieszyło go, że zdecydował się pomóc, zamiast siedzieć w domu.
Zapukał do drzwi, przekładając bukiet do drugiej ręki. Był w innym stylu niż pozostałe, które dzisiaj rozwiózł. Nie było w nim oklepanych, czerwonych róż, zresztą, w ogóle nie było żadnych róż. Chait kompletnie nie znał się na kwiatach, więc potrafił rozpoznać tylko pofarbowaną na różne kolory gipsówkę, ale cały bukiet był niesamowicie kolorowy i gęsty od różnych kwiatów. Uważał, że zdecydowanie jest najładniejszy ze wszystkich, które do tej pory widział – ale może przemawiały przez niego cechy dzieciaka Iris.
Przez chwilę nikt nie otwierał. Uniósł dłoń, by zapukać jeszcze raz, ale w końcu usłyszał dźwięk przekręcanego zamka.
Otworzył usta, żeby się przywitać i przedstawić, ale z jego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Nerwowo poprawił sobie trzymane w rękach kwiaty i znowu otworzył usta. I zaraz znowu je zamknął.
Bo co, cholera, miał powiedzieć?
Przez twarz Aye przebiegło w tym samym czasie co najmniej kilka różnych emocji. Zaczęło się od zaskoczenia, które bardzo szybko zmieniło się w konsternację i panikę, kiedy skierował wzrok na bukiet. Panika znowu zaraz ustąpiła miejsca czemuś, co można było w najlżejszych słowach nazwać irytacją.
– Co ty tu robisz.
To nie zabrzmiało jak pytanie, ale Chait chciał zapytać dokładnie o to samo. Nie zrobił tego, bo sam jeszcze był na etapie zaskoczenia. Nerwowym ruchem wyciągnął z kieszeni karteczkę z adresem. Odkaszlnął. Nagle poczuł, że w bluzie jest mu zbyt ciepło.
– Och. Um… Cóż, nie wyglądasz na panią Mariannę… – wymamrotał w końcu.
Aye wyglądał, jakby miało mu zaraz zatrzasnąć drzwi przed nosem. Chait dziwił się, że nie zrobił tego na sam jego widok.
– Przepraszam – poprawił się od razu, już normalnym tonem, może tylko trochę za bardzo przepraszającym. – Ja… Nie przyszedłem do ciebie. Znaczy, chyba. Pomagam jako poczta kwiatowa, z okazji walentynek. – Nazwa święta z trudem przeszła mu przez gardło. – Więc jeśli nie mieszka z tobą żadna Marianna, to…
– Pomyliłeś adres.
Z jakiegoś powodu Chaitowi zrobiło się okropnie wstyd, chociaż Aye powiedział na głos oczywistą prawdę, której obaj byli świadomi.
– …Tak. Wybacz. – Westchnął.
Aye zaczął zamykać drzwi.
– Czekaj. Ugh. Możesz mi powiedzieć, czy ten adres jest, chociaż gdzieś blisko? – poprosił Chait, czując jeszcze większy wstyd.
Nie mógł bardzo się pomylić, a przynajmniej taką miał nadzieję. Może to po prostu sąsiedni budynek albo ten po drugiej stronie ulicy. Albo w ogóle po prostu złe piętro. Tak, miał nadzieję, że to po prostu coś tak głupiego.


NASTĘPNE OPOWIADANIE

[1800 słów: Chait otrzymuje 18 Punktów Doświadczenia +20 PD]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz