Tym razem odwiedziła go z własnej woli.
Nie ostrzegała, że się pojawi – nie widziała powodu, a tym bardziej nie miała okazji. Nie wiedziała nawet, czy go zastanie.
Właściwie to nie była nawet pewna, czy chce go zastać.
Pokonując kilka ostatnich metrów dzielących ją od mieszkania brata, zadzierała głowę, obserwując mgłę i ukryte za nią szczyty budynków. Było chłodno, nie do końca w ten przyjemny sposób, i zaczynała żałować swoich decyzji.
Arisu doskonale wiedziała, że żałuje ich za każdym razem, nie była aż tak pozbawiona umiejętności samokrytyki. Szczególnie tych związanych z Shayelem. Dalej była obrażona za jego długą nieobecność i zostawienie jej na pastwę Obozu Jupiter. Po prostu czasami o tym zapominała i wtedy właśnie podejmowała tak głupie decyzje, jak wykorzystanie wyjścia z obozu na odwiedziny.
Ostatni raz widzieli się na wiosnę, wtedy, gdy pili paskudną herbatę z paskudnej kawiarni i gotowali prosty, nieco mniej paskudny obiad w kuchni, która wyrównywała cały poziom. Teraz było już lato, przynajmniej tak sugerowała data w kalendarzu. W San Francisco ta pora roku istniała tylko na papierze.
Dostała się do budynku, korzystając z tego, że ktoś akurat wychodził na zewnątrz. Kobieta nawet nie spojrzała w jej stronę, kompletnie nieprzejęta tym, że Arisu mogła być przecież złodziejem, mordercą, wandalem albo – co gorsza – jakimś okrutnym potworem. To ostatnie mogło nie być typowym zmartwieniem śmiertelników.
Stanęła pod drzwiami. Nawet zdążyła unieść dłoń, by zapukać, zanim zastygła jak słup z ręką milimetry od powierzchni.
Mogła jeszcze się wycofać. Może powinna. Nie wiedziała, czy Shayel w ogóle chce ją widzieć. Kiedy to on ją zapraszał, wiedziała, że chce cię spotkać i miała możliwość zignorowania go, jeśli sama naprawdę tego nie chciała.
Nigdy z niej nie skorzystała, chociaż wielokrotnie miała ochotę.
Prawie prychnęła z irytacją, powstrzymując się tylko dlatego, że na pustej klatce, w otoczeniu mieszkań z obcymi ludźmi zwyczajnie nie wypadało. Od kiedy przejmowała się takimi głupotami? Nie powinna przejmować się tym, czy Shayel chce ją widzieć.
Zapukała, tylko trochę zbyt delikatnie.
Gdzieś z tyłu głowy dalej liczyła, że nie dostanie żadnej odpowiedzi. Że Shayela nie ma i będzie mogła po prostu wrócić albo pójść gdzieś indziej, by zabić czas. Nie musiałaby się przecież nikomu z tego tłumaczyć.
Nadzieję rozwiały kroki po drugiej stronie i delikatnie uchylenie drzwi. W szparze zobaczyła zielone oczy brata, otoczone kosmykami czarnych włosów.
– Arisu?
Chyba wyłapała zaskoczenie w jego głosie. Otworzył drzwi szerzej, wpuszczając ją do środka. Obrzuciła szybkim spojrzeniem ciasną przestrzeń, ale nie zauważyła, by wiele się zmieniło od jej ostatniej wizyty. Na stoliku leżała odwrócona grzbietem do góry książka, na kanapie walała się niedbale złożona pościel.
– Coś się stało?
Odwróciła się do Shayela. Wyglądał, jakby niedawno wstał. Był w mało wyjściowym stroju, zdążył poprawić włosy, ale nie miał zaplecionego warkoczyka.
Arisu poczuła, że z jakiegoś powodu jej przykro i zaraz zrobiło jej się głupio. Odwróciła głowę i zadarła wysoko nos, urażona.
– Nie. Tak przyszłam. Mogę sobie iść, skoro ci przeszkadzam.
Shayel przez chwilę patrzył na nią z czymś, co mogło być rezygnacją, a mogło chęcią mordu. Obie emocje wyglądały przecież tak samo. Westchnął, zamknął za nią drzwi i podszedł do kuchni.
– Napijesz się czegoś?
Nie odpowiedziała od razu. Podeszła do stolika i podniosła książkę, po samym wyglądzie okładki oceniając, że to raczej mało wymagająca, popularna lektura. Zresztą, nigdy nie położyłby w ten sposób żadnej wartościowej książki. Wsadziła schowaną za skrzydełkiem okładkę między strony i odłożyła ją z powrotem. Odgarnęła koc i usiadła na samym brzegu kanapy.
– Kupiłem wczoraj herbatę sypaną. Podobno całkiem dobrą jakościowo.
Był dzisiaj wyjątkowo rozgadany. Arisu nie wiedziała jeszcze, czy ją to irytuje.
– Spróbuję – odpowiedziała tylko, trochę ze zbyt dużą złością w głosie. Jednak wstała z miejsca. Przecisnęła się obok stolika i podeszła do niedomkniętych drzwi łazienki, tylko po to, by nie stać w miejscu.
Teraz już jej nie odpowiedział i przyjęła to z większą ulgą, niż się spodziewała. Otworzyła szerzej drzwi łazienki i wślizgnęła się do środka, robiąc z tego zdecydowanie większą konspirację niż była potrzeba. Była już w tej łazience. Oczywiście, że była, przecież odwiedzała brata już któryś raz.
Pomieszczenie było ciasne tak jak cała reszta mieszkania. Było też tak samo stare, ale przynajmniej czyste. Na pewno w lepszej kondycji niż toalety w Obozie Jupiter, chociaż te wymagały dużo więcej sprzątania i remontów. W liczbie mnogiej.
Jednak się wycofała. Podeszła do komody i przykucnęła przy leżącej obok torbie. Nie tej, którą Shayel nosił na co dzień, raczej jednej z tych, w którą pakował zdecydowanie zbyt wiele książek i innych papierów. Teraz była prawie pusta, tylko na dnie leżała jakaś samotna książka. Sięgnęła po nią. Spomiędzy stron wystawał kawałek czerwonego materiału.
Prawie odrzuciła książkę z powrotem na dno torby. Zamarła na chwilę, zanim w końcu ostrożnie wyjęła cienką wstążkę spomiędzy kartek. Właściwie to kawałek wstążki, poszarpany z jednej strony.
Druga połowa leżała gdzieś wśród jej rzeczy w obozie. Przynajmniej tak jej się wydawało.
Arisu czuła, że znowu robi jej się okropnie głupio, bo znowu ogarnęły ją te głupie emocje. Nie zorientowała się, kiedy wolną ręką złapała swój cienki warkoczyk, związany na końcu gumką, która zresztą też była czerwona. Po prostu dużo bardziej praktyczna od wstążeczki.
Usiadła na podłodze, chociaż miała ochotę wstać i wyjść. Shayel nie powinien po latach dalej trzymać przy sobie takiego śmiecia. Ona też nie powinna. Musieli być oboje okropnie głupi – takie sentymentalne gówno pasowało do innych, nie do nich.
Nie wiedziała, czy Shayel w ogóle pamięta, skąd wzięła się ta wstążka. Może po prostu uznał ją za dobrą zakładkę.
Ona pamiętała. I to chyba wkurzało ją jeszcze bardziej.
Miała wtedy jakieś dziesięć lat. Mieli przerwę między podróżami, udało jej się spędzić rekordowo dużo czasu w nowej szkole, ale nie potrafiła z nikim złapać kontaktu. Dzieciaki były wredne, a ona była jeszcze bardziej wredna od nich. Nie pamiętała już, gdzie to było, zbyt często zmieniali miejsce pobytu, a sytuacja w każdym wyglądała dokładnie tak samo. Tam, w przeciwieństwie do San Francisco, pory roku nie były tylko teorią spiskową.
To akurat wydarzyło się zimą.
Okropnie pokłóciła się wtedy z ojcem, zaraz po tym, jak jeszcze bardziej pokłóciła się z gromadką dzieciaków ze szkoły i nauczycielką. Ojciec został wtedy wezwany, by porozmawiać o jej zachowaniu. Shayel – który miał wtedy szesnaście lat i zdecydowanie lepsze rzeczy do roboty – przyszedł z nim i Arisu zdenerwowało to jeszcze bardziej, bo przecież była zbyt dorosła na coś takiego.
Jeszcze bardziej zdenerwowała się, kiedy ojciec poprosił Shayela, by ten poczekał z nią na zewnątrz. Jakby była małym dzieckiem, które nie może zostać przy rozmowie wielkich dorosłych.
Wypadła z budynku, nie oglądając się na brata, bo bardzo miała nadzieję, że zgubi go za którymś zakrętem. Nie myślała wtedy, że ona jest niska i ma krótkie nóżki, a on jest prawie dorosły i zdecydowanie łatwiej mu robić duże kroki na mokrym śniegu.
Szedł uparcie za nią, co jakiś czas powtarzając jej imię, przez co ona próbowała przyspieszać jeszcze bardziej.
– Odwal się! – krzyknęła w końcu. Odwróciła się wtedy zdecydowanie zbyt gwałtownie, złapała w dłonie ubity śnieg i cisnęła w niego twardą kulą.
Dopiero kiedy trafiła go w skroń, zdała sobie sprawę, że nie była to po prostu pozostawiona przez kogoś śnieżka i rozpłakała się na widok krwi.
Shayel nie zdenerwował się na nią. Podszedł i przyklęknął przed nią, dłonią ścierając krew i kompletnie się nią nie przejmując.
– Więc, co się stało? – zapytał tylko.
Zawsze był spokojny, ale tym razem ten spokój zaskoczył Arisu na tyle, że sama od razu się uspokoiła.
– Nie lubię ich – mruknęła w odpowiedzi. Patrzył na nią pytająco, więc odgarnęła nerwowo przeszkadzające jej, napuszone włosy i dodała: – To oni zaczęli. Uważają, że jesteśmy dziwni. I też mnie nie lubią.
Shayel pokiwał powoli głową, a ona znowu odgarnęła kosmyki za uszy.
– I to dlatego się z nimi kłócisz?
Nie zaprzeczyła, ale też nie potwierdziła. Westchnął, biorąc w palce te włosy, które cały czas jej przeszkadzały.
– Nie musisz dogadywać się ze wszystkimi.
Nie dogadywała się z nikim, ale nie chciała tego mówić.
– Wiem. Nie zależy mi. I tak będę podróżować z tobą i z tatą.
Uśmiechnął się do niej. Robił to bardzo rzadko i bardzo się tym przejęła.
– Teraz powinny ci mniej przeszkadzać.
Spojrzała na jego dłonie. Splótł jej włosy w warkoczyk, co było przecież bardzo głupie.
– Ale wyglądam głupio!
Miała go rozplątać, ale wtedy Shayel zaczął splątywać własne zbyt długie włosy.
– Teraz będziesz czuła się lepiej?
Roześmiała się, przytakując. Miała pytać, czym chce je związać, ale wtedy wyjął z kieszeni owinięty czerwoną wstążką pakunek. Nie pamiętała już, co było w środku. Pamiętała tylko, że przeciął wstążkę nożykiem, dodatkowo się przy tym kalecząc, zanim związał nią oba warkoczyki.
Ich ojciec znalazł ich chwilę później. Nie zadawał pytań. Zmieniła szkołę kilka tygodni później.
– Arisu?
Odrzuciła książkę i wstążeczkę z powrotem do torby. Shayel stał nad nią, z kubkiem parującej herbaty w dłoniach. Przyjrzała się jego twarzy. Po jej celnym rzucie kamieniem nie było żadnego śladu.
– Tak. Tak – potwierdziła, potrząsając głową. – Czemu dalej ją trzymasz?
Wzruszył ramionami.
– A dlaczego dalej zawiązujesz warkoczyk?
Nie potrafiła mu na to odpowiedzieć. Wiedziała, że też by nie odpowiedział, gdyby teraz odbiła pytanie. Podniosła się, biorąc od niego herbatę.
– Mógłbyś się przebrać. Chciałam iść z tobą na spacer – ofukała go zamiast tego.
[1500 słów: Arisu otrzymuje 15 Punktów Doświadczenia]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz