poniedziałek, 9 lutego 2026

Od Quinn — „Arkadia dla amatorów”

Quinn zamknęło za sobą drzwi od toalety, oddychając z ulgą. Na całe szczęście fałszywy alarm, nikt nie miał zamiaru wchodzić do środka.
— Co?
Powtórzyło, wracając do tematu rozmowy, marszcząc przy tym brwi, próbując w jakikolwiek sensowny sposób zrozumieć słowa tego odklejeńca stojącego po ich prawicy. Nie było to łatwe, szczególnie kiedy Keith szczebiotał od rzeczy, a legionistę skutecznie rozpraszał trójgłowy bóbr-Cerber wyryty na ścianie naprzeciwko. (No, może nie wyryty a namalowany markerem w męskim kiblu). Jedna głowa miała wyszczerzone kły, druga jadła coś, co wyglądało jak fragment hełmu, a trzecia po prostu patrzyła osądzająco, jakby wiedziała, że stojąca przed nią osoba zjada gile z nosa ze smakiem.
— Chujów sto — odparł Keith z naciskiem, jakby to cokolwiek wyjaśniało. — Nie słuchasz mnie i ranisz moje delikatne, słodkie serduszko.
Złapali się teatralnie za klatkę piersiową, zataczając przy tym lekki półobrót na pięcie. Z gardła wydobył im się przeciągły, przesadzony dźwięk krztuszenia, idealnie pasujący do scenki umierającej postaci w przedszkolnym przedstawieniu, które oczywiście jest okropne i paskudne, ale starzy i tak biją brawo, żeby nie zniszczyć marzeń ziemniaków. Brakowało tylko opadającej kurtyny i dramatycznego światła. Ewentualnie reflektora, który pierdolnął na scenę.
— Keith — zaczęło Quinn bardzo powoli, tym tonem, którego używa się wobec ludzi niebezpiecznych albo kompletnie oderwanych od rzeczywistości. Ewentualnie oba. — Typie, zachowujesz się jakbyśmy byli w trakcie misji. I to w jakimś obszczanym barze. Z nielegalnym alkoholem. Otoczeni przez najemników, z których połowa chciałaby nas sprzedać za garść orzeszków.
— A mimo to — wtrącił Keith, prostując się nagle — Wybierasz ignorowanie mnie. To boli bardziej niż kula w udo.
— Kiepie jeden, przecież ostatnio ci się śniło, że niby zostałeś postrzelony w udo w zeszłym tygodniu i przez trzy dni narzekałeś, że swędzi. Sam mi to opowiadałeś. O jakimś bólu fantomowym, czy jak to tam się nazywa też żeś jojczył — przypomniało Quinn, nie odrywając wzroku od bobra.
— Gówno prawda. Nie pamiętam, się nie liczy.
Quinn zamknęło oczy. Na sekundę. Jedną, krótką sekundę, w której rozważało wszystkie życiowe decyzje, jakie doprowadziły je do tego momentu. Do siedzenia w obskurnym, śmierdzącym kiblu z Keithem po prawej i mutantem-bobrzym symbolem piekła przed sobą.
— Erhm… to co ty właściwie chciałeś malować jeszcze, prócz tego… cóż… dzieła sztuki wątpliwej jakości — zapytało w końcu, cedząc słowa.
Keith uśmiechnął się szeroko, jakby właśnie wygrał na loterii.
— Myślałem o twojej mordzie ale później uznałem, że jednak lubię swoje życie. No! Myślę, że mogę namalować jakąś dziką świnię i podpisać jakoś “Ashley tu była”. No ale wtedy pamiętaj, kto jest twórcą tego dzieła i że jak zginę, to chcę, żebyś powiedziało wszystkim, że byłem piękny.
— Jak chcesz żyć to lepiej mów pół tonu ciszej— skorygowało Quinn. — Zaraz zleci się tu cały obóz i oboje wylądujemy na tamtym świecie.
— Ale przynajmniej będziemy zapamiętani. Skończ już narzekać jak stara baba, podaj mi różowy marker z plecaka.
Westchnęło, bo co innego im pozostało? Sięgnęło do torby po ten cholerny różowy marker. Pewnie będą to jutro wszystko zmywać.

────
[481 słów: Quinn otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz